W środę, 6 kwietnia skwer na warszawskim Powiślu przy ulicy Furmańskiej, między Bednarską i Karową, otrzymał imię Janusza Głowackiego. Było uroczyście, ale bez pompy, której Głowa bardzo nie lubił.
W piątek na kameralną inaugurację skweru wpadł prezes polskiej sekcji AICTMiędzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków Teatralnych (Associ... More, choćby dlatego, że Janusz Głowacki był bardzo ważny dla polskiego teatru. Brakuje go, zwłaszcza jego ciętych spostrzeżeń i godnego pozazdroszczenia dystansu do świata i samego siebie. Będziemy do Ciebie wpadać.
„Yorick” publikuje ze swojego archiwum wspomnienie Tomasza Miłkowskiego poświęcone JANUSZOWI GŁOWACKIEMU:
Odchodzą
Po kolei znikają ci, którzy tworzyli samo jądro polskiej kultury drugiej połowy XX wieku. Także coraz młodsi.
Ostatnio odszedł Andrzej Blumenfeld (zaledwie 66 lat), w pełni sił, aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More o ogromnych możliwościach. Gdyby nie program radiowy Jacka Wakara, odszedłby niemal w ciszy, żegnany jednym bodaj artykulikiem w „Gazecie Wyborczej”, z którego można było się dowiedzieć, że Blumenfeld był aktorem popularnym. To tak jakby napisać, że Himilsbach był pisarzem przystojnym. Tymczasem Blumenfeld był aktorem wybitnym, nie w pełni wykorzystanym, który każdą swoją rolę obdarzał indywidualnym rysem. Nawet w ostatniej roli, Dottorejedna z głównych postaci komedii dell'arte. Towarzysz, są... More w komedii dell’arte „Sługa dwóch panów” Goldoniego w Teatrze Dramatycznym, ukazywał podglebie idiotyzmu zachowań bohatera, nadając jakiś rys dwuznaczności tej, wydawałoby się, prostej do interpretacji figurze.
W ciszy niemal zupełnej odszedł bodaj najwybitniejszy felietonista PRL-u, Hamilton (Jan Zbigniew Słojewski) – coś o Nim ja napisałem, stając się coraz częściej mimowolnym naśladowcą Witolda Sadowego, którego wspomnienia o odchodzących kolegach bardzo cenię. Cóż z tego, że się poniektórzy krzywią na życzliwość naszego nestora sceny, na to, że nazbyt gładko chwali odchodzących, ale ile w tym ciekawych szczegółów, ile prawdy kulis. A poza tym, skoro nikt się kwapi, to ktoś musi pamiętać…
Rzecz inna z Januszem Głowackim – teraz wszyscy się przyznają do wielkiej zażyłości z autorem „Kopciucha”. Rzeczywiście, on znał prawie wszystkich, przyglądał się światu, obserwował, a potem z tego lepił swoje ironiczno-nostalgiczne, ale i absurdalne fabuły. Nie byliśmy przyjaciółmi ani nawet bliskimi kolegami – ja po prostu wykonywałem swój zawód recenzenta i pisałem o jego dramatach, które szły jak burza przez sceny polskie, amerykańskie i europejskie. Był w nich potencjał. Nic dziwnego, że Jan Kott określi „Antygonę z Nowego Jorku” (1992) jedną z najważniejszych sztuk ostatniej dekady XX wieku. Zamierzałem nawet napisać książkę o prapremierze „Antygony” w Teatrze Ateneum w reżyserii Izabelli Cywińskiej (1993) w znakomitej obsadzie, z Piotrem Fronczewskim jako Pchełką, Marią Ciunelis w roli Anity, Januszem Michałowskim – Saszą i Henrykiem Talarem – Policjantem. Ale ostatecznie powstał tylko felieton o tym spektaklu, napisany w pięć lat po premierze, o spektaklu wciąż wtedy żywo odbieranym, gorącym. Trudno o lepszy komplement, zresztą jak ważna to sztuka najlepiej świadczy fakt, że od czasu prapremiery wystawiano ją w Polsce prawie dwudziestokrotnie.
Czasem się widywaliśmy na rozmaitych rautach czy premierach, kiedy jeszcze Janusz Głowacki, zwany Głową, na nie chadzał. Najdłużej nasiedzieliśmy się razem przy stoliku w plenerze w ogródku warszawskiego SARP-u podczas imprezy zwanej „Tele Amorami”. To był jeden z wytworów ekspansji PR-owskiej „Tele Tygodnia”, który obrastał rozmaitymi imprezami. „Tele Amory” honorowe otrzymali wówczas Beata Tyszkiewicz i Adam Hanuszkiewicz jako idealna para teoretycznych amantów wszech czasów. Siedzieliśmy z laureatami i Januszem Głowackim przy jednym stoliku. Kiedy w towarzystwie był Hanuszkiewicz, nie było już miejsca dla nikogo więcej, bo mówił głównie on. Czasem coś udawało się wtrącić Beacie Tyszkiewicz, na przykład, że jest zimno, i chętnie pożyczy od kogoś szal (udało się). Janusz Głowacki słuchał i przeważnie milczał. Czasem tylko zwracał uwagę na pewną utalentowaną artystkę, której warto by pomoc.
Ostatni raz spotkaliśmy się w nieistniejącej już księgarni nieistniejącego wydawnictwa-klubu książki w gmachu Biblioteki UW, w którym Janusz Głowacki opublikował w ogromnym nakładzie jedną ze swoich książek. Kupował 20 egzemplarzy. Widząc to z triumfem zakrzyknąłem: „A więc to jest tajemnica twojego sukcesu – wykupujesz cały nakład!”. „Co chcesz – odpowiedział – moi znajomi nie są za bogaci, obiecałem, że im książkę podaruję”.
To przecież nie chodzi o to, że był postacią barwną, wiecznie młody, i zawsze pełen dystansu, choć podejrzewam, że to była gra. Tak naprawdę wrzało w nim, o czym świadczą jego książki i sztuki, w których daleki był od olimpijskiego spokoju i zachwytu dla tego świata. Umiał chwytać i wyrażać w paradoksie objawy paroksyzmu naszych czasów. Przyglądał się i rejestrował fakty, bo na reportażu się chował i reportaż uprawiał, nim sięgnął po fikcję. Wtedy podstawiał lustro światu i ludziom. Jak choćby w swojej groteskowej, a nawet lekko farsowej „Czwartej siostrze”, komedii, która była przewrotną kontynuacją / zaprzeczeniem „Trzech sióstr” Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... More. Głośna premiera tego dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More miała miejsce pod koniec 1999 w warszawskim Teatrze Powszechnym (tydzień wcześniej prapremierę dała Agnieszka Glińska we wrocławskim Teatrze Polskim), wzbudzając – jak to zwykle z Głowackim bywało – ogromne zainteresowanie, zwłaszcza że reżyserii podjął się mistrz sztuki aktorskiej, Władysław Kowalski. Głowacki, parodiując świat, strojąc rozmaite miny, pokazywał, jak skarlały marzenia. W duszy rosyjskiej wprawdzie odległymi tonami odzywa się Dostojewski, ale tak naprawdę dzwoni w niej „Pretty Woman”. Emerytowany General, ojciec sióstr, w alkoholu szuka pociechy na swe znękane serce i zawodzi na znaną nutę: „Rozpadł się nasz kraj na kawałki, jakby go psy rozszarpały”, a każda z sióstr o swym wielkim szczęściu śni i trochę po czechowowsku męczy się niespełnieniem. Jest tu śmiesznie i strasznie.
Tak dwadzieścia lat temu Głowacki opisywał Rosję, a tak naprawdę świat, który się rozpada. Miał węch.
Tomasz Miłkowski
[2017]


