Na sąsiednich leżakach wypoczywa standardowa rodzina: pan i pani, oboje po 30-tce, chłopiec ze 12, dziewczynka 9-10 lat. Jest dziesiąta rano. Oboje rodzice zamawiają po dużym piwie. Tato z synkiem prawie cały czas siedzą w morzu. Pani z córką wciąż rozmawiają. Niczego nie rozumiem. Język całkowicie obcy, nie wychwytuję ani jednego słowa, które bym skojarzył z jakimkolwiek choćby trochę znanym. Wymowa twarda, mnóstwo głosek „r”, wydaje mi się że nawet podwójnych. Wreszcie wpadło mi w ucho coś jakby Harry Potteri. Nasłuchuję dalej, z przymkniętymi oczami, żeby lepiej słyszeć.
Mógłbym, oczywiście, po prostu zapytać where are you from?, pyta o to niemal każdy grecki sklepikarz. Angielski znają i mówią nim dobrze, słyszałem jak zamawiali piwo, nawet pomyślałem, że to Anglicy, sporo ich na Eginie. A potem usłyszałem to warczenie erem.
No ale trochę mi nie wypada pytać, skąd są, nie mam żadnego pretekstu poza pustą ciekawością byłego filologa. I nie jestem greckim sprzedawcą. Więc nasłuchuję. Leci jakby monolog mamusi, przerywany czymś na ucho innym, komentarzowym. Otwieram oczy.
Mama czyta córce z grubej księgi, oprawnej na zielono. Na oko bez okularów – Koran. Ale z daleka widzę, że przewraca kartki z prawej na lewą, a alfabet jest z pewnością łaciński. Może Biblia? Ale raczej na Biblię mi to nie wygląda. Pani czyta z ciekawą modulacją głosu, gestykuluje, po kilkunastu zdaniach przymyka książkę i objaśnia coś córce, ta niekiedy się o coś dopytuje. A ja nic, ni czorta… Wreszcie słyszę coś znajomego. Jakby „Watson”. … Pani przymyka książkę i nareszcie dostrzegam nazwisko autora i tytuł na grzbiecie. A. Conan-Doyle… I koniec tytułu: Sherlock Holmes. Przed tym powinno być jeszcze jedno słowo. W polskim wydaniu jest to słowo Przygody. Ale tu pani trzyma dłoń, więc nie wiem, jak to słowo brzmi w jej języku. Przeto nie wiem dalej, jaki to język…
Potem pomyślałem, że mogłem nagrać to, co czytała i wrzucić do translatora. Ale na plażę nie zabieram komórki. Zresztą nie była już ważna odpowiedź na pytanie where are you from, bo po prostu okazało się, że wszyscy jesteśmy z Baker Street 221 B.
W całym w miarę cywilizowanym świecie są powszechnie znane toposy, archetypy kulturowe, historyczne czy naukowe, wspólne i w miarę jednoznacznie rozumiane: mamut – a2+b2=c2 – Wenus – Szekspir – Einstein – Jurassic Park – Titanic – Hobbit – Freddie Mercury… Zeus – Ozyrys – Chrystus – Mahomet – Budda – Dart Vader. Wojna – pokój – miłość – nienawiść – ciekawość. Demokracja – tyrania – faszyzm – utopia … Cały świat literatury powszechnej – fizyka kwantowa – ciemna materia kosmosu – AI…
Przesadziłem? No, może trochę. Że różni ludzie rozumieją to różnie, albo nie rozumieją wcale? No to co z tego? Tym bardziej jest o czym rozmawiać.
Tylko ta cholerna wieża Babel – żeby rozmawiać trzeba się porozumieć, żeby się porozumieć trzeba mieć wspólny język, nawet żeby się pokłócić też trzeba mieć wspólny język… Czy wszyscy się musimy nauczyć angielskiego? A może tym wspólnym językiem będzie κοινή, czyli ten grecki, jaki wypracowano na potrzeby podbojów macedońskich? W końcu, jeśli za czasów Aleksandra Wielkiego udało się wszystkich tych Hellenów wyuczyć wspólnego dialektu, to może i dziś by się udało?
Świat jest pełen barbarzyńców, którzy nie wiedzą kim był Homer, czy w ogóle istniał i co napisał. My, ludzie cywilizowani, też do końca tego nie wiemy. Ale to może nie najważniejsze – mogą być barbarzyńcy, którzy świetnie znają Homera i nie potrafią o tym opowiedzieć innym barbarzyńcom albo innym cywilizowanym ludziom i to jest właśnie kłopot naszej cywilizowano-barbarzyńskiej rzeczywistości.
Na szczęście, drogi Watsonie, jest jeszcze mnóstwo rzeczy, co do których możemy się porozumieć bez słów albo z niewielką liczbą tychże. Poprośmy więc teraz panią Hudson o przygotowanie nam naszej five o’clock tea… A potem spróbujemy wrócić na naszą Itakę w nadziei, że Penelopa nie zdążyła jeszcze utkać całunu, a pies Argos mimo starości wciąż jeszcze na nas czeka…
Maciej Pinkwart, 27 września 2026
