Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Norwidy teatralne

Podczas gali wieńczącej tegoroczną edycję Nagród Norwida, przyznawanych przez Samorząd Mazowsza nagroda w kategorii Teatr przypadła Piotrowi Cieplakowi, a nominacje zdobyli ponadto Marcin Hycnar i Maksymilian Rogacki.

Sylwetki laureata i nominowanych nakreślił podczas gali przewodniczący Kapituły Teatralnej, dr Tomasz Miłkowski. „Yorick” przedstawia tekst jego laudacji:

Nominowani do Nagrody Norwida w kategorii TEATR reprezentują średnie pokolenie twórców i bardziej niż średnie. Maksymilian Rogacki i Marcin Hycnar jeszcze niedawno zaliczani byli do młodych utalentowanych drugiej generacji, a Piotr Cieplak znalazł się już w kategorii mistrzowskiej.

Maksymilian Rogacki jest aktorem teatru, w którym się znajdujemy, od początku swojej drogi zawodowej po ukończeniu warszawskiej PWST. Występował gościnnie tez na innych scenach stolicy, ale od 17 lat nieprzerwanie związany jest z Teatrem Polskim. Zagrał tu kilkanaście ról w spektaklach rozmaitych reżyserów, których chyba trochę podpatrywał, bo sam zaraził się potrzebą reżyserowania. Kilka lat termu wyreżyserował w swoim macierzystym teatrze, na tej scenie spektakl „Trzy wysokie kobiety” Edwarda Albeego, dramaturga wymagającego głębinowej interpretacji psychologicznej – spektakl został dobrze przyjęty i zachęcił aktora, mającego za sobą role w repertuarze klasycznym i współczesnym do podjęcia kolejnego zadania na tym polu. Tym razem okazał się nim spektakl według „Przygód Koziołka Matołka” Kornela Makuszyńskiego, za który właśnie został nominowany do tej nagrody. Nominacja Norwidowska za reżyserię nie była jedynym wyróżnieniem tego przedstawienia, które już wcześniej na 48. Opolskich Konfrontacjach Teatralnych w Konkursie „Klasyka Żywa” zdobyło nagrody dla zespołu aktorskiego za błyskotliwe i pełne pasji aktorstwo w spektaklu oraz scenografię Diany Marszałek za pobudzającą wyobraźnię i dowcipną formę plastyczną scenografii i kostiumów.

Maksymilian Rogacki ma za sobą cenne doświadczenia jako aktor w spektaklach Jarosława Kiliana adresowanych do młodego widza – grał kilka postaci w adaptacji „Pinokia” i rolę tytułową w „Podróżach Guliwera”, nadal na afiszu Polskiego. „Podróże Koziołka Matołka” zrealizował na podstawie własnej adaptacji. Powstał pełen uroku spektakl. Szacowny Koziołek Matołek porywa widzów za sprawą trupy wędrownych aktorów, którzy przybywają ze swoimi walizami i majdanem, aby niczym czarodzieje przedstawić wędrówki Matołka po świecie. Wspaniałe instrumentarium dla aktorów stanowi pomysłowa scenografia, bajecznie kolorowe kostiumy i rekwizyty. Wszyscy aktorzy mają tu okazję do solówek. Przewodzi im jako zapowiadacz Dominik Łoś, fenomenalny w scenie konkursu zjadania trawy jako pokonany Indianin. Reżyser Maksymilian Rogacki dwoi i troi się na scanie, także na szczudłach, a pozostali członkowie trupy nie ustają skupiać na sobie uwagi w licznych przebierankach i błyskotliwych dialogach. Wszystko to podporządkowane wyobraźni dziecka, które uwielbia grać rozmaite role, wciąż je zmieniać, porzucać i niemal zatracać się w zabawie. Najmłodsi widzowie przeżywają spotkanie z sympatycznym, uroczo pobekującym Matołkiem, kibicują mu, pomagają i nagradzają rzęsistymi oklaskami. Idealny spektakl nie tylko dla nich, ale i dla rodziców i dziadków, którzy też mają niejeden powód do beztroskiego uśmiechu.

Marcin Hycnar, drugi z nominowanych, także jest absolwentem Wydziału Aktorskiego PWST (w tym samym roku co Maksymilian Rogacki, i także nie poprzestał na uprawianiu aktorstwa – od 1 września jest dyrektorem artystycznym Teatru Współczesnego w Warszawie, od dawna też zajmuje się reżyseria, ukończył w PWST studia reżyserskie (2016) i ma już spory dorobek jako inscenizator, zarówno współczesnych sztuk kameralnych, m.in. wyśmienitego studium naszej współczesności i szamotaniny młodego pokolenia w spektaklu „Dolce vita” Julii Holewińskiej i Kuby Kowalskiego, groteskowej komedii Hanocha Levina, a nawet monodramu, jak i monumentalnych widowisk, jak Szekspirowska „Opowieść zimowa” w Teatrze Narodowym. Występował w teatrze od najmłodszych lat, toteż nic dziwnego, że zwrócił na siebie uwagę błyskotliwą rolą Fuksa w „Kosmosie” Witolda Gombrowicza w reżyserii Jerzego Jarockiego, gdzie partnerował swemu mistrzowi ze szkoły teatralnej Zbigniewowi Zapasiewiczowi, a następnie przez 10 lat, od roku 2006 budował swoją coraz mocniejszą pozycję jako jeden z młodych filarów sceny narodowej, m.in. rolą Artura w „Tangu”, również w reżyserii Jarockiego, czy też porywający Gustaw w „Ślubach panieńskich” Jana Englerta, mocnej roli neurotycznego chłopaka w „Mroku” Mariusza Bielińskiego w reżyserii Artura Tyszkiewicza, Szambelana w „Iwonie, księżniczce Burgunda” w reżyserii Agnieszki Glińskiej, czy wreszcie Kordiana w inscenizacji Jana Englerta. Po tych innych sukcesach zaskoczyła swoista zdrada aktorstwa dla reżyserii i kierowania teatrami, wielu widzów zadawało sobie pytanie, dlaczego? A jednak, okazało się, ciągnęło wilka do lasu, i po krótkiej teatralnej (aktorskiej) przerwie Marcin Hycnar znowu pojawił się na scenie, aby olśnić publiczność rolą Mozarta w „Amadeuszu” w reżyserii Anny Wieczur na deskach warszawskiego Teatru Dramatycznego, a potem monodram „Pogo”.

To właśnie tym monodramem wg reportażu Jakuba Sieczki, w adaptacji i reżyserii Kingi Dębskiej z muzyką (na żywo) Radosława Luki zrealizowanym w Teatrze Polonia zdobył nominacje Norwidowską. Marcin Hycnar maluje tu sugestywny wizerunek ratownika medycznego, wiarygodny obraz codzienności ratownika, sytuacji, z którymi się styka i mierzy. To rzecz o kosztach psychicznych obcowania ze śmiercią, nierzadko bezradności lekarza w obliczu nieodwracalnego zaniku funkcji życiowych, niewyobrażalnym trudzie sprostania zdarzeniom ostatecznym, kiedy trzeba wypisać akt zgonu i poinformować najbliższych, że właśnie nastąpiła śmierć i nic już się nie da zrobić. A potem wyjść i zostawić tę śmierć za drzwiami. Hycnar mówi o tym wszystkim bardzo prawdziwie, choć czasem ze ściśniętym gardłem.

I trzeci z nominowanych, Piotr Cieplak ,o pokolenie starszy ceniony reżyser z wielkim dorobkiem za reżyserię Czekając na Godota Samuela Becketta na scenie Studio Teatru Narodowego w Warszawie. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST i reżyserii w krakowskiej PWST debiutował w Teatrze im. Willama Horzycy w Toruniu, a następnie związany z teatrami warszawskimi, m.in. Dramatycznym, Powszechnym, Montownią, w latach 1996-98 dyrektor Teatru Rozmaitości, blisko współpracuje z Teatrem Narodowym.

Reżyser doceniany: dwukrotny laureat Nagrody im. Konrada Swinarskiego za spektakle w Teatrze Powszechnym: Słomkowy kapelusz Eugene’a Labiche’a (2005) i Nieskończona historia Artura Pałygi (2012), a także Nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego za wybitne osiągnięcia w sztuce reżyserskiej ze szczególnym uwzględnieniem spektakli zrealizowanych w Teatrze Narodowym.

Jego debiut „Żołnierzem królowej Madagaskaru” (1991), może zaskakiwać kogoś, kto zna późniejsze dokonania Piotra Cieplaka, który swoją odrębność zawdzięcza wystawieniom „Historyi o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskiem” Mikołaja z Wilkowiecka, najpierw we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, a potem w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Wystawienie „Historyi” po misternej staropolskiej rekonstrukcji z teatralnym współczesnym nawiasem Kazimierza Dejmka wydawało się niepodobieństwem. A jednak Piotr Cieplak tego dokonał, zamiast rekonstrukcji proponując współczesny kontekst i dialog, mocną muzykę zespołu „Kormorany” i wcale niestylizowane aktorstwo. I zwyciężył. Pisano od tej pory, że to nowy powiew teatru metafizycznego, czy też nowy wiatr religijności chrześcijańskiej powiał, ale Piotr Cieplak nie pozwolił się usidlić w klatce raz na zawsze zdefiniowanego reżysera. Jego poszukująca natura skłaniała go do wypraw w różne strony i wciąż wydobywał nowe tony z komedii i tragedii, groteski i poezji, za każdym razem zdumiewając swoją poetycką wyobraźnią. Także w spektaklach adresowanych do dzieci, bujnych inscenizacja bogatą „Królową Śniegu” czy „Opowiadania dla dzieci” Isaaka Bashewisa Singera (Teatr Narodowy, 2007), czy uwodzących skromnością i prostotą spektaklem „Ach, jak cudowna jest Panama” Janoscha (Teatr Powszechny, 2006) czy „Lokomotywa” Juliana Tuwima. Wędrował różnymi ścieżkami. W 2008 roku powstał w Teatrze Montownia spektakl wyjątkowy „Utwór sentymentalny na czterech aktorów”, porywający spektakl bez słów. Zawsze unikał publicystyki czy teatru politycznego użytku, co nie znaczy, że nie komentował trafnie tego, co istotne, o czym świadczą choćby takie spektakle jak oratoryjny spektakl „Nieskończona historia” Artura Pałygi (2013)  czy „Elementarz” Barbary Klickiej. Czasem sięgał po tragedie przesycone smutkiem jak „Woyzeck”, aby potem sycić widzów rozbawionym „Wieczorem Trzech Króli” tonącym wprost w muzycznym rytmie i uśmiechu.

Tym razem sięgnął po dramat – legendę, „Czekając na Godota” Samuela Becketta.  

Jego minimalistyczna inscenizacja, trzymająca się litery i sensu tekstu, trochę z konieczności, bo teatr musiał się do tego zobowiązać w umowie z właścicielem praw autorskich, a trochę z wyboru, bo takie ograniczenie okazało się zbawiennym wędzidłem, otworzyła szansę głębinowego badania tekstu. Okazało się, że choć niby wszystko wiadomo, to jednak wciąż znaleźć w nim można tajemnice i wyzwania, które otwierają prawdziwe morze skojarzeń. Na tym polega siła tego dramatu i na tym też polega wyzwanie, przed którym stają aktorzy, którzy tworzą na małej scenie Studia Teatru Narodowego niezrównany kwartet.

Estragon Mariusza Benoit, wciąż przebywający jak gdyby gdzie indziej, zagubiony, w stanie ustawicznego popłochu i umęczenia próbuje nadal uciekać. Ale zamiast tego stapia się z otoczeniem, ze znakami natury w niezrównany sposób naśladując szum wiatru. Vladimir Jerzego Radziwiłowicza, najwyraźniej woli tkwić w miejscu niż nadal wędrować, pamięta więcej i wciąż przypomina, że mają czekać na Godota. I druga wędrująca para – to miejscowi, pan i jego tragarz, Pozzo i Lucky. Pozzo Cezarego Kosińskiego jest zawołanym okrutnikiem i narcyzem, Lucky Bartłomieja Bobrowskiego jego sługą-ofiarą, masochistycznie oddanym swemu panu, z uśpioną tylko potrzebą dominacji. Koło nawracających retrospekcji zamyka (a może otwiera) pojawiający się Chłopiec, domniemany wysłannik pana Godota zapowiadający, że Godot dzisiaj nie przyjdzie, ale nazajutrz zjawi się na pewno. W tym kołowrocie resztek egzystencji kryje się mechanizm napędowy dramatu, który tak naprawdę nigdy się nie kończy.

To tak jak w przedstawieniu tego dramatu w Seulu, gdzie przed laty widziałem „Czekając na Godota” grane przez sędziwych koreańskich aktorów, wciąż doszukujących się ukrytego sensu – od 40 lat – w tym tajemniczym dziele. Kiedy zapytałem, dlaczego tyle lat grają, najpierw wykręcali się, że jeszcze nie wiedzą, jak Becketta grać, a potem jeden z nich zapytał: A jeżeli Godot przyjdzie?

Podobnie tajemnicze, metafizyczne pytanie zawisło nad inscenizacją Piotra Cieplaka, idealnie skrojonym spektaklu, artystycznym hołdzie dla autora.

Nie muszę już uzasadniać, dlaczego właśnie Piotr Cieplak został Laureatem Nagrody Norwida.

Tomasz Miłkowski

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.