Żyjemy w epoce instytucjonalnego skąpstwa i intelektualnej drożyzny. Podczas gdy wiele dzisiejszych scen wciska nam w dłoń byle jaką ulotkę z kodem QR, zmuszając do ślęczenia przed ekranem telefonu, Teatr Polski w Warszawie z iście obywatelską powagą przypomina, czym jest elementarny szacunek do widza. Zanim jeszcze kurtyna pójdzie w górę, otrzymujemy do rąk obiekt dziś niemal zjawiskowy – przepięknie wydany, starannie opracowany i gęsty od intelektualnej treści program teatralny. Znajdziemy w nim nie tylko rygorystyczną, erudycyjną analizę pióra Izabelli Zatorskiej, ale i fascynującą rozmowę Janusza Majcherka z reżyserem Edwardem Wojtaszkiem oraz tłumaczem Jerzym Radziwiłowiczem. To edytorski majstersztyk! Instytucja ta udowadnia, że prawdziwy teatr i uczta duchowa zaczynają się już w foyer, a mądre słowo drukowane wciąż pozostaje najpotężniejszym orężem przeciwko powierzchowności naszej epoki.
Bogatsi o tę lekturę, zupełnie inaczej patrzymy na to, co rozgrywa się na Dużej Scenie. W dzisiejszych czasach panuje błędne, wysoce szkodliwe przekonanie, że aby sztuka była nowoczesna, musi ociekać scenicznym plastikiem i publicystycznym krzykiem. Tymczasem Wojtaszek bierze na warsztat osiemnastowieczne koronki Pierre’a de Marivaux i udowadnia, że pod peruką i zapachem pudru kryje się najbardziej drapieżna z bestii – zepsuta władzą ludzka natura.
Jak niezwykle trafnie punktuje w programie Jerzy Radziwiłowicz, Marivaux jest autorem znacznie bardziej wyrafinowanym i trudniejszym od Moliera, ponieważ rezygnuje z prostych komedii typów na rzecz głębokiej, bezlitosnej wiwisekcji psychologicznej. Ten nowy, genialny wręcz przekład nie bawi się w akademickie wygładzanie krawędzi. Tłumacz z iście boyowską brawurą obnaża zjawisko marivaudage – udowadniając wbrew powszechnym mitom, że nie jest to wcale pusty, uroczy salonowy szczebiot, lecz często rozpaczliwa mowa osaczonej ofiary, precyzyjne narzędzie służące do zadawania najgłębszych ran.
Pierwsza odsłona tego dyptyku, „Aktorzy w dobrej wierze”, to zaplanowane z zimną krwią usypianie czujności widza. Scenografka Weronika Karwowska buduje przestrzeń, która łudzi nasze oko pastelowym pięknem i iluzją porannej mgły. W tej wykreowanej, bezpiecznej bańce Paweł Krucz jako pełen inwencji Merlin i Dorota Bzdyla jako figlarna Colette z werwą intrygują w amatorskim, domowym teatrzyku. Śmiejemy się do łez, widząc omyłki służby, ale – jak błyskotliwie zauważa w programowym eseju Zatorska – w tej z pozoru niewinnej grze, gdzie „oni udajom, że udajom”, czai się już fatalistyczna zapowiedź brutalnej prawdy o relacjach klasowych.
Po przerwie ta sielankowa iluzja zostaje zrównana z ziemią. Radosny ogród tonie w nieprzeniknionym mroku, a wibrująca niepokojem muzyka Tomasza Bajerskiego obwieszcza nadejście kottowskiego Wielkiego Mechanizmu. Wkraczamy w duszny, sadystyczny eksperyment, czyli „Próbę” – jednoaktówkę, którą wybitny aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More i reżyser Louis Jouvet nazwał wprost jedną z najobrzydliwszych sztuk w całym francuskim repertuarze.
W tej części nie ma już miejsca na niedokrwiste romanse. Młody arystokrata Lucidor (Krzysztof Kwiatkowski) funduje swojej wybrance, Andżelice, metodyczną, emocjonalną rzeź. Warto w tym miejscu przywołać gorzki fakt, o którym przypominają twórcy w doskonałym programie teatralnym: sam Marivaux stracił fortunę podczas wielkiego krachu finansowego w czasach Regencji, przez co brutalna siła pieniądza wtargnęła w jego życie i twórczość z niszczycielską mocą. Dlatego ten spektakl uderza w nas tak bezlitosnym realizmem. Cyniczny oprawca autentycznie wierzy, że każdą psychologiczną ranę i zdeptaną godność zmanipulowanej kobiety da się ostatecznie wymazać, rzucając jej pod nogi ciężki worek ze złotem.
Na tym drapieżnym tle absolutnie lśni młode pokolenie aktorów. Irmina Liszkowska odgrywa proces psychicznego rozpadu Andżeliki z taką naturalistyczną dotkliwością, że widzowi fizycznie brakuje tchu; jej cierpienie jest najpotężniejszym, obywatelskim oskarżeniem rzuconym w twarz klasowych beneficjentów. Z kolei Jakub Kordas dokonuje na scenie ewolucji absolutnej – od niezdarnego Błażeja z pierwszej części po chytrego, usłużnego Pana Błażeja w drugiej, który dla własnego zysku i przetrwania sprzeda każdą ludzką wartość.
Teatr Polski zafundował nam wstrząsający traktat o przemocy. Spektakl Edwarda Wojtaszka dowodzi ponad wszelką wątpliwość, że aby wydać najostrzejszy i najbardziej dotkliwy wyrok na współczesny, kapitalistyczny cynizm i naszą znieczulicę, wcale nie trzeba epatować skandalem – wystarczy po mistrzowsku zagrać klasykę. A jeśli dodatkowo oprawi się ją tak wspaniałym, erudycyjnym programem wydawniczym, to pozostaje nam jedynie wstać i bić brawa w obronie prawdziwego rzemiosła.
Konrad Szczebiot
[Fot. Karolina Jóźwiak/ Teatr Polski w Warszawie]

