Przejdź do treści

Loża


Autorski przegląd teatralny, nieoficjalny dodatek Yoricka.
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Marząc o udziale w telewizyjnym show…

Trwają 35. Warszawskie Spotkania Teatralne, wśród przedstawień, które będzie mogła zobaczyć warszawska publiczność, jest też „Iwona, księżniczka Burgunda” w reżyserii Agaty Dudy-Gracz z łódzkiego Teatru im. Jaracza.

Gombrowiczowa „Iwona” w interpretacji Agaty Dudy-Gracz to historia zwyczajnej dziewczyny, mamionej telewizyjnym blichtrem, atakowanej zewsząd rozmaitymi „koniecznościami”: jak się zachowywać (być ładną i miłą, uśmiechać się i wdzięczyć, uprawiać modne sporty), o czym marzyć (o księciu z bajki)… Opowieść o młodej kobiecie szantażowanej wizerunkiem kreowanym przez dyktatorów i dyktatorki medialnej wrzawy. W sam raz na dziś…

Dowiedz się więcej »Marząc o udziale w telewizyjnym show…

DZIADY

Obsypane nagrodami poznańskie Dziady Radosława Rychcika publiczność WST przyjęła z powściągliwym dystansem. Przebranie arcydramatu Mickiewicza w szatki popkultury amerykańskiej najwyraźniej nie wywołało entuzjazmu, przeciwnie, wiele wątpliwości. Najważniejsze z nich to takie: co to ma wspólnego z dziełem tak mocno osadzonym w polskiej tradycji i co właściwie ma znaczyć?

Rzecz przecież nie została zatytułowana: Radosław Rychcik Dziady (tak jak to zrobił Demirski, nie przypisując autorstwa swojej Nie-Boskiej komedii Krasińskiemu), ale Dziady Adma Mickiewicz. Po tym wielce zobowiązującym tytułem obejrzeliśmy przedstawienie, które wprawdzie odwołuje się do tekstu Mickiewicza, ale jest co najwyżej wariacją na temat Dziadów na siłę wtłoczoną w komiksowe i popkulturowe ramy amerykańskich mitów: od walki czarnoskórych o równe prawa, przez Marylin Monroe, Jokera, Hawkinga, gospel po Ku Klux Klan i Przeminęło z wiatrem. Dowiedz się więcej »DZIADY

NIE-BOSKA KOMEDIA. WSZYSTKO POWIEM BOGU!

Rozpoczęły się 35. Warszawskie Spotkania Teatralny. Na pierwszy ogień poszła Nie-Boska komedia Pawła Demirskiego w  reżyserii Moniki Strzępki:

Daremna to skarga, bóg jak zwykle nie odpowie. Strofy litanii „Od powietrza, głodu, ognia i wojny, wybaw nas, Panie!”, kończące spektakl niczego nie rozwiązują, są raczej wyznaniem bezradności wobec okrucieństwa świata, który nieodmiennie kompromituje nadzieje na sprawiedliwość i życie godziwe. Bogaci pozostają bogatymi, biedni biednymi i nie pomogą krwawe łaźnie rewolucji, kontrrewolucji, buntów, rzezi, bo na końcu i tak wyawansowany biedak obsługuje kserokopiarkę, a bogacz z elity jednego procenta w porę uniknie kataklizmu, wsiadając do prywatnego helikoptera.

Romantyczne z ducha, inspirowane dziełem Krasińskiego, przepojone fatalistyczną historiozofią przedstawienie Strzępki/Demirskiego ukazuje świat doświadczany konwulsjami powtarzających się klęsk, od rewolucji francuskiej poprzez holocaust po kalifat islamski. Pobrzmiewają tu echa biografii Zygmunta Krasińskiego i jego ojca generała Wincentego, odzywa się wizjonerska opowieść z Nie-Boskiej komedii, eksplodują antysemickie obsesje, za utraconym życiem tęskni Barbara Niechcic (pastiszowa kreacja Doroty Segdy), na kanapce terapeutycznej kładą się zdublowani hrabiowie Henrykowie i jego/ich żony, jawią się ofiary obozów koncentracyjnych, plebs z awansu, przedstawiciel międzynarodowej finansjery, a co pewien czas wkraczają na scenę buntownicy z siekierami siejący zniszczenie i śmierć. W głębi sceny stoi wieża strażnicza, jak w Auschwitz, kręci się karuzela jak przed warszawskim gettem, przypominając o zaklętym kole zagłady, karuzela niekiedy w szubienicę przemieniana.

Dowiedz się więcej »NIE-BOSKA KOMEDIA. WSZYSTKO POWIEM BOGU!

GOOD NIGHT COWBOY

To odważne przedstawienie odsłania przestrzeń w polskiej kulturze tabu – męskiej prostytucji, w wersji tragikomicznej dotkniętej przez Witkowskiego w Lubiewie. Ta jednak sztuka znacznie więcej zawdzięcza amerykańskim filmom z Nocnym kowbojem i Moim własnym Idaho na czele. Przy czym ambicją, co więcej ziszczoną, autorów przedstawienia było ścisłe zespolenie ryzykownego tematu z tradycyjnym motywem samotnego, młodego człowieka szukającego swojego miejsca w świecie, swojej tożsamości i relacji z innymi. Techniczne, zimne, rozgrywane w anonimowej przestrzeni choć podszyte skrywanymi emocjami sceny z klientami, które przedstawienie otwierają, wkrótce zostaną wzbogacone o świat wyobraźni, marzeń, fantazji (spotkania z matką) i maskowanej czułości (spotkania z przyjacielem transwestytą, z którym bohater dzieli mieszkanie – w tej roli świetnie spisuje się Rafał Kosowski).

Dowiedz się więcej »GOOD NIGHT COWBOY

KRĘGI PIEKŁA W „DON JUANIE” MARCINA BARTNIKOWSKIEGO

1. „DON JUAN” W ROMANCACH I DRAMACIE

Don Juan był bohaterem ludowych romanc hiszpańskich z prowincji Galicja i Leone. Bywał w nich beztroskim, lekkomyślnym i niestałym uwodzicielem. Jego postać stała się popularna w teatrze okresu Baroku, m.in. za sprawą Tirso de Moliny (1584?-1648, właśc. Gabriel Tellez) i jego dramatu Zwodziciel z Sevilli (El Burlador de Sevilla, ok. 1618). W dramacie tym został pokazany w serii scen uwodzicielskich odkrywających jego psychikę i poddany karze boskiej sprawiedliwości. Przekonany o bezkarności zaprosił na ucztę ducha zamordowanego przez siebie ojca swojej porzuconej kochanki Anny. Kamienny posąg Komandora przyjął zaproszenie i wymierzył mordercy i uwodzicielowi straszliwą karę – Don Juan zginął rażony pozaziemską siłą, jak prądem, bo uścisk dłoni Komandora sprawił, że ziemia rozwarła się i wciągnęła go w ziejące ogniem piekielne płomienie.

Pozostał w literaturze, muzyce i teatrze do naszych czasów – w powieści i opowieści, dramacie, poezji – choć ulegał rozmaitym odkształceniom. Następca Tirsa de Moliny – Antonio de Vazques de Zamora (1664-1728) w dramacie Gość kamienny (Trzeba dotrzymać terminu i spłacić dług, czyli Gość kamienny [No hay plazo que no se cumpla, ni deuda, ni deuda que no se pague y Convidado de poedra]) pokazał Don Juana nie tylko jako malowniczego uwodziciela, ale także wulgarnego kochanka pozbawionego skrupułów i bezwzględnego mordercę, przekonanego o całkowitej bezkarności.

Dowiedz się więcej »KRĘGI PIEKŁA W „DON JUANIE” MARCINA BARTNIKOWSKIEGO

My błazenkowie

Z Grzegorzem Mrówczyńskim rozmawia Tomasz Miłkowski

Przyzwyczaiłeś nas jako reżyser do wysokiej półki literackiej. A to Norwid, a to Witkacy, a to Tołstoj, a to Różewicz czy Mrożek, żeby nawiązać do najnowszych twoich spektakli. Aż tu nagle na afiszu Rampy nieobyczajna komedia Jak Nanna swą córeczkę Pippę na kurtyzanę kształciła Pietro Aretino. Co się właściwie stało?

To zamówienie dyrektora, który właśnie po tych wymienionych pozycjach powiedział: zrób na karnawał komedię. Nie chciałem brać na warsztat typowych fars francuskich czy anglosaskich, zadałem sobie pewnego rodzaju zagadkę. Otóż często przesiaduję w bibliotekach, przeglądam zaległości, wciąż czytam, tak mi się ostatnio życie układa, i natknąłem się na dialogi Aretino. Postanowiłem po nie sięgnąć, sprawdzić, czy tam poza posądzeniem autora o pornografię, jest jeszcze coś dla teatru ciekawego.

I?

Znalazłem taki dialog, który jest rozmową matki z córką o utracie dziewictwa, Zauważyłem wówczas, że istnieje w nim paradoksalna w edukacji dla kurtyzany pochwała cnoty, pochwała niewinności. A poza tym sam temat (i tytuł) gwarantował, że to się może dobrze sprzedać. Nadto wydał mi się to bardzo dobry materiał do pracy z aktorem. Dowiedz się więcej »My błazenkowie

NIEPRZECIĘTNE OSOBOWOŚCI I NASZE DZIEJE – WCIĄŻ DRAMATYCZNE

Bożena Frankowska pisze o książce Aliny Kietrys Niespokojni:

Pod koniec roku 2015 PWN wydało książkę Niespokojni. Zawiera ona teksty o sześciu Polakach zapisanych w naszej historii, kulturze i polityce. Są to w kolejności alfabetycznej: Lech Bądkowski, Jan Karski (Kozielewski), Stefan Kisielewski, Marian Kołodziej, Jacek Kuroń i Kazimierz Moczarski. Książkę – ciekawą, wciągającą, ważną – napisała Alina Kietrys, gdańska dziennikarka i wykładowca umiejętności i zasad dziennikarskich na tamtejszych uczelniach.

Dowiedz się więcej »NIEPRZECIĘTNE OSOBOWOŚCI I NASZE DZIEJE – WCIĄŻ DRAMATYCZNE

Lekcja Czechowa

Już tytułem Sześć portretów z mewą w tle spektakl nawiązuje do pamiętnej inscenizacji Jerzego Grzegorzewskiego w Starym Teatrze, Dziesięć portretów z czajką w tle (1979). Andrzej Domalik wyznaczył sobie zadanie skromniejsze, nie tylko ilościowo, pamiętając, że to przede wszystkim warsztat dyplomowy. Jednak idea główna, spajająca spektakl prowadzi od Grzegorzewskiego – marzenie, proroctwo awangardowego teatru nadaje całości kształt – od przygotowania do pokazu spektaklu Konstantego wszystko się zaczyna, a na jego fragmentarycznym ucieleśnieniu kończy. Sześć postaci uwięzionych w bezczasie, jak byłoby już po śmierci, okazuje swoją rozpaczliwą samotność i trwogę. Tylko mętne wspomnienie nieudanego spektaklu tli się w ich pamięci jak kaprys, nadzieja, zarys czegoś, co mogłoby sztukę, świat, ich samych odmienić.

Dowiedz się więcej »Lekcja Czechowa

WOJCIECH SZELACHOWSKI PRZED 30 ROCZNICĄ DEBIUTU

Szybko znalazł się wśród reżyserów, którzy – zajmując w zespołach artystycznych stanowiska reżyserów lub pełniąc funkcje kierownicze – zaczęli wywierać coraz większy wpływ na kształt artystyczny nie tylko swojego teatru, ale także całego teatru lalek w Polsce – o Wojciechu Szelachowskim pisze Bożena Frankowska.

 

Wojciech Szelachowski jest reżyserem teatralnym, autorem scenariuszy inscenizacji, wierszy i tekstów piosenek dla teatru lalek i teatru literacko-muzycznego, wykładowcą na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. W latach 1992-2003 był dyrektorem artystycznym Białostockiego Teatru Lalek (BTL) za dyrekcji Wojciecha Kobrzyńskiego. W 2014 roku minęło 30 lat od Jego debiutu, którym było przedstawienie warsztatowe (jeszcze studenta) Pan Fajnacki (Białostocki Teatr Lalek, 10 II 1984). W roku 2015 minie 30 lat od premiery przedstawień dyplomowych (Krasnal Odsapka, Białostocki Teatr Lalek, 26 V 1985; Pan Fajnacki, Teatr lalek „Arlekin” w Łodzi, 18 III 1986).

Dowiedz się więcej »WOJCIECH SZELACHOWSKI PRZED 30 ROCZNICĄ DEBIUTU

Wszystko jest muzyka

O Fortepianie pijanym Toma Waitsa w reż. Marcina Przybylskiego na Scenie Studio Teatru Narodowego pisze Tomasz Miłkowski

Wszystko jest poezja – pisał kiedyś Edward Stachura. Po tym spektaklu trzeba by mówić: wszystko jest muzyka. Bo grać tu można dosłownie na wszystkim: megafonie, staroświeckim młynku do kawy, wiadrze, a nawet klapie zdezelowanego kosza na śmieci, choć ton nadaje grająca na żywo kapela Andrzeja Perkmana.

Dowiedz się więcej »Wszystko jest muzyka

NO, I PO ZABAWIE

Bożena Frankowska o przedstawieniu After Play w BTL:

Tak jest w Białostockim Teatrze Lalek po godzinie i dziesięciu minutach. I po przedstawieniu sztuki irlandzkiego pisarza Briana Friela After Play [Afterplay] w przekładzie Anny Wołek w reżyserii Bogdana Michalika [Władysława wg teatralnego programu].

Bogdan Michalik jest znanym reżyserem i profesorem w Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Scenografia została zaprojektowana przez Julię Skuratową, sławną projektantkę dekoracji i kostiumów z Litwy, współpracującą z Białostockim Teatrem Lalek, a w 2010 roku podziwianą w Galerii BTL z okazji wystawy projektów scenograficznych Teatr Skuratowej. Przekładu dokonała Anna Wołek, tłumaczka wielu innych autorów i tekstów, jak Mój boski rozwód [My Brilliant Divorce] Geraldine Aron, Survival [Place At The Table] Simon Block, Kamienie w kieszeniach [Stones In His Pockets] Marie Jones, była dyrektorka warszawskiej Agencji Teatralnej BIS oraz Centrum Sztuki Impart i Mandala Performance Festival we Wrocławiu, obecnie działająca w Toruniu. Grają Sylwia Janowicz-Dobrowolska i Ryszard Doliński, aktorzy Białostockiego Teatru Lalek, absolwenci Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie-Białymstoku, a także wykładowcy przedmiotów zawodowych na Wydziale Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku.

Dowiedz się więcej »NO, I PO ZABAWIE

WESELE: Sen Gospodarza

Tomasz Miłkowski o najnowszej inscenizacji WESELA w Teatrze Polskim im. Arnolda Szyfmana w Warszawie w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego:

To przedstawienie mogło mieć mocny finał. Pod sam koniec spektaklu zrozpaczony Jasiek (Paweł Krucz), którego nikt nie słucha, a nawet nie zauważa, okazuje z bolesną szczerością swoje osamotnienie, bezradność i głęboki żal. W niejednym Weselu taki finał (z laserami, stroboskopową pulsacją) pewnie uchodziłby za poruszający protest młodego pokolenia pozostawionego samemu sobie, bez perspektyw i wiary w przyszłość. Ale nie tym razem. Kiedy ręce publiczności (nieomylnie) składają się do oklasków, okazuje się, że to wcale nie koniec – reżyser bowiem zaplanował jeszcze jeden finał, który nawiązuje do otwarcia spektaklu: oto Gospodarz ze świecą w ręku schodzi ze sceny, a potem wychodzi z widowni bocznym drzwiami. Tak więc mamy do czynienia z klasyczną budową ramową, za pośrednictwem której reżyser informuje nas, że przedstawienie, które obejrzeliśmy, to jedynie sen-majak-przywidzenie-wspomnienie Gospodarza. A jak to ze wspomnieniami bywa, pamięć może zawodzić, toteż zamiast 35 postaci w tym Weselu pojawi się 11, choć niektóre ważne kwestie skreślonych postaci ocaleją, bo postaci będą lepione czasem z kilku. Nie pojawi się jednak Chochoł, tu Chochoła, czyli upiora przeszłości każdy ma w sobie, przybierającego kształt Widma, Wernyhory, Stańczyka, a reprezentowanych na scenie m.in. za pośrednictwem obrazów Matejki (przed laty takie rozwiązanie zastosował Józef Gruda w swojej pierwszej szczecińskiej inscenizacji Wesela, 1963). Ten zabieg uczytelnia intencje Wyspiańskiego, który pokazywał, „co się w duszy komu gra”.

Dowiedz się więcej »WESELE: Sen Gospodarza

116 fotografii

O spektaklu ALBUM KARLA HOECKERA pisze Grażyna Korzeniowska:

Karl Hoecker lubił fotografie. Zbierał je. Są czarno-białe. Czy sam je robił? Raczej nie. Bo widać go na większości. Na tej – ze starannie zaczesanymi włosami. Poważny. Na tej – radośnie bawi się z psem, młodym wilczurem. Na tej – pozuje z przełożonymi, dojrzałymi mężczyznami. A na tej – na wycieczce, w otoczeniu młodych kobiet…

Kim był Karl Hoecker? Oficerem SS, adiutantem Richarda Baera, jednego z dowódców obozu koncentracyjnego Auschwitz.

Album ze zdjęciami wykonywanymi w czasie pracy Hoeckera w obozie liczy 116 zdjęć.

Na ścianie, pierwsze zdjęcie z tego albumu, wielokrotnie powiększone przez oko rzutnika.

Dowiedz się więcej »116 fotografii

Magdalena Smalara jako Kobieta do zjedzenia

„Mam na imię Magda i jem od 36 lat” – zaczyna swój monolog Magdalena Smalara w recitalu Kobieta do zjedzenia. Opowiada o największej namiętności świata, jaką jest jedzenie. Wspomnienia smaków dzieciństwa, żarty dotyczące diet i nieustannej walki z pokusami przeplatają się z refleksjami o próbach sprostania współczesnym kanonom piękna czy o głodzie na świecie. Jest zabawnie i lirycznie.

Magdalena Smalara ma w swoim artystycznym CV dobre role. Kilka nawet bardzo dobrych. Wystarczy wspomnieć niedawną rolę Arseny w Mizantropie czy Mirandy w Burzy. Już dwa lata po zakończeniu studiów otrzymała nagrodę im. Tadeusza Łomnickiego za wybitne osiągnięcia aktorskie. Z piosenką to także nie jest jej pierwsze spotkanie. Za interpretację piosenek Agnieszki Osieckiej w konkursie Fundacji Okularnicy w 2001 roku otrzymała najważniejsze nagrody: Grand Prix, Nagrodę Publiczności oraz Nagrodę Dziennikarzy. Nic więc dziwnego, że z połączenia obu warsztatów rodzi się naprawdę smaczny spektakl.

Dowiedz się więcej »Magdalena Smalara jako Kobieta do zjedzenia

DZIEŁO PLASTUSIOWEJ MAMY W WARSZAWSKIM „BAJU”

Dnia 6 grudnia 2014 roku na Świętego Mikołaja Teatr „Baj” w Warszawie sprezentował swoim najmłodszym widzom premierę przedstawienia Pamiętnik Plastusia Marii Kownackiej w reżyserii Lecha Chojnackiego, korzystającego z pomocy autorki ruchu scenicznego Eweliny Ciszewskiej, scenografa Dariusza Panasa i autora muzyki Jarosława Kordaczuka.

Przypomniał najbardziej popularną autorkę „Baja” i polskiego teatru lalek. Autorkę znaną dzieciom i rodzicom kilku już pokoleń. Znaną nie tylko z dziecięcego teatru lalek I Kolonii Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu, z którym współpracowała od 1928 roku, dając tam pierwszą swoją premierę O Kasi, co gąski zgubiła (1928), a potem następną, Bajowe bajeczki…, przynoszącą nazwę teatrowi („Baj”) i do dziś bijącą wszelkie rekordy popularności (frekwencji i premier).

Dowiedz się więcej »DZIEŁO PLASTUSIOWEJ MAMY W WARSZAWSKIM „BAJU”

A to Polska właśnie

– Polska potrzebuje wielu błaznów, wielu komediantów. Może i ja w tym poszukiwaniu porozumienia mogę coś zrobić jako komediant? – mówi OLGIERD ŁUKASZEWICZ, aktor Teatru Polskiego w Warszawie oraz prezes Związku Artystów Scen Polskich, z którym rozmawia Tomasz Miłkowski

Ubiegłoroczne, 29. już spotkania teatrów jednego aktora w Toruniu zainaugurował pan swoim monodramem „A kaz tyz ta Polska, kaz”, skomponowanym z tekstów Stanisława Wyspiańskiego. Monodram miał oficjalną premierę w roku 2000 i od 15 lat za panem chodzi. Wciąż aktualny?

– Wciąż.

Długo pan nad nim pracował?

– Nad scenariuszem? Dwa dni.

I od tego czasu nie robi pan zmian? Rzeczywistość drepcze w miejscu?

– To nie tak. Wiele się zmienia, ale pewne nasze przywary – kłótliwość, gdzie nie trzeba, i nadmierna układność, kiedy nie trzeba, niewiara w siebie i przecenianie się – trzymają się nieźle.

Dowiedz się więcej »A to Polska właśnie

NIEUCHRONNA KARA ZA LUDZKĄ PYCHĘ

Najnowsze przedstawienie Białostockiego Teatru Lalek Czy pan istnieje Mr Johnes? wg Stanisława Lema w reżyserii Krzysztofa Raua jest poświęcone zdobyczom i klęskom ludzkiego rozumu. Spośród wielu tekstów Stanisława Lema adaptowanych dla radia, filmu, telewizji i teatru (tak dramatycznego, jak lalkowego) nie tylko w Polsce, ale na całym świecie, adaptacja opowiadania Czy pan istnieje Mr Johnes? z tomu Opowieści gwiazdowych (1951) była jedną z najwcześniejszych, zagrana w Paryżu w Theatre du Tertre (1961) i w TVP (1973, w adaptacji Dzieduszyckiego).

Opowiadanie to wziął do realizacji w Białostockim Teatrze Lalek reżyser Krzysztof Rau, były dyrektor tego teatru i inscenizator kilku co najmniej głośnych jego przedstawień, artysta przy tym zasłużony dla kultury Białegostoku jako inicjator wybudowania siedziby teatru i organizator białostockiego Wydziału Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. I kazał się młodzieży i widzom dorosłym zastanawiać nad osiągnięciami Człowieka na Ziemi, zdobyczami jego nauki, ludzką pychą i ludzkimi klęskami.

Dowiedz się więcej »NIEUCHRONNA KARA ZA LUDZKĄ PYCHĘ

Śmierć nadchodzi bezszelestnie

Tomasz Miłkowski o monodramie Danuty Stenki KONCERT ŻYCZEŃ:

Wymagało nie lada odwagi, aby wziąć na warsztat ten osobliwy tekst bez tekstu, bo bohaterka monodramu nie wypowiada w spektaklu ani jednego słowa, licząc na empatię publiczności. Nie tylko dlatego, że przedstawienie bez tekstu, jeśli nie jest baletem czy pantomimą, budzi zdumienie, ale także dlatego, że odwołuje się do niezdrowego podglądactwa. Bezwstydnie obserwujemy Danutę Stenkę, która jako bohaterka przedstawienia wykonuje całą sekwencję banalnych czynności, rutynowych, powtarzalnych do znudzenia każdego dnia, kiedy wraca z pracy z zakupami i powoli, ale systematycznie sposobi się do snu. Przypomina to jako żywo jakąś wersję Big Brothera, choć Franz Xaver Kroetz napisał ten antymonodram ponad 40 lat temu (1972), kiedy o tego typu telewizyjnym show nikt jeszcze nie słyszał.

Koncert życzeń ukazał się w majowym numerze „Dialogu” w roku 1974, rok wcześniej trafił na sceny niemieckie, a dwa lat później do polskiej telewizji (grała Zofia Kucówna). I na tym koniec, starano się zapomnieć o tym utworze jak o przykrym incydencie. Kroetz bowiem, zaniepokojony falą niespodziewanych samobójstw, pytał, jak to się dzieje, że odchodzą ludzie z pozoru uporządkowani, niewyróżniający się niczym szczególnym, o uregulowanym trybie życia, choć samotni i pozbawieni nadziei pewnego dnia, nie zaniedbując codziennych rytuałów, decydują się na odejście.

Dowiedz się więcej »Śmierć nadchodzi bezszelestnie

Gracz

O „Szalbierzu” w reż. Gábora Máté w Teatrze Dramatycznym w Warszawie pisze Tomasz Miłkowski

Aż dziw bierze, że żaden z polskich autorów nie pokusił się o dramat, powieść czy scenariusz filmowy o Wojciechu Bogusławskim. Przeżył pięciu władców, żywot miał barwny, a dokonania potężne, byłoby więc o czym pisać. Polskich autorów wyręczył György Spiró jako autor panoramicznej powieści Iksowie i sztuki Szalbierz, która w nowym tłumaczeniu Jolanty Jarmołowicz pojawiła się na afiszu Dramatycznego. Czas po temu jest szczególny, w tym roku świętujemy 250 lat Teatru Narodowego, a Bogusławski, jak wiadomo, z narodzinami Narodowego jest szczególnie silnie związany.

Autor sztuki nie dba jednak przesadnie o zgodność tego, co na scenie, z tym, jak to było naprawdę. W rzeczywistości Bogusławski podczas występów gościnnych w Wilnie nigdy nie grał Tartuffe’a, nie tłumaczył też Świętoszka, choć w Warszawie w roli tytułowej w sławnej komedii Moliera występował, ale w sztuce powiada się, że rzekomo nie dopuszczała do tego cenzura. Takich i innych detali niezgodnych z faktami można by wymieniać więcej za skrupulatnym Zbigniewem Wilskim, który uczynił to przed laty na łamach „Dialogu” (1987 nr 7), ale nie ma to większego znaczenia. Bo choć Bogusławski z całą pewnością nie był prekursorem Stanisławskiego czy Freuda, co mogłoby wynikać z jego uwag kierowanych do aktorów, to przerastał umiejętnościami i szerokością spojrzenia swoich współczesnych, a jego pobyt w Wilnie rzeczywiście przyczynił się do przebudzenia tego wówczas bardzo prowincjonalnego teatru. Tak więc Spiró ofiarował nam legendę Bogusławskiego prawdziwszą niż życie i winniśmy mu za to wdzięczność.

Dowiedz się więcej »Gracz

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.