Po niedawnej śmierci Jadwigi Barańskiej, ikony polskiego aktorstwa, jak tysiące innych wielbicieli talentu artystki, zafundowałem sobie wzruszający wieczór wspomnień. W telewizji pokazywana była akurat powtórka „Nocy i dni”. Następnego dnia musiałem wstać o świcie, ale nie mogłem oderwać oczu – a przecież znam ten film i serial niemal na pamięć, oglądałem po wielokroć, mimo to obejrzałem ponownie, do końca, i jak zawsze miałem poczucie najlepiej spędzonego czasu. Czasu pełnego.
Obchodzącemu 95 urodziny Jerzemu Antczakowi udało się bowiem to, co jest marzeniem każdego artysty, każdego twórcy. Realizacja dzieła zapewniającego nieśmiertelność. Dzieła, które będzie wracało za dziesięć i za pięćdziesiąt lat, a także filmu z kreacją aktorską, która pozostanie z nami na zawsze.
Jerzy Antczak: filmy, seriale, Teatry Telewizji. Postać. Od wielu lat mieszka w USA, ale nie mamy poczucia, że zostaliśmy przezeń opuszczeni. Antczak działa, komentuje, obmyśla kolejne scenariusze, snuje plany. W jego wieku, tym bardziej jest to rzadkie. Antczaka wyróżnia jeszcze jedna cecha osobowościowa, wcale nie tak częsta u artystów, czy szerzej, u ludzi. Życzliwość.
Kiedyś, pisząc o reżyserze, użyłem terminu „zwyczajna życzliwość” (cytując tytuł dokumentu Marii Zmarz-Koczanowicz o Jerzym Turowiczu). Życzliwość Antczaka taka właśnie jest. Zwyczajna.
Interesuje się Polską poprzez ludzi. Jako artysta, wadząc się ze światem, ze wszystkimi możliwymi problemami, zawsze potrafił się do owego świata uśmiechnąć, ale nie ironicznie, nie z poczuciem wyższości, lecz serdecznie. Wybitny „Mistrz” według Zdzisława Skowrońskiego z kreacją Janusza Warneckiego, klasyczne adaptacje Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... More w Teatrze Telewizji („Oświadczyny. Jubileusz” z Tadeuszem Fijewskim i Jadwigą Barańską to arcydzieło), najpiękniejsza adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li... More „Szklanej menażerii” Williamsa jaką znam, „Hrabina Cosel”, „Epilogzamknięcie utworu epickiego (dramatycznego), poświęcone d... More norymberski”, „Noce i dnie”, „Dama kameliowa”, „Chopin. Pragnienie miłości”.
Telewizja, kino, teatr, wspomnieniowe książki, wieloletnia praca pedagogiczna na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA). Antczakowi zawdzięczamy o wiele więcej niż nam się w pierwszej chwili wydaje.
Nawet kiedy milczał reżysersko, tworzył. Życie również może być twórczością – powinno być. Jerzy Antczak, będąc częścią naszego środowiska (dopóki zdrowie mu pozwalało, każdego roku odwiedzał z żoną Polskę), nigdy nie zrezygnował z aktywności. W pewnym momencie zaczął pisać, opisywać, zapisywać swoje życie.
Księga czasów i ludzi. Kolejne tomy, wspomnieniowe, autobiograficzne: „Noce i dnie mojego życia”, „Jak ja ich kochałem”, wydana niedawno proza „Serce Chopina, czyli węzeł gordyjski”, układają się w opowieść o emblematycznej biografii artysty zanurzonego w dziedzictwo XX i XXI wieku.
Druga wojna światowa, wspomnienie pierwszej, budowanie tożsamości artystycznej w nowej Polsce, początki szkolnictwa artystycznego. Antczak, urodziny we Włodzimierzu Wołyńskim w Ukrainie, Polak z urodzenia i temperamentu, oswajał tę rzeczywistość z właściwą sobie witalnością i uśmiechem detonującym najczarniejszą smutę stalinizmu. W latach jego młodości wszystko trzeba było zaczynać od nowa. Nie tylko życie, ale także kino, teatr, sztukę. Z wykształcenia był aktorem, ale szybko, prędzej od innych, zrozumiał, że przygotowując premiery, wchodzi w rolę inscenizatora, nie wykonawcy. Kreatora. Poczuł, że to jego prawdziwy żywioł. Co ciekawe, natychmiast zaczął się spełniać nie tyle w teatrze, chociaż i tam odnosił spore sukcesy, ale w telewizji. To właśnie Jerzego Antczaka bez wątpienia można tytułować ojcem chrzestnym polskiego Teatru Telewizji. Celowo wskazuję na narodowość gatunku, uważając, że chociaż spektakle telewizyjne pojawiały się również w wielu innych światowych telewizjach, na czele z brytyjskim BBC, to – w dużym stopniu właśnie dzięki Jerzemu Antczakowi – wieloletniemu dyrektorowi Teatru Telewizji, udała się u nas rzecz niebywała. Całe pokolenia, dzięki cotygodniowym spotkaniom z najpopularniejszymi aktorami, najwybitniejszymi reżyserami i najlepszą literaturą, uczyły się kultury, smaku, kindersztuby. Wielomilionową widownię gromadziły mistrzowskie adaptacje Szekspira, Dąbrowskiej, Czechowa, czy Zapolskiej. Wiele spośród nich wyreżyserował sam Antczak.
Przyjdzie jeszcze czas, kiedy docenimy te niedoskonałe techniczne, ale mistrzowskie pod względem intelektualnym i artystycznym inscenizacje. Takich widowisk nie było nigdzie na świecie. Jerzy Antczak wyznaczał szlak.
***
Gdyby to były jednak tylko Teatry Telewizji, nawet najznakomitsze, teatr żywego słowa, czy wprowadzanie do medium nowych twórców, byłyby to całkiem spore osiągnięcia, lecz wciąż niewystarczające.
Historia reżysera Jerzego Antczaka jest dłuższa, przez to ciekawsza. Filmy, kino, pełen metraż. I wielkie opus magnum, „Noce i dnie”, i serial, i fabuła. Arcydzieło, które poprzedzały i dopełniały inne projekty. Począwszy od stylowej, wysmakowanej, często powtarzanej w telewizji ekranizacji powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego – „Hrabina Cosel”, kończąc na „Damie Kameliowej” na podstawie prozy Aleksandra Dumasa syna, oraz dużym projekcie „Chopin. Pragnienie miłości”. O każdym z tych filmów warto by napisać szerzej, nie ma jednak na to miejsca. Tym bardziej, że miejsce musi się znaleźć dla „Nocy i dni”.
Pisząc o dokonanej przez Antczaka ekranizacji powieści Marii Dąbrowskiej, lubię cytować wypowiedź, słynącego przecież raczej z kąśliwych recenzji Antoniego Słonimskiego. Pisarz i felietonista pisał w „Tygodniku Powszechnym”, że wychodził z kina pokrzepiony, i że dopadło go coś, czego kompletnie się nie spodziewał: wzruszenie, fala wzruszenia.
A przecież „Noce i dnie” nie są sentymentalne. Antczakowie – i Jerzy, i Jadwiga Barańska w życiowej kreacji Barbary Niechcicowej, podążając za prozą Marii Dąbrowskiej, tym filmem przetworzyli nasz człowieczy los. Polski los.
Najkrótsze podsumowanie: ponad dwadzieścia trzy miliony widzów w kinach (wyobrażacie to sobie państwo – 23 miliony!), prestiżowe nagrody na festiwalu w Berlinie i w Gdańsku, nominacja do Oscara, najlepszy film czterdziestolecia festiwalu w Gdyni, wiele innych nagród. Stowarzyszenie „American Cinemateque” przy Akademii Oscarowej umieściło „Noce i dnie” wśród sześciu największych arcydzieł obok „Ben Hura”, „W 80 dni dookoła świata”, „Lawrence’a z Arabii”, „Dźwięków muzyki” oraz „2001: Odysei kosmicznej”.
Koryfeusze kina, budujący, wymyślający to medium, od Mélièsa po Dreyera, byliby zachwyceni. „Noce i dnie” to dzieło pełne: z powtarzającymi się zmiennymi porami roku i porami życia, z dojrzewaniem i rezygnacją, żniwami i suszami, z panem Bogumiłem i z panią Barbarą, ich dziećmi, ze światem wiejskim i miejskim, z bocianami, z krukami, z cieniem łamanym przez słońce. Tam jest wszystko. I jeszcze charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... More, temperament Antczaka. Twórcy kochającego człowieka, ale pokazującego go w złamaniu, w pęknięciu wewnętrznym. Artysta łapie takie chwile, przetwarza je i destyluje. W „Nocach i dniach” jak u Czechowa, jak w jego największych arcydziełach: bywamy piękni i wspaniałomyślni, ale jesteśmy także słabi, biedni, chorujemy i niestety także umieramy czasami, ale można przejść tę drogę z zaciśniętymi ustami, poczuciem frustracji i niespełnienia, można też inaczej: z serdecznością dla innych i dla siebie. Wcale nie naiwną, ale afirmacyjną. To jest właśnie wielka lekcja otrzymana od Jerzego Antczaka. Lekcja człowieczeństwa w lekcji kina.
***
Jerzy Antczak, inaczej niż wielu innych artystów, nie zamknął się nigdy w wieży z kości słoniowej i w żadnej innej wieży. Social media okazały się dlań prawdziwą radością, i mógłby służyć za wzorzec jak właściwie korzystać z tego dobrodziejstwa.
Antczak na Facebooku od lat dzieli się swoją codziennością. Dziękując za każdy życzliwy wpis (innych w zasadzie nie ma – unikatowa sytuacja), wkleja archiwalne zdjęcia. Ostatnie miesiące były wszakże dla reżysera trudniejsze. Pomiędzy satysfakcją z wydania nowej książki, żarliwymi wyznaniami wiary w ludzi i w kino, twórca „Nocy i dni” pisał z przygnębieniem o chorującej żonie, o Jadwidze Barańskiej. Coraz trudniejsze noce, coraz dramatyczniejsze dni. Aż do nieuniknionego finału. Jerzy Antczak, mistrz funeralnej formy pożegnań artystów, tym razem musiał zmierzyć się z najtrudniejszym wyzwaniem. Pożegnać ukochaną żonę (68 lat małżeństwa), aktorkę i przyjaciółkę. Pogrzeb odbędzie się w USA, ale – decyzja już zapadła – w październiku 2025 roku, ciało aktorki zostanie przewiezione do Polski. „Żeby mogła spocząć wśród swoich”.
Pamiętna klamra „Nocy i dni” – Niechcicowa wraca do wspomnień. To jest melancholijna podróż, podczas której pani Barbara dostrzega dobre i złe rzeczy, czuje jednak, że to, co było dobre, bywało także wspaniałe, z kolei wszystko, co wydawało się dramatem(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More, miało również lepsze strony. Pamięć łagodzi emocjonalnie trzęsienia ziemi. Jak u Dąbrowskiej: „W życiu bywają noce i bywają dnie powszednie, a czasem bywają też niedziele”. Jerzemu Antczakowi udaje się dobrze przeżywać cały życiowy tydzień. Zasługuje na niedzielę.
Łukasz Maciejewski
[Pierwodruk w „Wiadomościach” ZAIKS-u]
