Czy mam wystarczające kompetencje, żeby pisać o sztucznej inteligencji? Nie, nie mam. No, bo gdybym miał, to zamiast egzystować na emeryturze i pisać darmowe felietony do wciąż jeszcze w miarę tanio dostępnego Internetu, pracowałbym w jakiejś ważnej firmie, zajmującej się AI, nie żeby od razu w Dolinie Krzemowej, ale choćby w którejś z kilkunastu polskich instytucji, zajmujących się tym zagadnieniem. Najbardziej, ze względu na nazwę, odpowiadałby mi PLLUM, pod którym to akronimem ukrywa się czysto polskie konsorcjum składające się z NASK, Politechniki Wrocławskiej, Politechniki Gdańskiej oraz Uniwersytetu Łódzkiego. Co to jest NASK? To skrót od nazwy Państwowego Instytutu Badawczego. Dlaczego PIB nazywa się NASK? Bo PIB to naprawdę Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa. A dlaczego PLLUM? Bo to skrót od czysto polskiej firmy, która nazywa się Polish Large Language Model. A dlaczego model językowy, i to wielki, mnie tak pociąga? Bo jestem z wykształcenia filologiem i sprawy językowe są mi bliskie. To, że z różnych nauk filologicznych wybrałem, studiowałem i ukończyłem egiptologię bardzo mi pomaga w rozwikływaniu zawiłości języka polskiego. Nie takie rzeczy rozwikływał Champollion i jego następcy.
Oczywiście, wszystkie powyższe złośliwości zawdzięczam przeszukaniu Internetu przy pomocy sztucznej inteligencji, z której korzystam głównie jak z bardziej wyrafinowanej (czytaj: bardziej inteligentnej) wyszukiwarki. Zdarzało mi się też, co prawda, wykreować kilka zdjęć, poprawić parę skanów czy pokolorować fotografie czarno białe, ale nie idę dalej, bo jak dotąd udaje mi się korzystać wyłącznie z darmowych programów AI, a od darmochy trudno oczekiwać czegoś więcej. Pieniądze oczywiście nie dają szczęścia, ale dają bardziej zaawansowaną technologię. Tak więc jestem sztucznie inteligentny w stopniu umiarkowanym, a może wręcz podstawowym, choć sama sprawa frapuje mnie i niepokoi w stopniu wysokim. Ale do owych dżinów, zamkniętych w butelkach naszych komputerów wrócimy za chwilę.
Przyznam się szczerze, że nigdy nie próbowałem korzystać z AI do tego, by posłużyć się nią do stworzenia odrębnego, integralnego tekstu. Może dlatego, że gdzieś tam, w głębi ducha obawiam się, że ów powstały nie wiadomo (mnie nie wiadomo) jak i gdzie tekst okazałby się lepszy albo przynajmniej równie dobry (a może równie kiepski?) jak ten, który napisałbym sam. Bo gdyby tak się stało, musiałbym jeszcze bardziej zrezygnować z tego, co w znacznym stopniu uzasadnia (dla mnie samego, oczywiście) sens dalszej ziemskiej egzystencji. Stąd też korzystam z rozmaitych chatbotów jak z asystentów czy, w pewnym stopniu sekretarek: AI pomaga mi wyszukiwać półprodukty, z których ja dopiero pichcę swój literacki obiad. Notabene – dopiero teraz udało mi się zrealizować marzenie mojego dawnego życia – zawsze chciałem mieć sekretarkę, która umiałaby pisać na maszynie czy komputerze lepiej niż ja. Za czynnego życia zawodowego nie udało mi się tej przyjemności zaznać.
Naturalnie, wspomagam się podłączonym do Internetu komputerem by zrozumieć współczesny żargon techniczny, korporacyjny czy prawny, a także wtedy gdy mimo rzekomego stałego treningu intelektualnego znów wypada mi z głowy jakieś nazwisko, imię czy słowo, którego akurat potrzebuję. Nie wiem czemu, ale najczęściej zapominam, jak się nazywa Monica Belluci. Może dlatego, że wciąż ją pamiętam… Oraz do jakich złośliwości mogę użyć słów oksymoron i to drugie, no – a niech to, znów zapomniałem… Takie łagodniejsze określenie czegoś drastycznego… Dzięki: eufemizm. Nigdy też nie zdołałem się nauczyć, jaka naprawdę jest różnica między pseudonimem i kryptonimem, anagramem i akronimem. No i tak przy pomocy inteligencji swojego komputera oszukuję swoją demencję. Uwaga: próbowałem też wesprzeć się sztuczną inteligencją, żeby zrozumieć wypowiedzi niektórych polityków, których nazwiska są tak często używane, że wywołują we mnie odruchy podobne do tych, jakie wywołuje źle połknięta ostryga lub (wersja dla mieszkańców Podkarpacia) salceson domowej roboty: usiłuje wrócić na zewnątrz, potem przepycha się z powrotem, i znowu wraca. A mnie jest nie tylko niedobrze – także nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje i jak długo jeszcze będziemy mamieni opowieściami o tym, jak bardzo niedobry PiS zabetonował się w wymiarze sprawiedliwości. AI przy tym temacie się poddaje, bowiem najtrudniejsze są dla niej pytania, zaczynające się od słowa dlaczego.
Uwaga 2, przykład. Pytam, choć znam odpowiedź: po ilu punktach traci się prawo jazdy? AI: Prawo jazdy zabierają po przekroczeniu 24 punktów karnych (czyli przy 25 i więcej) dla doświadczonych kierowców. Młodzi kierowcy (do 1 roku od uzyskania prawa jazdy) tracą uprawnienia po przekroczeniu 20 punktów. Przekroczenie limitu skutkuje skierowaniem na egzamin sprawdzający i badania psychologiczne, a w przypadku młodych kierowców – cofnięciem uprawnień. Pytam dalej: to dlaczego poseł Mejza nadal ma prawo jazdy, mimo że uzbierał już 168 punktów karnych? Odpowiedź jest długa i nawet wyczerpująca, więc żeby nie wyczerpać Czytelników, podam tylko pierwszy akapit: Poseł Łukasz Mejza formalnie nadal posiada prawo jazdy, ponieważ procedury administracyjne i sądowe związane z naliczaniem punktów karnych oraz ich egzekucją trwają, a w przeszłości były skutecznie wstrzymywane przez immunitet parlamentarny.
A więc – pomoc, ale taka całkiem ludzka. Choć jeszcze nie zauważyłem, żeby jedna z moich AI (korzystam z kilku systemów) na jakieś pytanie odpowiedziała po ludzku: nie wiem. Zamiast tego pisze: brak danych, jak dotąd w źródłach nie udało się znaleźć itp. I to w najlepszym wypadku, bo najczęściej wesoło sobie halucynuje i podaje cokolwiek, co – i to jest najgorsze – wygląda prawdopodobnie. Nie wiem dla niej nie istnieje. No, ale jak wielu znacie ludzi, którzy zagadnięci o cokolwiek odpowiedzą po prostu: nie wiem? Nieludzkie w kontaktach ze sztuczną inteligencją jest też i to, że ona po prostu konwersuje z tobą tylko z twojej inicjatywy. Ale zupełnie możliwe jest i to, że po kolejnej aktualizacji mojego systemu komputerowego AI zapamięta, kiedy zazwyczaj włączam komputer i od czego zaczynam na nim dzień, więc sama się włączy, poda mi w kilku zdaniach syntezę wiadomości, prognozę pogody dla Podhala, sprawdzi ceny benzyny i podpowie, jakie zadania planowałem na dziś. Bo to, że przypomina mi o imieninach i urodzinach przyjaciół i płaci za mnie subskrypcje, czynsz czy rachunki telefoniczne, to już banał. A gdybym miał swój dom i wyposażył go w system smart – o określonej porze miałbym zaparzoną i podaną poranną herbatę, odsłonięte okna, może nawet podlane kwiaty.
Powierzenie sztucznej inteligencji części naszych trudów rzecz jasna byłoby wygodne, choć niewykluczone, że skończyłoby się fatalnie. Inteligencja zewnętrzna może nam przypomnieć, jaki program ćwiczeń na dziś mamy zaplanowany, ale nie wykona za nas tych wszystkich skłonów, przysiadów i wymachów. Może zamówić w cateringu jakieś jedzenie, które uzna za pożywne, ale go za nas nie zje… Może też tak bardzo zoptymalizować swoje działanie, że nas zmieni z podmiotu w przedmiot. A może nawet w surowiec. Jak w eksperymencie myślowym Nicka Bostroma, który opisał superinteligentną AI, zaprzęgniętą do pracy w fabryce spinaczy do papieru. Działania kierowanej przez nią fabryki mogłyby doprowadzić do tego, że wszystko dookoła – w tym my, ludzie, zostalibyśmy potraktowani jako surowiec i przerobieni na spinacze…
Wiem, pisałem już o tym i pisałem też o tym, że Stanisław Lem opisywał w Dziennikach Gwiazdowych planetę Indiotów, którzy wymyślili maszynę estetyzującą i zapewniającą nieśmiertelność, w efekcie pracy której wszyscy Indioci zostali przerobieni na piękne i niezniszczalne kolorowe krążki. A pamiętacie balladę Goethego o uczniu czarnoksiężnika? Wiem, że nie, ja też nie pamiętam. Pamięta oczywiście AI, ale boję się jej pytać. Pamiętam za to film Disneya, ilustrujący w animacji scherzo symfoniczne Paula Ducasa. Oto młody uczeń czarnoksiężnika otrzymał od mistrza, który musiał wyjść z domu, polecenie przyniesienia wody ze studni. Nie chciało mu się nosić, więc zaklęciem zmusił do tej roboty stojącą w schowku miotłę. No i miotła za niego nosiła wodę, która po jakimś czasie zaczęła zalewać dom. A uczeń choć znał zaklęcie do noszenia wody, nie znał zaklęcia, którym to noszenie mógł zatrzymać. I byłby zginął marnie, a może razem z nim całe miasto i świat, gdyby nie wrócił czarnoksiężnik, wodę osuszył, a miotłę odesłał do schowka na miotły, przedtem zapewne przetrzepując przy jej pomocy skórę leniwego ucznia, który nie umiał przewidzieć skutków swojego działania.
I to w kwestii sztucznej inteligencji jest największym niebezpieczeństwem: używamy jej – co nieuniknione – ale nie znamy ewentualnych skutków naszego – jej – działania. AI nie jest żadnym demonem, który namówiwszy się za naszymi plecami z innymi systemami – zniszczy nas, swoich rodziców i zapanuje nad bezludzkim światem. To – jak pisała Zofia Nałkowska – ludzie ludziom zgotują ten los…
Chociaż… Może być i tak, że podobnie jak 99 % żyjących na świecie gatunków i my, gatunek homo sapiens, wyginiemy, z takich czy innych powodów. A nasze miejsce zajmie nowy dominujący gatunek. Nasze roboty. Jednak to jest na tyle sprzeczne z zasadą działania ewolucji, która przecież następuje drogą przekształcenia gatunków, istniejących dotychczas – że obawiam się, iż nic nie nastąpi po nas i zginiemy bezpotomnie, i my i nasze roboty. Stary Zagłoba u mistrza Sienkiewicza biadał przecież profetycznie: zginę ja i pchły moje!
No, chyba że czarnoksiężnik wróci do domu i zrobi z tym wszystkim porządek.
Maciej Pinkwart
7 maja 2026
