Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

GRZECZNY ANARCHISTA: JAN PESZEK

Łukasz Maciejewski portretuje JANA PESZKA

Nie dogonisz. Nawet nie próbuj dogonić Peszka. Jeżeli wszyscy jesteśmy w ruchu, Jan Peszek pędzi najszybciej. Próby, premiera, filmy, wywiady, książki.

Kontrowersyjny. Przenikliwie inteligentny, brawurowy w tej inteligencji. Ruchliwy, wszystko u Jana jest ruchliwe. Aktorstwo, wypowiedzi, gestyka. To jego uroda, jego barwa.

Polska wzdłuż i wszerz, a po drodze inne kraje, eksplorowane zawodowo i wakacyjnie, występy z „Kwartetem” Schaeffera, ze „Scenariuszem dla trzech aktorów”, spotkania autorskie i zdezorientowani prowadzący, takie piękne pytania przygotowali przecież, a Janek torpeda: szybko, fertycznie, z dystansem. Nie nadążysz.

Zawsze jednak, wcześniej czy później, pojawia się w Krakowie (na który zawsze narzeka najpiękniej). Z reguły również raczej na szybko, niewypita kawa, niedokończony telefon, niespełnione spotkanie, wpada i wypada, ale nikt nie mógłby przecież powiedzieć, że jego role są na brudno, przygotowywane w pośpiechu. Wręcz przeciwnie. Najlepszy uczeń w klasie. Prymus.

Jego ostatnie krakowskie role: porywający Senator w „Dziadach” Kleczewskiej w „Słowaku”, okrutny Anwar Congo w „Act of Killing” w reżyserii Jana Klaty. Peszek błyszczy jak błyszczał zawsze. Skupiony, metodyczny, uczciwy, wobec siebie i kolegów, zespołu. Ta dwoistość Jana Peszka jest czymś fascynującym. Temat do odkrycia jeszcze. Gwałtownik i prymus. Dwie osobowości w jednej, i parę innych jeszcze.

***

Życie mi smakuje, cieszy, rzadko przeraża. To uwielbienie życia, w całej jego rozmaitości, przejąłem zapewne od tych najważniejszych: dziadków , rodziców. Od nich nauczyłem się również, że szkoda marnować czas na bzdury, bo każda sekunda mija bezpowrotnie. Czasami warto przypomnieć sobie elementarz.

Młodość i dzieciństwo spędziłeś w Andrychowie.

Jestem chłopcem z prowincji. Osiemnaście najszczęśliwszych, beztroskich i radosnych lat mojego życia spędziłem w kojącym górskim pejzażu, uprawiając wszelkie możliwe sporty i nie przyjmując do wiadomości, że życie może boleć. Mam naturalną skłonność i melancholijną miłość do prowincji, także w polskim kinie – zawsze bliższy był mi portretujący skromnych, porządnych ludzi Andrzej Barański, niż napompowani w swoich pretensjach do bycia demiurgami tzw. wielcy twórcy kina.

Jakim byłeś chłopcem?

Byłem przede wszystkim leniwy, bujałem w obłokach, tak naprawdę w ogóle się nie uczyłem, poza jednym przedmiotem. Uczyłem się biologii. Miałem świetnego pedagoga, profesora Zielińskiego, który potrafił tak mnie zainspirować, że całymi dniami kolekcjonowałem najbardziej zjawiskowe okazy flory i fauny. Lubiłem też powiązaną z biologią chemię – co może zabrzmi dzisiaj zabawnie, fascynował mnie kwas DNA – dezoksyrybonukleinowy, występujący w chromosomach nośnik informacji genetycznych. Pamiętam rozpacz profesora, kiedy dowiedział się, że będę zdawał na wydział aktorski, że nie zostanę biologiem. Jako pierworodny syn miałem odziedziczyć gabinet ojca, który był stomatologiem, w czasach licealnych pomagałem zresztą tacie – klepiąc zęby, robiąc mostki.

***

Peszek się nie starzeje. Trudno tego nie zauważyć: zdjęcia Jana Peszka sprzed dwóch dekad w zasadzie niczym się nie różnią od aktualnych. Chodzi nie tyle o biologiczność, nieuchronne starzenie się ciała, co o niedefiniowalną, malowniczą aurę, która towarzyszy aktorowi odkąd pamiętam. Jan Peszek nie dorósł, nie dojrzał i nie scyniczniał. Pozostaje wciąż tym samym intrygującym mężczyzną, wyglądającym trochę jak wzorowy, nieszczęśliwie łysiejący urzędnik, który w „Kwartetach” Schaeffera miał ochotę podokazywać, albo zrobić komuś psikusa, oraz równolegle gestem, mową ciała, charakterystycznym tembrem, pokazać że największym dowcipem jest jednak nasze życie.

Kiedy jestem w ciągłym ruchu, nie dopuszczam do głosu wszystkich uciążliwości życia, na które byłbym skazany siedząc na kanapie. Noszę w sobie przejmujące poczucie tymczasowości. Jestem na chwilę. Ale ta „chwila” stanowi dla mnie wartość. Chcę ją przeżyć jak najpełniej. Dlatego nieustannie szukam ludzi, którzy mnie zachwycają, albo intrygują. W swoich uczuciach potrafię być infantylny i dziecięcy. Nie zamierzam się przeciwko temu buntować, to mój kapitał.

Bohaterowie Jana Peszka są z reguły mądrymi błaznami. Śmieją się trochę zbyt głośno, manifestują swoją odmienność, ale jeżeli zechcemy wsłuchać się w ten śmiech, znajdziemy w nim również echa rozpaczy. Tak jakby aktor w scenicznej postaci komentował cudze biografie. W scenografii z Szekspira czy z Czechowa, wskazywał na maski z tabloidów. Patrząc na bohaterów Jana Peszka uświadamiamy sobie, że pomiędzy jedynymi wiążącymi momentami naszej drogi: życiem i śmiercią, pomiędzy miłością i nienawiścią, dojrzewają nędzne zazwyczaj namiętności, brzydkie predylekcje i uzależnienia, wreszcie nieutulone cierpienie i samotność – jednakowo dojmujące dla anonimowego widza z trzeciego rzędu, co dla bohatera dramatu Racine’a.

Peszek-iluzjonista aktorskiej prawdy, potrafi z największego literackiego banału wyczarować poruszającą opowieść. Wygląda to trochę tak, jakby aktor nigdy do końca nie wierzył w całościowy przebieg postaci scenicznej. Każda rola, główna czy drugoplanowa, pozostaje w jego dekalogu zaledwie szkicem – brudnopisem. Nie w znaczeniu profesjonalizmu, w tej kategorii Peszek zawsze będzie mistrzem, co w rozumieniu psychologicznym. Aktor wszystkie postaci traktuje jako konglomerat wielu zależności. Będzie to, owszem, tradycja teatralna i literacka, ale także, na tych samych prawach, intuicja, własne radykalne pomysły i wspomnienia. Dzięki tej postawie różnorodni bohaterowie grani przez Peszka są w pewnym sensie do siebie podobni.

Pomimo wagi późniejszych teatralnych spotkań Jana Peszka – z Grabowskim, Lupą czy z Zadarą, przełomowym i najistotniejszym dla późniejszej kondycji aktora było jego zetknięcie w 1963 roku z Bogusławem Schaefferem i założonym rok wcześniej przez Adama Kaczyńskiego zespołem „MW2”. Jako jeden z „Młodych Wykonawców Muzyki Współczesnej” Peszek, zawłaszczony przez muzyczną i dramaturgiczną twórczość Bogusława Schaeffera, odkrył klucz do zrozumienia prawdy o własnej scenicznej odrębności. Aktor pojął wówczas, że człowiek-aktor-instrument jest rozbity na setki mikroelementów, które dopiero zespolone ze sobą, nawet wbrew logice, na chybił trafił, dają wrażenie całości, która przecież także jest często rozbita, rozproszona, absurdalna.

Do dzisiaj nie przestał być bohaterem jedynego w swoim rodzaju „Scenariusza dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” (grubo ponad dwa tysiące przedstawień): jest w polskim teatrze niemożliwym instrumentem, który nawet w rękach wyraźnie niedysponowanych artystów wygrywa swoje, po swojemu. Atonalnie zachwycając prywatną polifonią.

Nigdy nie spotkałem się z wyczerpującym określeniem, kim naprawdę jest aktor instrumentalny. Dla mnie to artysta działający pomiędzy muzyką a teatrem: instrument muzyczny z nieskończonymi możliwościami wyrażeniowymi, zarówno w sensie dosłownym, muzycznym, jak i w przenośni.

Studiując w szkole teatralnej, owe możliwości były znacząco skodyfikowane. Wiedzieliśmy mniej więcej co aktorowi wypada, co zaś uważane jest w tym zawodzie za naganne itd. W dużym stopniu dzięki Schaefferowi zdałem sobie sprawę, że nieustannie spotykałem się tam ze zjawiskiem zamykania mnie. W PWST musieliśmy dostosować się do obowiązującego regulaminu albo do gustu danego pedagoga. W „MW2” na odwrót, chodziło o otwieranie, ryzykowne posunięcia. Te zaś wymagały koncentracji i aktywności bez których nie da się improwizować. Tak, schaefferowski aktor to aktor nieustannie improwizujący.

Spotkaniu z „MW2” Peszek zawdzięcza także przejęcie marzenia o absolutnej aktorskiej prawdzie, którą Bogusław Schaeffer określał jako „stan pusto”. „Pusto” oznacza moment, w którym ekspresja zostaje w całości skierowana do wewnątrz, nie wyrażając się za pośrednictwem czysto zewnętrznych środków. Istotę „stanu pusto” oddaje klasyczna scena z „Braci Karamazow” Dostojewskiego w reżyserii Krystiana Lupy. Peszek, jako duch zmarłego ojca Dymitra Karamazowa – idzie bardzo wolno, rozebrany, w koronie z cierni. Każdy kto widział tę scenę, pamięta, że następowała wtedy sublimacja znaczeń zaklętych w ciszy, w pauzie – w milczeniu. Cała aktorska świadomość była skierowana jak gdyby do środka. Bez dookreślania znaczeń, nazywania sedna, dialogów. Po wielu latach rangę „stanu pusto” Jan Peszek odkryje raz jeszcze – w Japonii. W kraju kwitnącej wiśni przez dziewięć lat będzie prowadził warsztaty aktorskie, zagra Puka w „Śnie nocy letniej”, wyreżyseruje „Sanatorium pod Klepsydrą” Schulza, a także zafascynuje się tańcem butō, w którym tancerze-aktorzy, występując w białym makijażu, ukrywają lub przetwarzają cechy kreowanych postaci. Stan pusto jest stanem spełnienia.

***

Jan Peszek to, oczywiście, Kraków, ale artystyczna biografia aktora, reżysera i charyzmatycznego wykładowcy krakowskiej PWST, zawiera liczne tropy, również geograficzne. Był aktorem Teatru Polskiego we Wrocławiu, Teatru Nowego i Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, Teatru Polskiego w Poznaniu, Teatru im. Słowackiego i Starego Teatru w Krakowie.

Długo byłem „nieodkrytym” aktorem i – to tylko pozorny paradoks – bardzo szczęśliwym aktorem. Grałem dużo, kochałem swój zawód. Dlatego bliskie są mi losy aktorów w mniejszych teatrach, którzy odcięci od szansy zaistnienia szerzej, mają być może jakieś niedobre teatralne naleciałości, ale zawsze jest w nich gotowość na oczyszczenie, otwarcie na spotkanie z czymś nowym.

Zaczynał od Wrocławia. W połowie lat sześćdziesiątych przez dziewięć sezonów był gwiazdą Teatru Polskiego. Grywał wtedy sporo i z sukcesami m.in. w przedstawieniach Krasowskiego („Sprawa Dantona” Przybyszewskiej), Korzeniewskiego („Szelmostwa Skapena” Moliera), Tomaszewskiego („Protesilas i Laodamia” Wyspiańskiego) czy Skuszanki („Sen srebrny Salomei” Słowackiego). W okresie łódzkim (lata 1975-1981) wystąpił w kilku spektaklach Dejmka (np. w „Obronie Sokratesa” Platona i w „Zwłoce” Dürrenmatta), aktorsko spełniał się także w twórczym ensemble’u z „MW2” i z Schaefferem, pozostawał jednak niedosyt. Jan Peszek, aktor świadomy swoich możliwości i ambicji, czuł że w Łodzi i w Poznaniu zbyt często trwoni czas na rzeczy błahe.

„Idziem do Słowaka” – w ten sposób Mikołaj Grabowski miał zakomunikować Peszkowi objęcie przezeń dyrekcji Teatru Słowackiego w Krakowie i natychmiastową propozycję angażu dla Peszka. Rozpoczął się wówczas drugi, najważniejszy rozdział w biografii aktora.

Peszek występował w przedstawieniach Grabowskiego, ale stworzył także niezapomniane kreacje w spektaklach Krystiana Lupy, Jerzego Jarockiego, Tadeusza Bradeckiego, Andrzeja Wajdy i Jerzego Grzegorzewskiego. Cały czas pracował z młodymi reżyserami: Brzozą, Trelińskim i Jarzyną, Zadarą i Klatą. Taniec Peszka – Leo Bulerro w „Trzech stygmatach Palmera Eldritcha” Dicka stał się niejako wizytówką teatru Klaty, z kolei neo-antyczne role aktora w spektaklach Zadary – Tezeusz w „Fedrze” Racine’a czy Ulisses w „Odprawie posłów greckich” według Kochanowskiego, swoją brawurą przywodzą pierwsze eksperymenty Peszka z teatrem „MW2”.

W latach 90. Jan Peszek znakomicie porozumiał się także z Rudolfem Ziołą u szczytu jego reżyserskiej formy – w przedstawieniach Zioły stworzył kilka wyśmienitych kreacji. Był brawurowym Oberonem w „Śnie nocy letniej” Szekspira, marzycielskim Prosperem w szekspirowskiej „Burzy”, wyczarowanymi z tradycji dell’arte Altumem i Truffaldino w „Księżniczce Turandot” Gozziego, wreszcie przejmującym, onirycznym Jakubem w „Republice marzeń” Schulza.

Jednak bez wątpienia najważniejsze, z artystycznego punktu widzenia, okazało się spotkanie Jana Peszka z Krystianem Lupą. Peszek i Lupa: pozornie wydawało się, że nie ma osobowości bardziej od siebie różnych. Tymczasem zarówno w „Mieście snu” według Kubina, gdzie zagrał Abla Wunderchvasta, a zwłaszcza w „Braciach Karamazow” według Dostojewskiego długotrwałe teatralne śnienie Lupy skontrapunktowane ostrym, bezlitosnym komizmem Peszka dało zdumiewające rezultaty. Zachwycał zwłaszcza pomysł Lupy i Peszka na zagranie Fiodora Karamazowa wbrew autorowi. Zarówno lektura Dostojewskiego, jak i wcześniejsze, zawsze niedoskonałe, adaptacje „Braci Karamazow”, wskazywały na ustalony charakterologiczny wzorzec Fiodora jako okrutnika, despoty i lubieżnika. W przedstawieniu Lupy stary Karamazow, zachowując większość cech, którymi z takim okrucieństwem został obdarowany przez Dostojewskiego, był jednocześnie kimś zupełnie innym: zagadkowym, tajemniczym, zdumiewającym.

***

„Aktorstwo nie polega na uczuciowości – pisała Susan Sontag. – Nie polega nawet na przeżywaniu, to złudzenie. Ono polega na stwarzaniu pozorów. Na podejmowaniu decyzji”. Trudno o lepszą definicję aktorstwa Jana Peszka. Pamiętając o lekcji wyniesionej z „MW2”, Peszek fenomenalnie pozoruje psychologiczne pewniki wpisane w definicję postaci scenicznej, żeby mimochodem pewniki te znieważać. Chce obalać stereotypy, burzyć dobre mniemanie o sobie – aktora i bohatera. Byłoby to zadanie trudne, prawie niemożliwe, gdyby nie pewna istotna cecha aktorskiej kondycji Jana Peszka. To, pardon le mots, mimowolna perwersja aktora, dzięki której najwięksi zwyrodnialcy w wykonaniu Jana Peszka stają się ludzcy – nie przestając być odrażający, a życiowe fajtłapy zyskują wdzięk chaplinowskiego trubadura. Finezja tej oryginalnej aktorskiej propozycji polega na tym, że Jan Peszek w zasadzie nigdy nie broni swoich bohaterów, nie tuszuje ich grzechów, żebrząc o litość wyrozumiałej publiczności. Przeciwnie, z odwagą obnaża perfidię, zakłamanie i obleśność granych przez siebie postaci, ale zawsze wyposaża ich w prawdę człowieczeństwa: stara się rozumieć motywy kierujące bohaterem, jednocześnie ich nie akceptując. Na przykład grany przez Peszka pedofil Helge w „Uroczystości” Jarzyny, inaczej niż w stereotypowym „grubym” ujęciu Henninga Moritzena w filmie „Festen” Thomasa Viterberga, który posłużył reżyserowi za sceniczny pierwowzór, obdarzył swojego demonicznego bohatera bardzo ludzką przypadłością. Helge w wykonaniu Peszka nie potrafiąc zdefiniować własnej seksualności, udowadniał męskość mszcząc się na dzieciach. Przemocą zabijał słabość.

Potwory grane przez Peszka wydają się prawdziwe, bo stoi za nimi prywatne przekonanie aktora, że nic co ludzkie, nie powinno być obce artyście. A człowieczeństwo to także sfera splugawionego profanum, której konsekwentnie nie chcemy zauważać w życiu i w teatrze. Tę niejednoznaczność aktora w kinie odkryli m.in. Wojciech Jerzy Has, który zaproponował Peszkowi rolę mordercy w „Pismaku”, albo Mariusz Treliński, obsadzając aktora w roli homoseksualnego hrabiego Łohoyskiego w artystowskim „Pożegnaniu jesieni” według Witkacego. Trzeba jednak pamiętać, że być może nie byłoby wszystkich brawurowych ról aktora bez legendarnego Gonzala z „Trans-Atlantyku” Gombrowicza w reżyserii Mikołaja Grabowskiego.

W łódzkim spektaklu Grabowskiego z 1980 roku Peszek pokazał coś, co dopiero po dwudziestu latach z okładem miało okazać się (nie tylko teatralną) normą. W czasach, kiedy homoseksualizm, nawet tyczący największych, działających wówczas luminarzy kultury, był tabu skrzętnie ukrywanym w PRL’owskim portfolio, Peszek jako Gonzalo wchodził na scenę z impetem. Zamiast operetkowych szarży, aktor, prowokując uszminkowanymi ustami, po gombrowiczowsku drwił z Ojczyzny, namawiał na nią Synczyznę.

Gonzalo w brawurowej interpretacji Peszka był nie tylko mężczyzną „co mężczyzną będąc, mężczyzną być nie chce, a za mężczyznami się ugania”, ale przede wszystkim anarchistą. Genetowskim, wyzwolonym z konwenansów, złodziejem. Człowiekiem wolnym w znaczeniu prywatnym, a nie tylko w modnym wówczas kodzie politycznym. Gonzalo miał odwagę przyznać się przed sobą i światem, że jest „putą”. I kocha „putę” w sobie.

Czuję się człowiekiem wolnym, dlatego każdy rodzaj ubezwłasnowolnienia, doprowadza mnie do szewskiej pasji. Kiedy zrozumiałem, że Gonzalo u Gombrowicza oprócz tego, że jest bogatym, wyrafinowanym homoseksualistą, jest przede wszystkim człowiekiem wolnym do końca, wolnym od balastu obowiązujących rygorów: etycznych, estetycznych i moralnych, to ta postać stała mi się w szczególny sposób bliska. Gonzalo był anarchistą gdy jako stuprocentowa kobieta pożądał młodego chłopca, albo kiedy mówił o otchłani pożądania do mężczyzn. Pamiętam kluczowy moment, w którym Mikołaj Grabowski wymalował mi usta na czerwono: uznałem wtedy, że ta szminka uprawomocnia mnie do wszystkiego. Była maską, za którą mogłem się schować, mogłem robić, co zechcę. Nadal tak chcę.

***

Kiedy trzeba krytyczny, ma pełen życzliwości stosunek do świata. Mówią o tym często studenci Peszka, dzisiaj czołówka polskich aktorów, absolwentów AST w Krakowie, że od profesora Peszka nauczyli się najwięcej.

Myślę, że moja praca ze studentami polega na tym, że muszę być wobec nich bardzo wymagający, ale też bezwzględnie tolerancyjny dla ich młodości, desperacji i okrucieństwa, albo dla ich niedojrzałości. Ciągle pytam siebie – dlaczego ja mam im wmawiać, że mają grać tak, jak ja; albo zupełnie inaczej? Może w niedoskonałości tego młodego człowieka jest jego siła i doskonałość? Lubię każdą niedoskonałość, dobrze się kontaktuję z ludźmi w jakimś stopniu innymi, cenią mnie krakowskie lumpy, albo dzieci chore, które są bardzo ostrożne w obdarzaniu kogoś zaufaniem.

Z jednej strony Jan Peszek to artysta ciągle poszukujący, ostry w sądach, otwarty na wszelkie eksperymenty, z drugiej melancholijny marzyciel, niedoszły sportsmen, ale także intelektualista, który jest zawsze punktualny, najczęściej uśmiechnięty.

Jestem chodzącym paradoksem: jest we mnie szaleństwo i zapamiętanie w pracy, ale także potrzeba harmonii, precyzji i perfekcjonizmu. Ta moja sprzeczność nigdy nie była programowa. Każdy człowiek jest sprzecznością. Ten mój bieg przez życie, szukanie coraz to nowych bodźców bierze się z ogromnej ciekawości ludzi, ale także ciekawości poznania siebie, zadawania sobie tych samych pytań – kim jestem, a kim jeszcze mógłbym być? W każdym człowieku jest diabeł, jest piekło i niebo. Dążenie do doskonałości, do harmonii jest pogodzeniem się z piekłem i niebem w sobie.

***

Jan Peszek. Odkąd się znamy, a mam poczucie że znamy się całe moje dorosłe życie, przestał się zmieniać.

Rzadkie telefony, przelotne spotkania, umawiamy się i nie spotykamy. Bo czas, bo zawód, bo życie. Nie mam z tym problemu. To jest energia Jana, unikatowa. Ucieka, ale przecież pamięta. I to jest ważniejsze.

Jest warsztatowcem. Kiedy patrzyłem jak wspaniale tka z literackich, nie aktorskich drobin, postać sfrustrowanego aktora Minettiego ze sztuki Bernharda w reżyserii Andrzeja Domalika, pomyślałem, że o aktorstwie wie już wszystko. Tyle tylko, że Peszek jest także przekorny. Lubi znaki zapytania, lubi prowokować. Aktorskie osobowości tego rodzaju nigdy nie zadowolą się zawodowym status quo, perfekcja to za mało. Trzeba z tej perfekcji zadrwić, wystawić jej język, żeby udało się osiągnąć pożądany stan narwanego szczęścia. Jan Peszek: trochę błazen, trochę mędrzec. Nasze szczęście.

Łukasz Maciejewski

[Tekst publikowany w miesięczniku „Kraków”]

[Fot. Bartek Barczyk/ Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.