Arka Noego wyrusza w świat

Międzynarodowy spektakl Janusza Wiśniewskiego „Arka Noego. Nowy Koniec Europy” wyrusza w świat – od 4 do 6 maja pojawi się na afiszu Teatru Cameri w Tel Awiwie. To dopiero w początek wielkiej przygody międzynarodowej rodziny teatralnej, którą z takim rozmachem i wyobraźnią powołał do życia Janusz Wiśniewski.
Image
Potem czekają ją następne przystanki i to nie tylko te, które wyznaczył współudział w tym niezwykłym przedsięwzięciu teatrów z Austrii, Izraela, Kosowa, Niemiec i Woch, których aktorzy obok artystów Teatru Nowego z Poznania pracowali wspólnie pod kierunkiem Janusza Wiśniewskiego, aby stworzyć ten olśniewający spektakl. Olśniewający niejako wbrew obranemu tematowi – Wiśniewski przestrzega wszak przed konsekwencją rozpadu wartości, zmierzchu starej Europy, dzisiaj już niewydolnej duchowo i zapatrzonej w siebie, niedostrzegającej nadciągającego potopu.
    Janusz Wiśniewski wraca tym widowiskiem do swego głośnego spektaklu przed ćwierć wieku, „Koniec Europy” i wpisuje w ramy tamtego scenariusza to, co skorygował czas, i nowe impulsy, jakie przyniosła współpraca z aktorami z kilku krajów. Nie przypadkiem pojawia się w tytule Arka Noego, która nieoczekiwanie przybywa z innych kultur, z innych doświadczeń, ale przede wszystkim przybywa z wnętrza człowieka. W rytmicznych scenach, ukazujących tęsknotę, przemoc, umieranie, cierpienie, pogoń za pozorem, bunt i odrętwienie, których kontrapunktem jest sterta ułożonych w górę walizek, wymowny symbol zagłady, pojawia się ktoś zaskakująco obcy, nienależący do tradycji europejskiego cierpienia – to wirujący Hindus, którego obecność przywołuje wesołe miasteczko albo świat ułudy. I to właśnie on wyśpiewa w sanskrycie na koniec pieśń ocalenia. Wbrew tylekroć przywoływanemu w spektaklu fragmentowi wiersza Roberta Frosta, brzmiącego niczym memento: Świat cię zapomni lub wyśmieje;/ Kres bezbolesny – nie istnieje.
    Mroczne spektakle Janusza Wiśniewskiego, nawiązujące do arcydzieł literatury europejskiej, zwłaszcza zaś te ostatnie, „Faust” i „Burza”, nie wróżyły tak krzepiącego zakończenia. Artysta potrafił jednak odnaleźć światło w różnicach, w tym, co dzieli, co odmienne i co wróży twórczy dialog. W czasach wrogości, napięć, waśni religijnych, konfrontacji kultur, starć militarnych, teatr niesie posłanie braterstwa. Może to wyglądać naiwnie, ale tak właśnie rodzi się nowa Europa i Nowy Świat. Rzecz bowiem nie w klajstrowaniu okrucieństwa i nienawiści, ale odnajdywania języka porozumienia.
    To jeden z najciekawszych aspektów tego niecodziennego eksperymentu. Aktorzy bowiem mówią swoimi ojczystymi językami, poniekąd monologują, ale jednak prowadzą dialog, odnajdują się nawzajem mimo zamknięcia w swoich własnych kręgach tradycji. Dochodzi do sytuacji rzadkiej, kiedy literalne rozumienie słów czy zdań zastępuje rozumienie innego rzędu. Nie trzeba znać 7 języków, w których przemawiają postaci, aby podążać za ich uczuciami, myślami, nadziejami, zwłaszcza że artyści wywodzący się z rozmaitych tradycji teatralnych idealnie wpisali się w autorski teatr Janusza Wiśniewskiego, o wyrazistym, własnych charakterze pisma. Tak dalece rozpoznawalnym i własnym, że można odnieść wrażenie, iż od początku swej drogi artystycznej artysta snuje te samo opowieść. „Tak naprawdę – mówił inscenizator w jednym z wywiadów przed kilkunasty laty – tworzę ciągle dalszy ciąg tego samego przedstawienia. To się zaczęło id „Chorego z urojenia”, który przerósł w „Panopticum Mme Tissaud”. Wtedy powstały figury, które obdarzam miłością do dzisiaj i wtedy odkryłem, że niewielkie pudełko sceniczne jest dla mnie światem. Tam można zrobić wszystko, nawet nie zapominając o lichocie szminki i tandecie kostiumu. Z tego da się ułożyć zrozumiałą opowieść o naszym losie, używając tych samych, nawet żałosnych, papierowych elementów”.
    Wszystko, co dzieje się na malutkiej pudełkowej scenie, zmontowanej jak buda jarmarczna z lampeczkami dookoła, w której dekorację stanowią szafy wyciągnięte z obrazu van Gogha i zakrwawione łóżko, gdzie króluje oszalały Doktor Dix, wywodzi się ze źródeł wyobraźni Wiśniewskiego, syconej europejską kulturą, malarstwem, doświadczeniem duchowym. Po jego ukochanej scence przebiegają w swoich ściśle przestrzeganych rytmach aktorzy z Austrii, Izraela, Kosowa, Niemiec i Włoch (i, oczywiście, z Nowego), którzy wpisują się w poetykę jego, przyjmując jego rytm, zasady emblematycznej reprezentacji, wzbogacając je o swoje własne doświadczenia.
     Wysokie tony tragiczne przeglądają się tu w swoim jarmarcznym odbiciu, prawda i błazenada szydzą z siebie. Tak nadciąga Apokalipsa, która jednak w ostatniej chwili zostaje zawieszona. Przed ćwierć wiekiem młody wówczas reżyser bezlitośnie przestrzegał przed katastrofą – stara Europa nie potrafiła podźwignąć się z upadku, jaki zgotowała sobie II wojną światową. Spektakl poruszał widzów i psychicznie obezwładniał, zachwycał i przerażał. Teraz Europa wiele nie zmądrzała, ale dojrzały artysta dostrzegł iskierkę nadziei – Europa jednak otwiera się na innych i w tym szansa na jej ocalenie. Nowy Koniec Europy raz jeszcze poraża trafnością diagnozy, opowiedzianej w szalonym rytmie muzyki Jerzego Satanowskiego, wspartej doskonałym formalnie, zachwycającym ruchem scenicznym zaplanowanym przez Emila Wesołowskiego. Ale ten Nowy Koniec to zarazem zaproszenie na Arkę, która jest w każdym z widzów. Trzeba ją tylko dostrzec. Dzięki figurom teatrzyku Wiśniewskiego, oddaniu aktorów, to zaproszenie tchnie wzniosłością i potocznością. A jednak „koniec” może oznaczać „początek”. Teatr daje przykład, jak się porozumieć, jak wspólnie szukać.
Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz