Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Kwaśny czwartek: Jestem baba…

Nazwanie kogoś babą było kiedyś – a może i jest nadal? – wysoce obraźliwe. Oczywiście, nazwanie tak faceta, chłopaka. Bo ja wiem, dziewczyny może też? Babą nazywano kogoś, kto był za delikatny, jak na życie, które trzeba było przejść, kto był skłonny do płaczu, kto był rozchwiany emocjonalnie. I nie palił papierosów, a jeśli już, to mentolowe… W dawnych czasach zupełnie nie chodziło o jakieś fizyczne upodobnianie się chłopców do dziewcząt, przesadną sympatię do koloru różowego, czy jakieś damskie akcesoria w ubiorze. Kolczyk u chłopaka w uchu? Niemożliwe. Piraci wyginęli już dawno temu, a Johnny Deep jeszcze nie pływał po Karaibach. Jakieś ozdobne fatałaszki? No skąd! Zresztą o ile dobrze pamiętam, nawet w starszych klasach kazano nam nosić uniseksowe (oczywiście, nie znano takiego słowa!) satynowe fartuszki w kolorze granatowym, które, nie powiem, na dziewczętach prezentowały się znacznie lepiej niż na chłopakach. Jakoś tak, zwłaszcza w liceum, bywały za ciasne w niektórych miejscach i te miejsca przyciągały naszą, chłopacką, uwagę. O jakichkolwiek próbach zamiany płci nikt raczej nie myślał, w każdym razie na płeć publicznie nie narzekał.

Co do dziewcząt, owszem, mówiło się o babskiej ubikacji i może nawet babskich problemach, ale nie pamiętam, żeby którąkolwiek z moich koleżanek ktoś nazywał babą, pewno dlatego, że w repertuarze wyzwisk znajdowała się fraza stara baba, czy może nawet stary babsztyl. No a trudno obrażać kogoś zwrotem:  ty młoda babo!

Co do mnie, nigdy nie byłem jakimś klasowym macho, choćby z tej racji, że byłem w klasie najmłodszy i nie specjalnie duży, więc raczej przemykałem się pod ścianami, miałem ustabilizowane miejsce gdzieś w tylnej części hierarchii szkolnej, dawałem ściągać na polskim, fizyce i chemii, sam ściągałem na matematyce i przyrodzie – i jakoś to życie się przetoczyło, bez nazywania mnie babą.

Aż do teraz.

Grecja. Półtora kilometra do granicy z Turcją. Z tym, że jest to półtora kilometra Morza Egejskiego, dokładniej – cieśniny Mycale, dzielącej nasz ośrodek wypoczynkowy w Posidonio na Samos od okolic Milli Parku. Jak się wychylić, daleko widać tureckie Kuşadası. Na kotwicowisku opodal posidońskiej plaży co drugi jacht ma czerwoną flagę turecką, często towarzyszy jej biało-niebieska flaga grecka. Turcy przypływają też motorówkami, żeby zjeść kolację w naszej tawernie portowej. W naszej osadzie plażują, kąpią się i opalają zwyczajnie, w kąpielówkach i kostiumach bikini. Czasem też pracują.

Mam wrażenie, że wśród wynajmujących tutejsze apartamenty widziałem tylko jedną panią w białym hidżabie. Inna w kolorowej chuście, pomagała pani, która codziennie sprzątała nasz pokój. Ta główna pani od sprzątania nie różniła się niczym od wszystkich innych pań sprzątających w greckich hotelach i apartamentach. Chyba tylko tym, że prawdopodobnie była Turczynką.

I to właśnie ta pani, pokazując na mnie palcem (ale kiedy już przeszedłem i tego nie widziałem), zadała moim przyjaciołom pytanie:

– Baba?

Język grecki nie jest łatwy i sporo się różni od polskiego. Język turecki też łatwy nie jest i sporo się różni i od polskiego, i od greckiego. I wymową, i semantyką.

Kiedyś próbowałem to porównywać i dałem sobie spokój, kiedy zauważyłem, że polski kebab to turecki kebap i grecki gyros. Dokładniej: γύρος, który wymawia się jak jiros. Że polska wieża to grecki πύργος, pyrgos, a turecki kule.

A po turecku baba to grecki πατέρας, pateras, ojciec.

Ale nie prostowałem, że nie byłem babą dla moich znajomych, a w ogólności to przysługuje mi dostojny grecki tytuł παππούς, pappus – dziadek.

Po turecku: büyükbaba. Albo, pieszczotliwie: dede.

Relacje między Grekami, Turkami i mną nie były i nie są proste, ale o tym może innym razem. Teraz wystarczy tylko spuentować ten tekst tym, że jako baba cieszę się w społeczności grecko-tureckiej sporym poważaniem, bo tam ejdżyzm nie występuje, na emeryturę przechodzi się w Grecji (tak samo kobiety jak mężczyźni) przeważnie w wieku 67 lat po przepracowaniu minimum 15 lat (4500 dni składkowych). W Turcji do niedawna było to 58 lat dla kobiet i 60 lat dla mężczyzn, obecnie limit wieku zniesiono i o prawie do emerytury decyduje wyłącznie staż ubezpieczeniowy: 20 lat dla kobiet oraz 25 lat dla mężczyzn.

Więc, jak by nie patrzeć, nazwanie mnie w Posidonio babą, a nie büyükbabą było poniekąd komplementem. Tak to przyjąłem, oczywiście.

Maciej Pinkwart

5 listopada 2026

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.