Nad morzem zawsze trochę wieje, więc tutaj jest może nie tyle chłodniej, ile świeżej. Czasem, nie wiedzieć skąd i dlaczego, w czasie zupełnej flauty przychodzą fale. Niewielkie, ale odczuwalne, zapowiadane przez nagłe kołysanie się masztów stojących kilkaset metrów dalej jachtów. Wylewają się na plażę, liżą podnóżki leżaków, czasem zabierają jeden czy drugi klapek. Nie wiadomo, co je robi. Czasem można zwalić winę na przepływający gdzieś daleko statek wycieczkowy, którego kilwater sięga aż tutaj. Mało w to wierzę. Słyszę też o niewielkich ruchach sejsmicznych, które wstrząsają wodą w naszej zatoce. Ale na balkonie z widokiem na morze tych fal nie widać, bo brzeg zasłaniają gęste tamaryszki. Widzimy tylko kołyszące się lampy na wierzchołkach masztów. Przychodzi wieczór i wierzymy, że robi się rześko, choć temperatura uparcie trzyma się trzydziestki. Trochę ziewamy, mimo że wieczór jeszcze młody.
– To od tlenu – słyszę – nad morzem zawsze jest więcej tlenu.
No, fakt. Morze jest wielką fabryką tlenu, o wiele większą niż las czy łąka. Podobno morza i oceany produkują do 80 procent tlenu, który potem my, zwierzęta, zużywamy do napędzania naszych osobistych silników. Oczywiście tlenu nie produkują ryby, cwane ośmiornice nie przeprowadzają elektrolizy, ani nawet słońce nie rozkłada oceanu na dwa ha i jedno o. To wodorosty morskie, bakterie i plankton wytwarzają tlen jak oszalałe. Ale powietrze nad wodą wcale nie jest w tlen bogatsze niż to, które mamy w miastach i to, którym oddychają wielbłądy i wielbłądnicy na Saharze. I tam, i tu, jest w powietrzu 21 % tlenu i nie chce być więcej. Po prostu ziemska atmosfera jest cały czas w ruchu, wiatr, wynikający z różnicy ciśnień i temperatur stale miesza w tym kotle czarownic i dzięki temu ani się nie dusimy, ani nie popadamy w hiperwentylację. 21 procent się nam należy i tyle dostajemy.
Oczywiście, co chwilę słyszymy, jakie ożywcze dla naszego organizmu jest przebywanie na świeżym powietrzu, czytamy, jak zbawienne dla chorych płuc mieszczuchów było oddychanie górskim powietrzem w Zakopanem, jak lekko się żyje w takiej atmosferze. A przecież i w mieście, i na wsi, i nad morzem, i w górach i nawet na sali obrad Sejmu mamy serwowane 21 procent tlenu tak czy siak. Oczywiście, ta uwaga dotyczy powietrza na względnie niewielkiej wysokości nad poziomem morza. Im wyżej, tym tlenu w powietrzu jest mniej i nie wiem czemu, bo przecież nawet w Himalajach wiatr powinien przywiać tlen z lasów i mórz. Może to skutek zmniejszonego ciśnienia?
Ale wciąż różni mądralińscy przekonują nas, że musimy często wychodzić z domu, bo potrzebujemy świeżego powietrza, a ono jest tylko na zewnątrz. I jeśli nawet zrobimy sobie w domu oranżerię to niczego to nie zmieni. Choć może będzie ładniej i – uwaga! – czyściej. Bo domowe zapachy – z kuchni, z łazienki, z – excusez-moi – nas samych owo powietrze zanieczyszczają. Na zewnątrz zanieczyszczają je czynniki obiektywne: samochody, psy sąsiadów, sami sąsiedzi, śmietniki… Wynika z tego, że to, czy powietrze, z którym mamy do czynienia jest świeże, czy nie – jest, jak prawie wszystko, względne.
Problem, gdzie go szukać, zmienia się też historycznie: w końcu XIX wieku pierwsza gazeta zakopiańska triumfalnie obwieszczała, że w metrze sześciennym powietrza na Krupówkach mieści się zaledwie kilkaset bakterii, i to niechorobotwórczych, a na ul. Rivoli w Paryżu jest ich 22 tysiące. Paryż ma gorzej, hurra. Parę lat temu odnotowano w Zakopanem 520 mikrogramów pyłów zawieszonych w metrze sześciennym powietrza. W tym samym czasie w najbardziej zanieczyszczonym mieście świata, stolicy Indii – New Delhi, było 445 μg. Dopuszczalny poziom PM 10 to 50 μg/m3. Niedawno stężenie pyłu zawieszonego w Zakopanem wynosiło 80,8 μg/m3. W tym samym czasie ten sam wskaźnik dla centrum Paryża miał wartość 32 μg/m3. Paryż ma lepiej, buu… Ale tu, gdzie to piszę, w Posidonio na wyspie Samos jest jeszcze lepiej: 27 µg. Paryż ma gorzej, hurra…
Przyjdzie jesień i w polskim domu będę co jakiś czas dostawał SMS-y, że stan zanieczyszczenia powietrza w Nowym Targu wynosi 400-500 µg/m³, czyli przekracza dopuszczalną normę dziesięciokrotnie. A bywało i tak, że stężenie PM 10 wynosiło 1800 % normy. Paryż nam nie dorównuje, nie mówiąc już o Posidonio.
Zawsze rozbawia mnie alert RCB, który zapowiada, że powietrze na polu (tak się tu mówi, choć pól raczej w okolicy nie ma) jest zanieczyszczone i niezdrowe, więc powinienem pozostać w domu. I zastanawiam się, czy w domu oddycham jakimś innym powietrzem niż na polu? Czy przez nieszczelne okna i obowiązkowe wywietrzniki przedostaje się do mieszkania powietrze czyste, odfiltrowane od tych cholernych PM 10? O PM 5 już nawet nie wspominam…
Bzdura. Ale alert został rozesłany, rączki umyte, w Paryżu i w Posidonio alertów nie dostają. Hurra, nasi górą! Czy zanieczyszczone starymi spalonymi kierpcami i porąbanymi do pieca peerelowskimi meblościankami powietrze jest na polu czystsze niż w domu z centralnym ogrzewaniem, z którego PM 10 unosi się niewidocznie? E, szkoda gadać. W tym roku naoddychałem się świeżym powietrzem na zapas. Pocieszam się tym, że nawet zanieczyszczone świeże powietrze nowotarskie wciąż będzie miało 21 procent tlenu. Tyle samo co Paryż i Posidonio.
Maciej Pinkwart,4 października 2026
