Przypominany – z archiwum „Yoricka” – wywiad, który udzielił Maciej Prus Ewie Sośnickiej-Wojciechowskiej po premierze „Wiele hałasu o nic” w Teatrze Narodowym:
W Teatrze Narodowym 12 grudnia 2008 roku odbyła się premiera sztuki wielkiego dramatopisarza angielskiego, Wiliama Shakespeare`a – „Wiele hałasu o nic”. Przedstawienie reżyserował Maciej Prus. Była to jego dziesiąta szekspirowska realizacja, a wiele z nich było dotąd nagradzanych, m.in. dwie otrzymały Złotego Yoricka na gdańskich Festiwalach Szekspirowskich w 1994 i 2003 roku. A polska sekcja AICTMiędzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków Teatralnych (Associ... More (Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych) przyznała mu dwukrotnie, bo w 2003 i właśnie 2008 roku, nagrodę im. Stefana Treugutta za wybitne osiągnięcia w teatrze telewizji.
– Dlaczego tak długo, bo przez blisko 20 lat od ukończenia wydziału reżyserii, wstrzymywał się Pan z realizacją dramatów szekspirowskich ?
Już w XIX wieku bodajże bracia Goncourt uznali Szekspira za jednego z geniuszy wszechczasów, obok Dantego i Beethovena. Można by się zastanawiać, na czym polega ten geniusz. Holoubek powiedział kiedyś, że Szekspir należał do tych, którzy dotknęli niewiadomego. Niby to ładne, zręczne, efektowne, ale…nic z tego nie wynika. Kiedy się czyta teksty szekspirowskich dramatów ( a podejrzewam, że mało kto je czyta), to fabuła wydaje się prosta, dialogi też najprostsze w świecie i czasem jest to nawet dość niechlujnie napisane : a to jakaś postać nagle znika lub pojawia się zupełnie nowa itd. Jednak w każdym z tych dramatów można przeprowadzić dowolną koncepcję reżyserską, byle logicznie.
– Więc na czym polega geniusz ?
Odkrywamy to w momencie, gdy zaczynamy zagłębiać się w wartości psychologiczne postaci. Ci ludzie są jak z gliny ! Żaden z nich nie jest jednowymiarowy. Szekspir wiedział, że człowiek jest niedoskonały, podlega sprzecznym emocjom i miewa zaskakujące, nawet dla samego siebie, reakcje. Tu chyba leży siła tych dramatów. Autor pokazuje człowieka z jego wzniosłością i nikczemnością. On nie wyrokuje ! On tylko przedstawia świat i to w sposób pozornie obiektywny. A że świat kręci się ciągle wokół tych samych problemów, więc został tylko jeden nieśmiertelny autor – Szekspir.
– „Edward II” Christophera Marlowa, rówieśnika Szekspira, był przez Pana realizowany trzykrotnie, a mistrza Pan nie dotykał. Czy to z powodu pokory przed geniuszem ?
Nie, raczej nie należałem do ludzi pokornych, szczególnie w młodym wieku. U mnie był zachwyt. Nieustający, do dziś. I ta pozorna prostota tych sztuk, łatwość, która jest straszliwą pułapką ! Wstrzymywałem się z szekspirowskimi realizacjami, bo myślałem : „Jeśli chcę to reżyserować, to znaczy, że mam coś więcej o świecie (czy o autorze) do powiedzenia. A skąd wiadomo, że mam ?”
– Kiedy absolwent krakowskiej szkoły teatralnej z kilkuletnim stażem, aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More m.in. Starego Teatru postanowił studiować reżyserię ?
Zacznijmy od tego, że z mojego rodzinnego Bielska – Białej pojechałem do Krakowa studiować historię sztuki. Ale byłem nikczemnym studentem, ponieważ natychmiast zapisałem się do teatru akademickiego, który potem przekształcił się w Teatr 38. Wystawiliśmy tam polską prapremierę „Czekając na Godota” Samuela Becketta i wiele innych interesujących przedstawień. I – staliśmy się modni. Nie muszę chyba dodawać, że teatr stał się dla mnie ważniejszy od studiów. Aż tu któregoś dnia kadra profesorska ze szkoły teatralnej postanowiła nas odwiedzić i sprawdzić, co to wyprawiamy. Po spektaklu wywiązała się dyskusja (ileż było w nas pogardy dla tych akademików – aż wstyd przyznać), a wychodząc jedna z profesorek powiedziała do mnie : „A ty mógłby zdawać do szkoły teatralnej”. No to poszedłem i zdałem. Ale już podczas studiów wiedziałem, że nie będę aktorem…
– Jak to ?
Tak, głupio to zabrzmi, ale wtedy myślałem, że to są jedyne studia, które jestem w stanie ukończyć. A po dwóch latach historii sztuki strona teoretyczna edukacji w szkole teatralnej nie sprawiała mi większego kłopotu. A po studiach, po jednym sezonie w Starym Teatrze wyruszyłem do Opola, gdzie swój Teatr Laboratorium 13 Rzędów stworzył Jerzy Grotowski. No i pewnie te różne teatralne doświadczenia spowodowały, że pojechałem do Warszawy i zdałem na reżyserię.
– Wiele pana przedstawień osiągnęło sukces, były nagradzane, a krytycy teatralni podkreślają, że nigdy nie zszedł Pan poniżej dobrego poziomu artystycznego…
Powiedział mi to kiedyś również Erwin Axer, to było dla mnie ważne. Z początku moim przedstawieniom w ogóle nie towarzyszyła muzyka, a do dziś charakterystyczny jest prawie brak scenografii. Pusta scena i aktor. Tak lubię.
– Czy istnieje jakaś sztuka, której jeszcze Pan nie wyreżyserował, a chciałby ?
Otóż miałem to szczęście w moim życiu zawodowym, że zawsze realizowałem to, co chciałem. I zawsze czułem się dosyć wolnym człowiekiem.
– Nawet w PRL- u ?
Może należałoby zrewidować naszą najnowszą historię, w każdym razie ja odczuwam taką potrzebę na swoim polu. Bo naprawdę, naprawdę : podczas mojej pracy w teatrze od 1969 roku poziom urzędników zajmujących się kulturą był nieporównywalny z poziomem obecnych. To straszne. Przez dwa lata broniłem Teatru Dramatycznego przed ludźmi z „Metra”, którzy chcieli go sobie zawłaszczyć. Zostałem tam przez przypadek i „na chwilę” dyrektorem, robiłem, co mi sumienie dyktowało, a urzędnicy mi się dziwili : „Czemu Panu tak zależy ?” Gdy wreszcie obroniłem teatr – natychmiast odszedłem.
A co mnie spotkało w Teatrze Nowym, w Łodzi ! Zmarł Kazimierz Dejmek i zdecydowałem się dokończyć jego „Hamleta”. Dejmek słynął z punktualności i pomyślałem sobie : „Będziesz miał swoją ostatnią premierę punktualnie”. I – tylko o to mi chodziło. Ale współpraca z kierownikiem Wydziału Kultury, a był nim niejaki Mirosław Orzechowski, późniejszy wiceminister Edukacji (LPR), to było jakieś horrendum ! Nie mam powodu, żeby mówić dobrze o poprzednim ustroju. Mój ojciec był dowódcą 9 Pułku AK na Zamojszczyźnie i na zamku w Lublinie został zamordowany przez UB i NKWD. A ja musiałem pójść do pracy fizycznej, żeby dostać się na studia. Jednak w kulturze pracowali ludzie na innym poziomie. Pewnie były jakieś naciski, ale ja ich nie odczułem. Naciskano na tych, którzy byli podatni na manipulacje.
– Przewędrował Pan przez wiele teatralnych miast, na stałe mieszka jednak w Warszawie. Przywiązanie do tzw. stołeczności ?
Nie. Mieszkam to od 1970 roku, ale czuję się wciąż przyjezdnym. Raz już nawet sprzedałem mieszkanie i chciałem wracać do Krakowa. Zatrzymał mnie Kazimierz Dejmek, wówczas dyrektor Teatrudawniej (por.) anterprener, organizator pracy artystycznej z... More Polskiego i zrealizowałem tam wtedy „Ryszarda III”(1993 r. – przyp. aut.) z Janem Englertem w roli głównej. Ale do dziś mam poczucie, że za chwilę być może się wyprowadzę. Marzy mi się jako miejsce zamieszkania – choć nigdy tam poza stacją kolejową nie byłem – Nałęczów.
– Chadza Pan jednak do warszawskich teatrów ?
Często i chętnie. A jeśli jakieś przedstawienie okazuje się wybitne, to idę po raz drugi. Jestem dobrym widzem.
– Które z przedstawień widzianych ostatnio mógłby pan polecić naszym Czytelnikom ?
„Opowiadania dla dzieci” Isaaca Singera w Teatrze Narodowym. Czarowne przedstawienie, zrobione przez Piotra Cieplaka z taką wiarą w teatr ! Kiedyś mnie zarzucano, że „teatralizuję”. A co innego może robić w teatrze ?
– Przejdźmy do Pana premiery w Teatrze Narodowym czyli „Wiele hałasu o nic”. Wspomniał Pan, że bohaterowie szekspirowskich dramatów są tacy bogaci wewnętrznie, skomplikowani. Czy w wypadku komedii również tak jest ?
Jak najbardziej ! Powiedziałbym nawet, że te postaci są ostrzej i bardziej wyraziście przedstawiane, niż w dramacie. Komedianctwo i powaga świata idą tutaj w parze, a sytuacje nakreślone przez Szekspira są absolutnie naturalne. Dlatego nie pracuję z aktorami nad komedią, ja reżyseruję po prostu sztukę. Bo o czym jest „Wiele hałasu o nic” ? Sygnałem o niebezpieczeństwie, jakie niesie za sobą gra, intryga. O sytuacji, gdy ta gra wymyka się spod kontroli ! Mamy tu parę młodych, Benedicka (Grzegorz Małecki) i Beatrycze (Patrycja Soliman), którzy walczą o niezależność, a jednocześnie boją się własnych uczuć i bardzo w tym przypominają współczesnych „singli”. A jednocześnie cały czas się prowokują i tam na dnie kryje się ogromne złoże namiętności. Don Pedro (Artur Żmijewski) intryguje dla zabawy, a jego przyrodni brat Don Juan (Maciej Kozłowski) jest intrygantem z natury, jednak próbuje walczyć z własną namiętnością…I tak – komedia ociera się tu o dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More, a szekspirowska fabuła o współczesność.
Bardzo dziękuję za rozmowę
Ewa Sośnicka – Wojciechowska
Pierwotna wersja wywiadu ukazała się w 2008 r. w grudniowym numerze miesięcznika STOLICA
[Fot. Janusz Bogacz/ archiwum TVP]
