KTO RATUJE JEDNO ŻYCIE, RATUJE CAŁY ŚWIAT…

 

Ocaliła 2,5 tysiąca dzieci. Wyprowadzała je z getta, znajdowała im nowy dom, załatwiała nową tożsamość. Śmiertelne niebezpieczeństwo groziło jej nie tylko ze strony niemieckich okupantów, ale i swojskich szmalcowników i rodzimych faszystów. Narażała jednak swoje życie dla innych uważając po prostu, że w tym czasie tak było trzeba. I przez wiele lat o tym nie pamiętano, a ona sama nie przypominała. Irena Sendlerowa.

 

 

Ryszard Marek Groński z epizodów jej życia w czasach Holocaustu stworzył niezwykłą w treści i słowie literaturę. Świetną literaturę. Niełatwo jest opowiedzieć w słowach, językiem literackim, wydarzenia tak dramatyczne i czyny tak bohaterskie, by nie stały się sztampowym plakatem martyrologicznym. Tekst Grońskiego jest wstrząsający w swej prostocie i pięknie, w swej prawdzie i autentyzmie. Irena kładła opatrunki na dusze. Dzieci, którymi się opiekowała, były okaleczone. Wymagały ciepła, szacunku dla swego dzieciństwa i prawdy w postępowaniu – mówił autor. – Za mało się pamięta o ludziach, którzy narażali swe życie ratując innych… Jego monodram „Mur” jest utrwaleniem śladu, jaki pozostawiła po sobie Irena Sendlerowa. Słucha się go z zapartym tchem. Chwilami wbija w krzesło. Monodram w wykonaniu Ewy Dąbrowskiej, ale monodram dość specyficzny. Tekst, słowo jest tu tak ważne, tak znaczące, że aktorka wprawdzie jest na scenie, ale właściwie jest to zupełnie nieistotne. Aktorka jest jakby schowana za słowami, pod tekstem Marka Grońskiego.

Maciej Wojtyszko jako reżyser wykazał się tu wręcz maestrią, jeśli chodzi o rozłożenie akcentów i wydobycie na plan pierwszy tekstu, a nie aktorstwa. Aktorstwo byłoby tu po prostu nie na miejscu, więc to aktorstwo zostało maksymalnie wyciszone, zobojętnione, schowane. Irena Sendlerowa opowiada o różnych epizodach związanych z tym, czego się podejmowała, o niebezpieczeństwie, jakie temu towarzyszyło, o swoich wątpliwościach, bo przecież wyprowadzane dzieci z getta uczyły się zapominania siebie, bycia kim innym. Z jednej strony był to jedyny dla nich ratunek, z drugiej cena, jaką płaciły za życie była bardzo wysoka. Nie wszyscy rodzice oddawali jej swoje dzieci. Jak pani sobie to wyobraża – mówili niektórzy – mój syn ma do kogoś innego mówić ojcze, zapomnieć o domu, o bliskich, wyrzec się swojego nazwiska, religii, tradycji. To już lepiej, żeby zginął z nami… Ile to razy przegrywałam, cofałam się do drzwi, zbiegałam po schodach, trzymając w dłoni garść powietrza zamiast małej i ufnej dłoni uratowanego. Ale zdarzało się i tak, że idąc z podopiecznym płakałam, mając w oczach sceny pożegnania, dorównujące antycznym tragediom (cytat z programu teatralnego Teatru Żydowskiego).

Tekst obejmuje nie tylko epizody dotyczące ratowania żydowskich dzieci, ale i z życia codziennego Ireny Sendlerowej. A to życie było, mimo strasznych czasów, wielobarwne i obfitujące także w wydarzenia humorystyczne, niekiedy wręcz groteskowe. Jak to życie. Dzięki takiemu ujęciu Irena Sendlerowea staje się żywym człowiekiem, nie bohaterskim pomnikiem. Zderzenie słów z wyrazistymi akcentami muzycznymi Jerzego Derfla wydobywało z nich głębię znaczeń, stanowiło pewnego rodzaju pointy zamykające epizody, otwierające drogę do refleksji. Irena Sendlerowa myślała i działała z ogromną precyzją, kalkulowała, co przecież nie znaczyło, że nie tkwiły w tym głęboko skrywane emocje.

Andre Malraux pisał: Odnaleźć człowieka wszędzie tam, gdzie znaleźliśmy to, co go miażdży. Twórcy spektaklu „Mur” w Teatrze Żydowskim go odnaleźli. Właśnie w tych wszystkich gestach, drobiazgach, słowach, codzienności trudnej, tragicznej i groteskowej, nie w pomnikowym bohaterstwie wystawionym ku czci, co tym cenniejsze i osobliwsze, że ten monodram jest wpisany w obchody 68.rocznicy powstania w getcie warszawskim. Może wreszcie dzięki takim spektaklom i takiej literaturze uwolnimy się od sztampy martyrologicznej, która towarzyszy nam od wielu lat odzierając te wydarzenia ze wszystkiego, co ważne i powinno w naszej pamięci pozostać. I jako refleksja i jako emocje.

Justyna Hofman-Wiśniewska

 

„Mur”, monodram wg scen. Ryszarda Marka Grońskiego, reż. Maciej Wojtyszko, wyk. Ewa Dąbrowska, Teatr Żydowski, Warszawa, premiera 12 kwietnia 2011.

 

– Bardzo zależało mi na dostrzeżeniu może nie humoru, ale groteskowości w niektórych wydarzeniach – mówi Wojtyszko. – W każdej tragedii jest coś zabawnego, kłopotliwego, niezręcznego. I to czyni tamtą rzeczywistość bardziej zrozumiałą dla współczesnego widza. Nie chciałem, żeby nasza bohaterka stała na pomniku i wygłaszała komunały. Ten spektakl ma być spotkaniem z człowiekiem.

 

 

Dodaj komentarz