Julian Tuwim, BAL W OPERZE, reż. Artur Barciś
Nie pierwszy raz to piszę, nie pierwszy raz doceniam – w teatrach Krystyny Jandy zdarzają się wydarzenia niekonwencjonalne, wybijające się zdecydowanie ponad teatralną codzienność, często także stołeczną senność.
Wczorajszy wieczór spędziłem w Teatrze Polonia – drugi, popremierowy spektakl „Balu w operze” Tuwima.
Barciś, Barciś, Barciś. Tak – onże. Barciś.
Nasz świat, nasza rzeczywistość: nie uda się znieczulić, nie udałoby się znieczulić, chyba że ktoś bardzo marzy o bezludnej mentalnej wyspie i te marzenia realizuje. Trochę zazdroszczę. Ja tak nie potrafię.
Słucham, patrzę, oglądam. Ideolo. Prowokacje. Polityczna destrukcja. Zaciskanie pętli na szyi. To się widzi. To się czuje.
Na pawlaczu mam przygotowany plecak ewakuacyjny…
I Barciś, Artur Barciś, żeby nam o tym opowiedzieć, żeby nas ostrzec, żeby huknąć – wyciągnął i przeczytał najuważniej na świecie stary tekst Juliana Tuwima z 1936 roku.
Jak on to przeczytał!
Akurat kilka godzin wcześniej rozmawiałem z Hanią Śleszyńską o Lizie Minnelli, o „Kabarecie”. Czym był dla naszych pokoleń film Fosse’a, czym była kreacja Minnelli. Przestroga i namiętność. To blisko siebie idzie.
***
Barciś w tym spektaklu.
Narrator i epigon wieczności. Chaplinada, melonik, ale i Buster, i Kobiela, inni. Wszyscy komicy – najlepsi przecież.
Gejzer słów Tuwima, melodii Tuwima, geniuszu Tuwima.
Trwa biesiada.
Huragan dźwięków Jerzego Satanowskiego, bo to jest huragan, bo tylko ten kompozytor może dać nam taki huragan, dźwięków znanych już mi wcześniej, ale odkrywanych na nowo, i w tym huraganie przebija się głos facecika wątłej postury – Artura Barcisia.
Nie trzeba się go bać, bardzo trzeba właśnie.
Tak to działa, tak to właśnie działa. Ideolo.
Rację miał Miłosz uważając „Bal w Operze” za jedno z największych arcydzieł polskiej literatury (określił poemat „modlitwą o nieistnienie świata”).
Tam jest rytm opery i tancbudy trzy po trzy, rytm i rym, knajacka dziewka, jadło i napita, szlachta i chłopstwo, religia i zniewolenie. Sacrum i profanum.
Tuwim mierzył wysoko – i sam utwór (kochany przeze mnie, mam takie stare wydanie, czarno-biała okładka), i spektakl, otwiera cytat z „Apokalipsy” świętego Jana, czytany w przedstawieniu głosem Krystyny Czubówny.
Mierzymy się z nieznanym, z trudnym, z niepojętym.
Julian Tuwim to pisał w 1936 roku, a my mierzymy się wciąż.
I dobrze, że teatr, że sztuka, zadaje nam takie pytania, że pozwala zrozumieć.
Są w tym spektaklu przewodnicy dodatkowi – jak piekielnie inteligentna scenografia Wojciecha Stefaniaka: theatrum mundi na wisielczej konstrukcji przypominającej rusztowania końca świata; jak kostiumy Zuzanny Markiewicz; jak wspomniana muzyka Jerzego Satanowskiego czy znakomicie wkomponowane w rytm przedstawienia wizualizacje Franciszka Barcisia.
Przede wszystkim jest jednak On – Artur Barciś.
Myślę, że naprawdę dużo trzeba się nagrać, nażyć, napracować, żeby zdecydować się na taki wyczyn.
I nie mam wcale na myśli tego, co podziwia zapewne znaczna część widowni, mówienie przez godzinę wierszem z szybkością rewolweru, wygimnastykowanie, niezwykłą zawodową i fizyczną sprawność aktora.
Nie to mam na myśli, na pewno nie tylko.
Barciś tą kreacją, tym bardzo ekscentrycznym monodramem, sumuje niejako wszystkie lata spędzane na scenach całej Polski. Taki miły, taki wesoły, taki cudny. Kochamy go kochać.
I ten miły, ten wesoły, ten cudny, może być groźny.
A ten groźny może nam coś ważnego przekazać.
Pytanie: co zrobimy z tym ostrzeżeniem.
Łukasz Maciejewski
