Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Wszechświat zamknięty w dwóch godzinach

Z Janem Holoubkiem rozmawia Tomasz Miłkowski

Spadł na pana ostatnio deszcz nagród, zwłaszcza za podziwianego „Heweliusza”. Został pan również laureatem Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej przez krytyków za wybitne osiągnięcia w Teatrze Telewizji za spektakl „Biedermann i podpalacze” Maxa Frischa. Zaskoczyło to pana?

Jestem niezwykle zaskoczony tą prestiżową nagrodą i uznaniem, że to ja – człowiek właściwie nie związany z teatrem, raczej uciekający, unikający teatru, mogłem się sprawdzić w tej dziedzinie. I jakoś mi to wyszło.

Pisano, że to właściwie pański debiut w teatrze telewizji, choć wcześniej bywał pan operatorem spektakli telewizyjnych, a więc już się przez ten warsztat telewizyjnego teatru przetarł.

Traktuję „Biedermanna” jako debiut w Teatrze TVP, bo jednak praca jako autora zdjęć to jest inna materia niż reżyseria. To było dla mnie bardzo pouczające doświadczenie. Zupełnie nowe. Inne od tego w teatrze żywego planu, gdzie najwięcej zdarza się podczas prób stolikowych, kiedy szuka się dopiero klucza interpretacyjnego. Tak więc było to wejście w nową dla mnie materię.

Dlaczego sięgnął pan po tekst Frischa, opowieść-metaforę o konformiście, który sam podaje zapałki podpalaczom swego domu?

Mogę tylko powiedzieć, że jestem ogromnym szczęściarzem, bo zafrapował mnie ten tekst, który trafił do mnie z redakcji Teatru TVP. To nie jest tak, że ja sam ten tekst znalazłem, ale dostałem trzy teksty do wyboru i było tak, że pozostałe – okazało się – to takie, że nie bylem w stanie przebrnąć przez pierwsze trzy strony. A tekst Frischa od razu mnie zaskoczył, jego siła i współczesność.

Nie jestem człowiekiem teatru na co dzień. Szukałem czegoś, co będzie w moim odczuciu łatwe. „Biedermann” jest tekstem łatwym, ponieważ jest świetnie napisany, co automatycznie staje się dla realizatorów łatwe w każdym sensie.

A co to były za teksty, które tak szybko pan zdyskwalifikował?

Już nie pamiętam. Jeden był chyba Chmielewskiej, ale trzeba było jeszcze zrobić adaptację książki, a drugi nie zostawił we mnie żadnego śladu.

Na czym polegała praca nad wybranym tekstem: na analizie intelektualnej czy intuicji?

Jeśli miałbym to jakoś zważyć, to raczej w 75 procentach kieruję się intuicją, a w 25 procentach analizą, choć trudno to traktować osobno. Analiza tekstu dokonuje się u mnie w pewnym sensie automatycznie. Mówiąc najprościej, unikam tekstów, które wydają mi się nudne i nieciekawe.

Przy filmie jednak decyduje o wyborze obraz?

Nie, także tekst. Obraz wynika ze słowa. Zawsze realizuję scenariusze, które widać, które od razu są widoczne w wyobraźni. To są w mojej opinii dobre scenariusze, takie właśnie, które od razu się wizualizują. Związek między dramaturgią, dialogiem i formą wizualną jest dla mnie integralny, ja tego nie rozdzielam. To wszystko powstaje w formie partytury.

W pańskich ocenach rozmaitych tekstów i form, nawet przed chwilą, często pojawia się kategoria „nudy” Powtarza pan przy różnych okazjach, że teatr pana nudzi. Naprawdę?

To trochę z mojej strony kokieteria. Jak już pójdę do teatru, to na ogół jestem zadowolony.

A jednak. W takim razie, jak jak to się stało, ze syn takich rodziców, tak bardzo teatralnych, tak z teatrem związanych (choć przecież silnie obecnych w kinie), wybrał film a nie teatr?

Od samego początku, odkąd pamiętam najbardziej interesował mnie obraz. Przyciągała mnie kamera jako medium spojrzenia na świat. Ekscytowała mnie możliwość spojrzenia na świat z różnych punktów widzenia, możliwość kadrowania, łączenia różnych kadrów. Wiadomo, że teatr może robić podobne rzeczy, ale mnie ekscytowała sama forma opowiadania historii. Bo wszystko jedno, spektakl czy film jest zawsze jakąś formą opowiadania historii. Jeden to robi w teatrze, drugi w kinie. Jeden maluje, drugi robi filmy, ale wszyscy mamy tę sam cel na widoku.

Wielu sławnych reżyserów filmowych łączyło i nadal łączy swoje pasje filmowe i pasje teatralne, reżyserują filmy i spektakle teatralne, dość tylko wspomnieć Andrzeja Wajdę, którego twórczość na te dwie części była podzielona, czy właśnie niepodzielnie złożona z tcy dwóch części. Czy panu to się nie może zdarzyć?

Mogę sobie wyobrazić, że wyreżyseruję w przyszłości spektakl teatralny. Ale wyobrazić sobie nie mogę, że siedziałbym miesiącami w teatrze i wciąż pilnował tego samego spektaklu, żeby się nie rozleciał. To przerasta moją wyobraźnię i cierpliwość. Już samo przesiadywanie na próbach może człowieka wykończyć.

Ale na planie filmowym jednak przesiaduje pan cierpliwie.

To coś innego zupełnie.

Inna adrenalina?

Myślę że zdecydowanie większa adrenalina.

W pańskiej książce rzece „Między światłem a cieniem” powtarza pan wielokrotnie, że robi filmy z myślą o publiczności. W przypadku teatru ma pan do czynienia z możliwością wnoszenia korekt – właśnie w wyniku spotkania z publicznością. Z filmem jest inaczej. Jak jest skończony, to kończą się możliwości ingerencji reżyserskiej. Czy z tego punktu widzenia – porozumienia z publicznością – teatr nie byłby dla pana większą pokusą od filmu?

To prawda. W teatrze jest inaczej, można sterować spektaklem po premierze przez kolejne przedstawienia. Ale to by mnie zniszczyło psychicznie, gdybym przychodził do teatru i oglądał następne przedstawienia i je ulepszał. Znam takich reżyserów. Przychodzą na każde przedstawienie, po każdym przedstawieniu spotykają się z aktorami i nadal z nimi pracują. Wydaje mi się, że ja bym tak nie potrafił. Na samą myśl, że w następny wtorek czy czwartek musiałbym pójść na swoje przedstawienie, obejrzeć je i dalej nad nim pracować, robi mi się słabo. W filmie mam inny rytm. Trzeba coś zrobić, skończyć, odstawić i iść dalej. To lubię, nowe wyzwania.

Oprócz tekstu, wygląda na to, że drugim filarem pańskich prac jest aktor, odpowiedni dobór obsady. To bodaj najstarsza formuła sukcesu w teatrze i filmie: postawić na aktora

Absolutnie tak, aktor to jest podstawa.

Jednak te dwa filary panu do czegoś służą, bo chodzi panu nie tyle o opowiadanie historii, choć tego nie wolno lekceważyć, ale o stworzenie – jak pan to określa – świata, wiarygodnego świata. Na czym to polega?

Już na etapie czytania ten świat rodzi się w głowie, ma swoją konkretną aurę, najlepiej oddaje to słowo „atmosfera”. Tak więc najpierw świat się rodzi w głowie, a potem przy współpracy innych twórców, scenografa, muzyka, operatora, oczywiście wszystkich aktorów przybiera materialny kształt. Jaki jest to świat, jaka jest jego jakość decyduje także światło, wszystko, co nas otacza. Wydaje mi się, że tak właśnie powstaje spójny świat, który jednych pociąga a drugich odpycha. Jeżeli ten świat jest wystarczająco magnetyczny, to ludzie go po prostu oglądają. Decyduje nie tylko performans aktorski czy jakość tekstu. To musi być wszechświat zamknięty w dwóch godzinach filmu czy spektaklu. Integralny wszechświat, który istnieje, w który wierzymy. Nie umiem tego inaczej nazwać.

Nie wspomniał pan o wielkiej różnicy między magią kina i magią teatry, czyli o zasięgu tych dziedzin, skali odbioru.

Bo to niekoniecznie jest prawda. Po kilku polskich premierach filmowych okazało się, że ich widownia w pierwszym tygodniu nie przekraczała trzech-pięciu tysięcy widzów, a nie chcę tu odwoływać się do kosztów przygotowania takich produkcji, nieporównanie wyższych od kosztów produkcji spektakli teatralnych. Nierzadko teatry potrafią sprzedać znacznie więcej biletów. Mówię nie tylko o teatrze ambitnym, z wysokiej półki, ale także o spektaklach komercyjnych, które jeżdżą po Polsce, na które ludzie walą drzwiami i oknami. Kto wie, czy ludzie nie chodzą do teatru częściej niż do kina, taka potrzeba wyraźnie rośnie. Odnoszę wrażenie, że ludzie mają coraz większą potrzebę pójścia do teatru niż do kina. Warto o tym pamiętać. Opieram się na twardych danych.

Więc jeszcze jest jakaś przyszłość przed nami.

To znaczy przed wami: krytykami, widzami, ludźmi teatru.

Nie udali się podstępem wciągnąć pana w świat teatru, ale coś czuję, że „Biedermann i podpalacze” w Teatrze Telewizji to nie był tylko incydent w pańskiej drodze reżyserskiej. A może trafi się na niej jakaś produkcja dla młodszych widzów?

Rzeczywiście, dostaję takie propozycje. Także od moich dzieci, które pytają, kiedy wreszcie zrobię coś takiego, co one będą mogły obejrzeć.

Jan Holoubek (ur. 1978 w Warszawie), absolwent wydziału operatorskiego łódzkiej filmówki (2001). Autor zdjęć do filmów m.in. Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Zanussiego i Jerzego Stuhra. Przez kilka lat zajmował się realizacją filmów reklamowych. Jako reżyser debiutował filmem dokumentalnym „Słońce i cień” (2007) o Gustawie Holoubku z twórczym udziałem Tadeusza Konwickiego. 

„Na karierę filmowca zdecydował się szybko – pisała Natalia Sajewicz – w wieku 12 lat zabrał rodzicom, Gustawowi Holoubkowi i Magdalenie Zawadzkiej, świeżo kupioną kamerę wideo i zaczął stawiać pierwsze swoje pierwsze filmowe kroki. Po kilkunastu latach na planie w roli operatora zaliczył głośny pełnometrażowy reżyserski debiut – film „Sprawa Tomka Komendy” (2020), zdobywając nagrodę za najlepszy debiut reżyserski na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni,

Zasłynął jako reżyser głośnych seriali, takich jak „Rojst” (2018), „Wielka woda” (2022) i „Heweliusz” (2025), odznaczających się dbałością o precyzyjny scenariusz i wysoką jakością efektów specjalnych, tak ważnych w obrazach nawiązujących do powodzi tysiąclecia we Wrocławiu czy katastrofy promu „Heweliusz”.

W ubiegłym roku zadebiutował jako reżyser spektaklu w Teatrze Telewizji sztuką Maxa Frischa „Biedermann i podpalacze” z Andrzejem Sewerynem w roli głównej. Za ten spektakl wyróżniony został Nagrodą polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej im. Stefana Treugutta. 

Robienie filmów to tworzenie nowej rzeczywistości. To jest cudowne. Bo możesz uciec od zwyczajności i codzienności. Masz możliwość stworzenia własnego świata. Alternatywy dla tego, co widzisz za oknem. To czysta, dziecięca radość, jak wtedy, gdy budowałeś domy z piasku i ulice z klocków Lego. Tworzysz świat, rządzisz jego prawami. Dajesz i odbierasz życie swoim bohaterom, kierujesz ich losem. Jasne, czasem film ma misję. Może coś zmieniać, wpływać na rzeczywistość. Ale na samym dnie potrzeby tworzenia jest jedno: chęć pokazania ludziom własnej wizji świata.

Jan Holoubek, „Między światłem a cieniem” [w rozmowie z Cezarym Łazarewiczem], Warszawa 2025

[Fot. Krzysztof Żuczkowski]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.