NA BOSAKA CHODZĘ
Wróciliśmy.
Wróciliśmy po wakacjach.
I „U Filmowców” jak w rodzinie – filmowej, wiadomo.
Ewa Szykulska. Wspaniała postać.
Na koniec jedna z uczestniczek wczorajszego spotkania, powiedziała pięknie (za co jestem tej pani wdzięczny szczególnie): „Pani Ewo, Pani jest krajobrazem polskiego kina. Myśląc o polskim kinie, widzę Pani twarz. Że Pani zawsze była. I zawsze się Panią pamiętało”.
Rzeczywiście – „Dziewczyny do wzięcia”, „Hydrozagadka”, „Vabank”, „Vabank II”, „Potop”, „Seksmisja”, „26 dni z życia Dostojewskiego”, „Kroniki domowe” „Kariera Nikodema Dyzmy”, „Pan Samochodzik i Templariusze”, „Ballada o Januszku”, „Jan Serce”, „Nadzór”, „Dotknij mnie”, „Matka Teresa od kotów”, w teatrze Szajny, „Miss Hiv”, „Bomba”, „Prześliczna wiolonczelistka” Skaldów, wreszcie kręceni w Trójmieście „Lokatorzy” i „Sąsiedzi”…
Ewa Szykulska powiedziała kiedyś – „Moja twarz wyraża moje życie”.
I wczoraj kawałek zawodowego życia pięknie – emocjonalnie, żywiołowo, szczerze przede wszystkim – nam opowiedziała.
O „Dziewczynach do wzięcia”
– Nigdy nie walczyłam o role. Przychodziły same. Więcej szczęścia niż rozumu. Tym razem jednak zwalczyłam naprawdę. Bo mój ówczesny mąż, Janusz Kondratiuk, nie chciał mnie angażować do tego filmu, ale się zawzięłam. O „Dziewczynach” tyle miałabym historii do opowiedzenia, tyle świetnych historii. Na przykład jak jeden z moich złotych ząbków wpadł mi do sraczyka.
Z dziewczynami, z koleżankami z „Dziewczyn”, wciąż mam serdeczny kontakt. Dobrze sobie radzą. Jedna mieszka w Anglii, druga już na emeryturze. Lubimy się wciąż.
O „Wniebowziętych”:
– Nie grałam w tym filmie, ale przyglądałam się realizacji. Z koleżkami Maklakiewiczem i Himilsbachem, wciąż były problemy. Z Himilsbachem większe. Któregoś wieczora Janek położył się po prostu i leżał na ziemi. Nie dał się ruszyć. Pogotowie nie pogotowie, co robić. Podchodzi do niego jakiś obcy człowiek i pyta: „Czy ja mogę się przyłączyć”?
O „Hydrozagadce”:
– My to traktowaliśmy jako żarcik. Pamiętam jak powstawał scenariusz. Wszyscy się dobrze bawili. Co jeszcze wymyślimy? Co jeszcze bardziej absurdalnego? I to się wszystko jakimś cudem skleiło. Film kultowy.
O „Panu Samochodziku”:
– Zadziwiająca popularność. Uczestniczę czasami w zlotach fanów Nienackiego i tej serii. Pamiętam, że mówiłam do Stasia Mikulskiego: „Czerwony James Bond”.
O Józefie Szajnie:
– Aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub filmie;... More u Szajny był częścią krajobrazu plastycznego. Wizji plastycznej. Częścią świata wyobraźni reżysera. Trybikiem. Nikomu z nas to nie przeszkadzało. Ja w tym teatrze zaznałam absolutnej zespołowości, żarliwej wiary w teatr i w zespół teatralny. Było mi to wówczas, młodej ślicznej dziewczynce, panience, której pewnie inaczej by odbiło od sukcesów, niezmiernie potrzebne. Spotkanie z wielkim magiem teatru, z wielką sztuką, ale praca na wspólne konto. Na przykład praca nad spektaklem „Dante” z muzyką Pendereckiego, nasze podróże po całym świecie z trupą Szajny.
Mnie w teatrze zawsze zresztą ciągnęło do jakichś piwnic, do undergroundu, spotkania z Maćkiem Kowalewskim, „Miss Hiv”, „Bomba”. Tego się nie zapomina.
Nie lubię czerwonych dywanów, szpilek, kreacji, nie pasuję tam. Ja na bosaka chodzę.
O Idze Cembrzyńskiej:
– Jestem już bardzo starą dziewczynką. I w tej starości najbardziej dotyka mnie żegnanie. Odeszła Iga. Zawsze była inna, zawsze się wyróżniała. Osobowość w osobliwościach. Konkurowałyśmy ze sobą. Ja byłam żoną Janusza Kondratiuka, Iga – Andrzeja Kondratiuka. Ale to była zdrowa, artystyczna konkurencja, coś wspaniałego. Mam z Igą tyle wspomnień. Na przykład to nad zalewem zegrzyńskim. Andrzej z Januszem pisali scenariusze, my miałyśmy więcej czasu. Zalew, słońce, lato. Leżymy za parawanem, nazwałyśmy go „kogutem”. Nadchodzi Romek Kłosowski, w zabawnym tużurku, uszytym mu przez żonę, cudną Krychę. Podchodzi i pyta, czy może sobie popatrzeć. Za jednego Marlboro. Za jednego Marlboro to może. Pokazałyśmy, co tam miałyśmy. Dużo było w tym śmiechu, dużo zabawy, jako środowisko naprawdę się lubiliśmy, spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Nigdy nie zapomnę, że kiedy kręciłam film w NRD, którego gwiazdą była Beata Tyszkiewicz, Beata zażądała od produkcji, że nie zagra w tym filmie, dopóki jej koleżanka, Ewa Szykulska, nie otrzyma podobnego do niej honorarium. I wyegzekwowała to dla mnie. Dzisiaj nie do pomyślenia, a to były zwyczajne gesty, normalne.
O Uli Grabowskiej:
– Pokolenia aktorskie, losy. Patrzę teraz na wiszący tutaj śliczny plakat z portretem Uli. Pamiętam, że pojawiła się taka śliczna dziewczynka, chyba studentką jeszcze była. Spektakl „Usta Micka Jaggera”. Patrzę na to dziecko i myślę sobie: coś czuję, że będą z niej ludzie. Ona to ma. A potem, po latach, w jakimś jury, z dumą nagradzałam jej kreację.
Mówię o Uli, bo moje życie to były nieustanne spotkania z osobowościami. Z ciekawymi ludźmi. W ciekawych czasach. I za to jestem wdzięczna.
O spotkaniach:
– Romek Wilhelmi – nie tylko „Kariera Nikodema Dyzmy”, graliśmy także razem, z Igusią Cembrzyńską, w sztuce „Kogel Mogel”. Trudny partner, szorstki, wymagający, który z własnych słabości, ułomności stworzył wielką siłę. W „Człowieku z M3” grałam z Bogumiłem Kobielą. Razem ze swoją żoną, kupował mi na bazarku na Polnej ziarenka, przynosił dziecku. I nazywał mnie „Mysza”. To była ksywka Bobka.
O zwierzętach:
– Kocham najbardziej. Zwierzęta mnie uczłowieczają, a aktorstwo czasami zezwierzęca. Oto ja. Ja – oto Ewa.
Łukasz Maciejewski
[Foto: Anna Biobrowska]
