Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Sprzedawca życzeń

z Jackiem Cyganem rozmawia Tomasz Miłkowski w tygodniku „Przegląd”:

– Podobno teksty pańskich piosenek powstają perypatetycznie

– Ja muszę je wychodzić. Jak już tekst wymyślę, a potem nie umiem powtórzyć, to wiem, że coś się nie zgadza.

– Pewnie dlatego, że uprawia pan szczególną dyscyplinę. W piosence wszystko musi się zgadzać.

– Przede wszystkim musi się zgadzać z muzyką. Autor jest więźniem frazy. Muzyka narzuca, ile może pan użyć sylab – nie wolno użyć więcej, nawet o jedną. Kiedyś były takie czasy, że najpierw powstawał tekst. Tak pisał Jeremi Przybora, przychodził do Jerzego Wasowskiego, a on – jak sam żartował – kładł tekst na klawiaturze i miał proste zadanie: każdej sylabie przyporządkować jedną nutę. Tak też było na początku za moich czasów, kiedy pracowałem z Jerzym Filarem, z „Naszą Basią Kochaną” – dawałem im teksty, a oni komponowali muzykę. Rozwój elektroniki to wszystko zmienił. Kompozytorzy zaczęli nagrywać tzw. demo i tam było już wszystko. Dostawałem podkłady z naśpiewaną linią melodyczną, jak to nazywamy w branży „po norwesku”. Tak więc jestem ograniczony muzyką, a czasem bywają tylko dwie-trzy sylaby w refrenie, a cóż można wtedy powiedzieć? – i z tym się zmagam.

– Ograniczenia nie tylko dyscyplinują, ale i sprzyjają wynalazkom.

– Wymuszają wynalazki, a przy tym budzą emocje. Zdarzało się, że dziennikarze nie mogli uwierzyć, że tekst „Jaka róża, taki cierń” pisałem do muzyki. Uważali, że taki literacki tekst musiał poprzedzać powstanie muzyki. Tymczasem autor tekstu musi pamiętać nie tylko o muzyce, która wyznacza frazę, ale i wykonawcy, czyli o tym, dla kogo pisze. Muszę to napisać „przez niego”, bo on/ona są ważni, wykonawca musi być wyposażony przeze mnie w atuty tak silne, że kiedy wyjdzie na scenę, to ludzie mu uwierzą.

– Czy to znaczy, że ta zobowiązująca forma tekstu piosenki jednocześnie kusi pana i odstręcza?

Na razie kusi. Ciągle jeszcze kusi. Kiedyś mnie zapytano, jaka jest różnica między tekstem piosenki i wierszem. Wtedy ukułem taką sentencje: Wiersz dba o tego, który pisze. Jeśli Wisława Szymborska pisała wiersz, to ten wiersz budował jej wizerunek, jej literacki Panteon.

– A tekst piosenki o kogo dba?

Tekst piosenki musi dbać o tego, który będzie ją śpiewał. Autor siłą rzeczy pozostaje w cieniu.

Niezły to cień, skoro tyle tych tekstów siedzi w głowie. Ale i razem z melodią, i konkretnym wykonawcą, „Róża” z Edytą Geppert albo „Zakazany owoc” z Krzysztofem Antkowiakiem. Oni już w tych tekstach zamieszkali.

Coś w tym jest. Niewielu wykonawców bierze się za piosenki wyraźnie kojarzone z kimś, kto je śpiewał i odniósł sukces. To są moje kamienie milowe, jak wspomniana „Jaka róża, taki cierń”. To bardzo trudna piosenka, a jednocześnie ma w swoim życiorysie zdumiewający przypadek. Okazało się, że na dwóch festiwalach, na dwóch kontynentach jednego dnia zdobyła pierwsze miejsce. Bratysławską lirę wyśpiewała Edyta Geppert, a w Hawanie festiwal wygrała Alicja Majewska.

– Podobno niedawno w Opolu odkrył pan, że „Róża” stała się piosenką masową?

– Tak to można nazwać. Wróciłem do Opola po 8 latach nieobecności. 1 czerwca o północy, kiedy siedzieliśmy w hotelu w restauracji, pojawili się pracownicy telewizji, cała technika, z olbrzymim tortem dla Alicji Majewskiej z okazji jej urodzin i odśpiewali jej sto lat. I tak okrutnie fałszowali, że sami poczuli się nieswojo, a jeden z nich powiedział: Alicjo, wiesz teraz, dlaczego nie śpiewamy. Moja żona poprosiła wtedy Alicję, żeby coś zaśpiewała i zatarła muzyczne kiksy. Wtedy Alicja zaśpiewała: „Jaka róża, taki cierń”, a czterdziestka chłopa odpowiedziała chórem: „Nie dziwi nic”. Alicja: „Jaka zdrada, taki gniew”, a chór: „Nie dziwi nic”. I wtedy pojąłem, że stałem się autorem pieśni masowej.

Długą drogę pan przeszedł. Musiał się pan nieźle naspacerować, żeby powstało ponad tysiąc piosenek. Zużył pan już wszystkie słowa? Czegoś nie napisał?

– Piosenka jest moim głównym żywiołem. Ale ponieważ równolegle z piosenkami pisałem wiersze do szuflady, więc na tym nie poprzestawałem. Teraz piosenki piszę rzadziej. Moi artyści się zestarzeli. Nawet gdybyśmy nagrali płytę z Ryszardem Rynkowskim, to stacje radiowe i tak tego nie puszczą. Teraz puszczają młodych. Możemy sobie tylko dla przyjemności coś zrobić.

– Ale nie obraża się pan na rzeczywistość?

– Wyznaczam sobie inne zadania. Piszę opowiadania – wydałem m.in. tom „Przeznaczenie, traf przypadek” [2016], teraz to biały kruk, nakład wyczerpany – który rekomendacjami opatrzyli Andrzej Wajda i Eustachy Rylski. Pojawił się też w moim życiu teatr.

– Sporo się pan w teatrze udziela.

– Mój festiwal teatralny przygotowuje Paweł Drzewiecki w Teatrze Małym w Tychach, odbędzie w październiku. To będzie przegląd tego, co robię w teatrze. Zaczyna się od spektaklu muzycznego „Błękitne krewetki” z Beatą Rybotycką, a kończy „Leopoldem” ze Zbyszkiem Zamachowskim, spektaklem nagrodzonym w tym roku na festiwalu Teatropolis w Łodzi.

– Obok teatru nie zaniedbuje pan poezji. W Czytelniku ukazał się wybór pańskich wierszy „Owierzyświat”. Mam egzemplarz ze sobą.

– To jest ten egzemplarz, który Czytelnik przysłał do redakcji „Przeglądu”?

– Nie, ten egzemplarz nabyłem osobiście za własne pieniądze.

– A, to jestem wzruszony. Też miałem niedawno taką sytuację. Odwiedził mnie przyjaciel, chciałem go obdarować, ale nie miałem już ani jednego egzemplarza, pobiegłem więc na Plac Bankowy i nabyłem.

– Tom nazywa się dziwnie: „Owierzyświat”, jest też wiersz pod takim tytułem. Kto to ma być?

– My. Myślę, że pan też. Jesteśmy obieżyświatami i dokładając wiarę, stajemy się owierzyświatami.

– Czyli turysta z taką ideą, że kocha świat?

– Otóż to.

– Tak przypuszczałem, bo z puenty tego wiersza wyziera zachwyt światem. W pańskiej twórczości u spodu zawsze znajdzie się ładunek optymizmu, chęci życia.

– Coś we mnie takiego jest.

– Lubi pan życie.

– Bardzo. I chyba jest nas dwóch.

– W innym wierszu zaprzecza pan jednak, że jest „wynalazcą słów”. Ale tytuł tomu wierszy zebranych świadczy o czymś innym. To jak to jest?

– Tamten wiersz powstał wcześniej. Widać, że potem zmieniłem zdanie. Początkowo chciałem ten tom zatytułować „Wiersze wybrane”, ale mój przyjaciel Tadeusz Nyczek przekonał mnie, że nie żadne wybrane, zebrane, bo tak wszyscy robią: A ty jesteś, oczywiście, „owierzyświat”. I tak zostało. Niedawno czytałem te wiersze w Ciechocinku, w Teatrze Letnim. Tam jest taki drewniany teatr w stylu szwajcarskim, pierwszy raz tam byłem – przepiękny.

– Znam to miejsce, niezwykle urokliwe.

– Przyszło tylu ludzi, że nie mogli się pomieścić. Ci, którzy blisko mieszkają przynosili krzesła z domu. Powiedziałem do nich: Słuchajcie, nie ma chyba takiego drugiego miejsca na świecie, gdzie taki tłum chce posłuchać, jak ktoś czyta wiersze. To mnie natchnęło zachwytem, potwierdzając, że to, co robię, ma sens. Z tego spotkania wyniosłem niesamowitą motywację do dalszego życia i pracy. Przyszli do Teatru Letniego nie tylko starzy ludzie, także sporo młodych.

– Potwierdziło się to, co pan napisał we wstępie do „Owierzyświata”, że wprawdzie „tylko niektórzy lubią poezję”, ale „jest nas paru”.

– Może nawet więcej.

– Czy tak sądzi sprzedawca życzeń?

– Pije pan do tytułu mojego monodramu, który gra Adam Ferency?

– Coś mi się wydaje, że to coś więcej niż monodram. To jest jakaś deklaracja, pańskie pisanie to przecież sprzedawanie życzeń. Wychodzi pan z czymś do ludzi i coś im oferuje: jakąś przygodę, jakieś przeżycie.

– Kiedy usiedliśmy z Adamem Ferencym w kawiarni Czytelnika, żeby porozmawiać, bo dostał od kogoś ten tekst i okazało się, że jest nim zainteresowany, po dwóch godzinach powiedział: Ty jesteś taki sprzedawca życzeń. To jest o tobie. A ja mówię: Ale też o tobie. A on: Gdyby nie było o mnie, to bym się za to nie brał. I tak się porozumiał żyjący autor z żyjącym aktorem. Ale na próbie generalnej nie było już tak słodko. Adam Ferency powiedział, że żyjący autor to prawdziwe nieszczęście, do wszystkiego się wtrąca.

– Bohater monodramu trudni się pisaniem życzeń na różne okazje, które zamawiają u niego różni ludzie.

– Mój wujek wstawał na przyjęciach i składał rymowane życzenia, które sam ułożył. W rodzinie mojej żony też był ktoś układający rymowane życzenia na poczekaniu. Pomysł jest więc zakotwiczony w realiach: spotykamy, a w każdym razie spotykaliśmy ludzi o takich uzdolnieniach i skłonnościach. To była jakaś przedwojenna tradycja, że się przy stole deklamowało wiersze, a nawet układało wiersze na czyjąś cześć.

– A skąd w tym monodramie wątek żydowski. W pewnym momencie bohater chowa się w szafie, można dostrzec jakieś reminiscencje z czasów Zagłady.

– To był pomysł Adama. Chciał ten monodram zakotwiczyć w czasie przeszłym, a ja to zaakceptowałem. Trochę się za tym schował. Potrzebny był mu świat rozpoznawalny, ale nie będący naszym dzisiaj. Ta dołożona żydowska perspektywa absolutnie mi nie przeszkadzała, zwłaszcza że przez 30 lat byłem związany z panem Leopoldem Kozłowskim, nazywanym ostatnim klezmerem Galicji. Spielberg nazwał go nawet ostatnim klezmerem świata – Kozłowski był konsulatem muzycznym „Listy Schindlera” i zagrał w tym obsypanym Oscarami filmie.

– Czy pamięta pan inną nagrodę, którą został pan wyróżniony niemal 40 lat temu przez redakcję „Sztandaru Młodych”, kiedy jego naczelnym był dzisiejszy szef „Przeglądu”? Nagroda nazywała się Metronom, a pan był bodaj pierwszym laureatem?

– Tak, pierwszym. Jak mogę nie pamiętać, skoro na dyplomie wybija się sformułowanie: „najlepszy autor”. To bardzo krępujące.

– Od tylu lat jest pan najlepszym autorem. Jak się dźwiga taki ciężar?

– Wie pan, trzeba czasami go z pleców zdjąć. Żeby go nie dźwigać, ale żeby sobie stał gdzieś z boku. Żeby człowiek był wolny i lekki. Wtedy może coś zrobić. A mówiąc poważnie, ja nigdy takiego ciężaru nie odczuwałem. Wszystkie nagrody tratowałem jako uśmiech losu, ale się nimi nie napawałem.

– Niedawno Akademia WSB, prywatna uczelnia w Dąbrowie Górniczej wręczyła panu tytuł doktora honoris causa.

– Laudatorem był Zbigniew Rokita, śląski pisarz, autor „Kajś” i laureat Nike. Otóż Rokita powiedział, że urodziłem się 500 metrów od trójkąta trzech cesarzy. Bo w Sosnowcu, w Niwce spotykają się Czarna Przemsza z Białą Przemszą, gdzie stykały się Prusy, Królestwo i Galicja. I dlatego w mojej twórczości możemy spotkać galicyjskich Żydów i te tradycje, które wniosła przyjaźń z Leopoldem Kozłowskim, możemy spotkać Goethego, którym się interesuję, a który jest z tamtej strony Przemszy i możemy spotkać wszystko, co jest z Królestwa, m.in. Kiepurę z Sosnowca, o którym napisałem musical. Tę myśl rozwinął bardzo pięknie, dowodząc, że ja się stąd wziąłem, z tego styku kultur, z którymi obcowałem od dzieciństwa. Na to w ramach dyskusji odezwał się Krzysztof Jasiński, dyrektor Teatru Stu i powiedział tak: Znam Jacka Cygana prawie 50 lat, ale nigdy nie przypuszczałem, że jest dzieckiem trójkąta. Uroczystość była godna, a jednym z recenzentów był Andrzej Seweryn , który napisał wspaniały esej.

Czyli nagrody i wyróżnienia są panu miłe.

– Ale one nie budują człowieka, nie wyznaczają mnie, są czymś dodatkowym. Gdybym to traktował śmiertelnie poważnie, to powinienem osiąść na laurach i wynająć lektykę. Tak naprawdę nie ma nic piękniejszego niż jakieś dobre wyzwanie.

– Na przykład?

– Na przykład książka „Owierzyświat”, która jest dla mnie ukoronowaniem mojej twórczości poetyckiej. Ale jednocześnie jest klamrą, która spina moją pierwszą wizytę w „Czytelniku” w latach 70., kiedy chciałem wydać tomik wierszy i się nie udało, z tym że teraz prezes Czytelnika do mnie zadzwonił z pytaniem, czy nie zostałbym ich autorem. Kiedy się spotkaliśmy, powiedziałem: Panie prezesie, ja już byłem w tym gabinecie. Niemożliwe, tu się nic nie zmieniło, to gabinet Jerzego Borejszy. A potem, kiedy odbierałem już tę książkę marudziłem: Ale taki malutki format… Wtedy prezes podszedł do półki z książkami i wyciągnął „Cesarza” Ryszarda Kapuścińskiego, a książka miała ten sam format. Kapuściński mówił, przekonywał mnie Prezes, że książka nie tylko musi być dobra, ale musi też być zgrabna. I mam tę zgrabną książkę z pięknym rysunkiem Andrzeja Heidricha. Koło się zamknęło.

– Teraz nowe wyzwanie?

Tak, powstaje książka o Goethem, podróż po Italii śladami Goethego po 230 latach. Wszystko to teraz układam i mam nadzieję, że w nowym roku książka będzie gotowa.

– Słowem nie wspomniał pan o swoich przekładach, a to przecież też spora część pańskiej twórczości.

– Taki już mam temperament. Przetłumaczyłem „Notre Dame de Paris”, od razu zastrzegając, że nie znam francuskiego. Przekonano mnie, że ci, którzy znają język, nie są w stanie tego przełożyć w sensie muzycznym. Każda nuta w musicalu musi się zgadzać z sylabą. Kierownikiem muzycznym była pani Urszula Trawińska-Moroz i pilnowała tego perfekcyjnie. Praca nad tym przekładem pozostaje jednym z moich ulubionych doświadczeń. Poznałem twórców tego musicalu, byłem na premierze w Paryżu. Bo jako „owierzyświat” wciąż poznaję cudownych ludzi.

– Przetłumaczył pan też 30 pieśni krakowskiego barda Mordechaja Gebirtiga. Jego pan nie mógł poznać.

– Mordechaj został zamordowany w getcie. Gebirtig był stolarzem, którego pieśni w czasie wojny były śpiewane w obozach koncentracyjnych. Żydzi myśleli, że to pieśni ludowe – tak były popularne. Przetłumaczyłem te pieśni z własnej woli, nikt mnie prosił. Oczywiście pod kuratelą Leopolda Kozłowskiego, który je przekładał dla mnie z jidysz, a ja na podstawie tych surowych przekładów szlifowałem teksty. Kiedy gościłem w Instytucie Carla Dedeciusa w Darmstadt jakieś trzy lata temu, dyrektor pokazał mi ogromne tomisko poświęcone Gebirtigowi. W tym niemieckim dziele znalazły się informacje o moich przekładach, o tym, że pieśni te śpiewał Leopold Kozłowski i że ja nazwałem Gebertiga „krakowskim Brechtem”. Tłumaczenia otwierają mi nowe światy, których nigdy bym nie poznał.

[pierwodruk: „Przegląd” 2024 nr 36, fot. Krzysztof Żuczkowski]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.