Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Z fotela Łukasza Maciejewskiego: OKAZJONALNY CHULIGAN

ANDRZEJ GRABOWSKI

Zawsze podejrzewałem, że z wiekiem będzie coraz ciekawszym aktorem. Doświadczenie widać na twarzy. Wszystkie dobre rzeczy, sukcesy, zachwyty, ale również i to, co zachwytem nie było. W Grabowskim widać to wyraźnie.

W ujmującym, niskobudżetowym filmie, „Piosenki o miłości”, Andrzej Grabowski gra mężczyznę w sile wieku, ojca w sile wieku, aktora, który zdaje sobie sprawę, że coś w zawodowym życiu przehulał, coś roztrwonił. Szuka winnych, nie szuka autokonfesji, chociaż wiemy, że świadomość jego bohatera jest o wiele większa niż chciałby pokazać.

To tylko rola, gotowy scenariusz, ale przecież Andrzej Grabowski, dzisiaj jeden z najbardziej rozchwytywanych przez polskie kino dojrzałych aktorów, mógłby na ten temat powiedzieć coś od siebie. Nie sądzę, by miał przed tym opory. Poza kwestiami oczywistymi, aktorstwem, talentem, w Grabowskim zawsze ceniłem charakter – uczciwość i prostolinijność. Ani sława, ani stuprocentowa niemal rozpoznawalność („Kiepscy” i inni), zupełnie go nie zmieniły. Pozostał monolitem. Porządnym gościem, szczodrym i skromnym.

W marcu skończyłem siedemdziesiąt lat i uświadomiłem sobie, że kiedyś siedemdziesięcioletni mężczyzna wydawał mi się starcem, a ja staruszkiem jeszcze się nie czuję. W głowie ciągle maj.

Przed laty uczestniczyłem w jubileuszowej fecie na siedemdziesiąte urodziny Mariana Cebulskiego. Kupiłem Mańkowi butelkę whisky z cyfrą 1410, i mówiłem mu, że to dlatego, że na pewno pamięta Bitwę pod Grunwaldem, albo wspominałem, że podobno grał Isię na premierze „Wesela”. Śmiał się z tego, wszyscy się dobrze bawili, mnie również wydawało się, że to było bardzo dowcipne. Dzisiaj, kiedy i mnie dopadła ta siedemdziesiątka, nie jestem taki pewien. Mój ukochany poeta, Sergiusz Jesienin pisał: „Odchodzimy sobie pomalutku / W tę krainę, gdzie cisza i błogość. / Może czas już i mnie zbywszy smutku / Zbierać marny dobytek – i w drogę!” (tłum. Anny Kamieńskiej). Zdaję sobie sprawę, że przede mną pierwszy odcinek tej drogi. Pomalutku”.

***

Na całe życie zapamiętałem radę, której udzielił mi ojciec. Powiedział: Synu, pamiętaj: jeśli chcesz być aktorem, musisz być dobrym aktorem. Jeżeli uznasz, że ci nie wychodzi, wycofaj się. Bycie aktorem słabym, albo mniej niż przeciętnym to męka, lepiej już nie być aktorem wcale. Miał rację, bo jeżeli całe lata jest się aktorem niespełnionym, to jest to zawód naprawdę okrutny. Codziennie jesteśmy wystawiani na próbę, pod ocenę, codziennie zdajemy egzamin przed publicznością.

Wiele lat temu, do Teatru im. Słowackiego, z gościnnymi występami przyjechał słynny Moskiewski Akademicki Teatr Artystyczny – MChAT. Wielki Innokientij Smoktunowski, geniusz aktorstwa, grał Dorna w „Czajce” Czechowa. Myślę sobie, no – będzie święto. Byłem wtedy zafascynowany Smoktunowskim, wyobrażałem sobie, jak rozkłada wszystkich na łopatki. Taki mistrz. Mija pierwszy akt, nic szczególnego się nie dzieje, pewnie pokaże co potrafi w drugim akcie, albo w finale. Dalej nic, i tak aż do końca. Byłem zrozpaczony. Mistrz mnie zawiódł. Nie było żadnych fajerwerków. I dopiero po jakimś czasie, uzmysłowiłem sobie, że to on miał rację. Że był właśnie genialny. Smoktunowski nie musiał pokazywać, że jest wybitny – nie musiał śmiać się, płakać, krzyczeć. Wystarczyło że był. Tylko tyle – był. A i tak patrzyło się tylko na niego, niewiele robił, a hipnotyzował. Od tamtej pory myślę, że co najmniej w złym guście jest, jeżeli aktor pokazuje na scenie, że wszystko potrafi. Nie trzeba tego pokazywać. Naprawdę nie trzeba.

Lekcja od Innokientija Smoktunowksiego nie poszła na marne. Kilka wzajemnie wykluczających się twarzy Andrzeja Grabowskiego. Rubaszny, powściągliwy, otwarty, introwertyczny. Wizerunek najbardziej oczywisty, a przynajmniej rozpowszechniony, Grabowski – Ferdek. Jowialny, brat łata, napije się piwka, zalegnie na tapczanie.

Przed laty aktor naczytał i nasłuchał się na temat tej roli wiele kąśliwości, potem pisano raczej dobrze, że to fenomen, że trzeba raczej szanować niż szydzić, dzisiaj o „Kiepskich” nie pisze się wcale. Przyzwyczailiśmy się do Ferdka, czy raczej zapomnieliśmy o nim, a Grabowski zagrał od tamtej pory tak wiele tak różnorodnych ról, że jeżeli ktoś wciąż usiłuje wracać jedynie do „Kiepskich”, zwyczajnie się kompromituje. Nie przystoi.

W Krakowie mieliśmy pod tym względem łatwiej. W Teatrze im. Słowackiego grał zawsze różnorodne role, odnosił znaczące sukcesy, nie wspominając już o szkole abstrakcji, dezynwoltury i brawury aktorskiej w spektaklach według tekstów Bogusława Schaeffera, czy w „Opisie obyczajów” Kitowicza. „Kwartet” grany jest do dzisiaj, a monodram Grabowskiego, „Audiencja V”, był jednym z evergreenów polskich scen.

Byłem licealistą, kiedy dowiedziałem się o Schaefferze. Mój brat, Mikołaj Grabowski, był już wtedy członkiem zespołu MW2 – czyli „Młodych Wykonawców Muzyki Współczesnej”. W 1972 roku powstał „Kwartet dla czterech aktorów”, w którym występowali Mikołaj, Janek Peszek, Andrzej Kierc i Zygmunt Józefczak. Sam przygodę z Schaefferem rozpocząłem już w 1979 roku od „Kwartetu dla czterech aktorów”. Pierwszy spektakl zagrałem w Atenach, po angielsku, a nie znałem wówczas w tym języku ani słowa. Swoich kwestii nauczyłem się fonetycznie. Potem była premiera „Audiencji”, a w połowie lat osiemdziesiątych zrobiliśmy „Scenariusz dla trzech aktorów”, wreszcie „Kwartet” – z Mikołajem, ze mną, z Jankiem Peszkiem i z Jankiem Fryczem. Sztuki Schaeffera są aktualne, bo mają charakter uniwersalny, nie ma w nich ani polityki, ani doraźnej publicystyki, w ogóle się nie starzeją.

Bardzo cenię spektakle schaefferowskie i intensywną obecność w nich Andrzeja Grabowskiego, jednak gdybym dzisiaj musiał wskazać jedną tylko teatralną rolę aktora, która wydaje mi się najistotniejsza, byłaby to „Spowiedź chuligana”, monodram według Jesienina w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Tam jest cały Andrzej Grabowski – okazjonalny chuligan z przeszłości, poeta na życie. W Jesieninie, w tragicznej postaci Jesienina, autora zdecydowanie najbliższego aktorowi (ciekawie opowiada o tej fascynacji w wydanym kilka lat temu wywiadzie-rzece), odnalazł pobratymca w sztuce. Tą rolę zdawał się mówić: „Nie myślcie o nim, nie myślcie o mnie, szablonami. Jestem czuły i liryczny, jestem ironiczny. A prawda? Nie jest wcale pośrodku. Czasami zwycięża jedna, czasami druga strona osobowości”.

Grabowski chuliganem nie jest od dawna, poetą bywa wciąż.

***

Jak to się stało, że chłopak z Alwerni, który był ministrantem i chciał zostać księdzem, trafił do szkoły teatralnej?

Szlaki przecierał Mikołaj, z teatrem związany był także ojciec, który co prawda skończył historię na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale jakiś czas statystował w Teatrze im. „Słowackiego”. Ojciec lubił podkreślać, że grywał z Osterwą. Oczywiście on statystował, Osterwa grał. W Alwerni ojciec ciągle organizował teatry amatorskie, sam reżyserował różne przedstawienia, wygłaszał przepisywane z gazet monologi Kierdziołka. Z dzieciństwa pamiętam też bożonarodzeniową tradycję chodzenia po domach z tak zwanymi herodami. Ojciec zawsze był Królem Herodem, wujek Śmiercią.

Mikołaj Grabowski wspominał, że w tym samym dniu on bronił dyplom, a Andrzej zdawał na Wydział Aktorski PWST. Podobno nawet wymienili się garniturami.

To były piękne czasy, rok 1969 – apogeum popularności Marka Grechuty, zwykle garnitury kupowało się na maturę. Ja uszyłem sobie garnitur naprawdę supermodny, wzorowany na tych, w których wtedy występował Grechuta – wcięty, z szerokimi klapami. Wszyscy mi go zazdrościli, a ja pękałem z dumy. Okazało się jednak, że Mikołaj nie ma garnituru, a na obronę pracy magisterskiej nie wypadało po prostu przyjść w swetrze, czy koszuli, dlatego rano Mikołaj obronił pracę magisterską w moim garniturze, a po południu zdawałem w nim egzamin wstępny.

Początek lat siedemdziesiątych to dla krakowskiej PWST okres świetności. Kolegami z roku Andrzeja Grabowskiego były dzisiejsze gwiazdy sceny i teatru, a wśród pierwszych absolwentów Wydziału Reżyserii Dramatu PWST znalazły się osobowości tej miary, co Krystian Lupa i Mikołaj Grabowski.

Wśród absolwentów pierwszego rocznika Wydziału Reżyserii byli Krystian Lupa, przedwcześnie zmarły Marcel Kochańczyk, Mikołaj Grabowski, czy Edek Lubaszenko. Ja zaczynałem studia z Jurkiem Stuhrem, ale on był starszy ode mnie o pięć lat, bo wtedy był już na piątym roku polonistyki, ja miałem siedemnaście lat. W konsekwencji trochę się rozminęliśmy, bo jego przenieśli od razu z drugiego roku na czwarty, a ja z własnej głupoty, z powodu jakichś wybryków, musiałem powtarzać trzeci rok. Jerzy Jarocki powiedział mi wtedy: „Panie Andrzeju, z pana będzie aktor, ale na razie jest pan za młody i za głupi, żeby skończyć szkołę, więc daję panu dwóję”. Szybko przyznałem mu rację, a do tego tak się zawziąłem, że w następnym roku miałem z tych samych przedmiotów piątki.

***

Przez lata Grabowski musiał gęsto tłumaczyć się z Kiepskich. W wywiadach cytował Gogola (słynne pytanie z „Rewizora” – „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”) albo mówił o głupocie podniesionej w sitcomie do kwadratu.

Dwadzieścia lat temu, opowiadał mi: „Zagram źle – czytam w recenzjach „kiepsko, oj kiepsko”, zagram dobrze – piszą w tytule „Niekiepski Grabowski”. To już trochę męczące. Dziennikarze za wszelką cenę chcą być dowcipni, ale dowcipem najprostszym i najbanalniejszym. Ale ja jestem tylko Andrzejem Grabowskim – tak wyglądam jak wyglądam, jeśli ktoś koniecznie będzie chciał we mnie widzieć Ferdka Kiepskiego, to w każdej roli go tam znajdzie, bo każdej roli daję coś z siebie.

Już wówczas mógł jednak bez wahania powiedzieć: chcesz zobaczyć innego Grabowskiego, obejrzyj serial „Boża podszewka” Cywińskiej, albo wybierz się do Teatru STU na „Audiencję V” Bogusława Schaeffera. Izabella Cywińska, reżyserka „Bożej podszewki”, serialu według powieści Teresy Lubkiewicz-Urbanowicz, nie była na pewno pierwszą artystką, która zobaczyła Grabowskiego inaczej, ale po pierwsze, „Boże podszewka” była sukcesem artystycznym i komercyjnym (wielomilionowa oglądalność), była również skandalem. Kresowiacy narzekali na zafałszowany obraz ich małej ojczyzny, a frakcja bogoojczyźnianych dewotów narzekała na szarganie polskiej rodziny. Szczęśliwie skandal, od dawna zresztą zapomniany, nie zatarł wrażenia obcowania z wybitnym aktorstwem. W tym serialu wspaniali byli wszyscy, ale pierwsze skrzypce należały do Danuty Stenki, Agnieszki Krukówny i właśnie Andrzeja Grabowskiego. Jako Andrzej Jurewicz, mąż, ojciec i kochanek, był silny, namiętny, gwałtowny. Ta rola to był przykry policzek dla tych, którzy w aktorze widzieli jedynie „Kiepskiego na wieki wieków Ferdek”.

Po „Bożej podszewce”, po pierwszym „Pitbullu” Vegi, gdzie fenomenalnie zagrał Gebelsa, dla aktora zaczęły się czasy zawodowej prosperity. Na planie filmu „Boże skrawki” w reżyserii Jurka Bogajewicza, wojennej, polsko-amerykańskiej koprodukcji, spotkał się na planie z Willemem Defoe. Po jednym z dni zdjęciowych, stali obok siebie, rozmawiali. Kiedy w stronę Defoe i Grabowskiego ruszyła grupa statystów z notesikami na autografy, Grabowski się odsunął, a Dafoe uśmiechnął. Potężna grupka ominęła jednak Willema i ruszyła w stronę „Ferdka”. To on ich fascynował, nie gigant z Hollywood. „Wiesz, ty musisz być naprawdę bardzo znany” – usłyszał od Dafoe.

Rzeczywiście, przeżywał wtedy absolutne apogeum popularności. Na początku lat dwutysięcznych premierowe odcinki „Kiepskich” oglądało ponad pięć milionów widzów. Grabowski nie mógł wtedy spokojnie przejść ulicą, zaparkować samochodu. Był Ferdkiem i każdy chciał się z nim umawiać na piwko.

W wywiadzie opowiadał mi wtedy: „Prawdopodobnie ludzie mają z tego przyjemność, ale dla mnie to jednak bardzo krępujące. Wiem, że jest wielu aktorów, którzy są w Polsce znani tylko dlatego, że są znani. Pokazują się na bankietach albo mają zdjęcia w kolorowych pismach. Nikogo nie oceniam, ale sam się nie pcham. Nie biorę udziału w życiu towarzyskim i balangowym stolicy czy Krakowa. Zapieprzam od rana do wieczora na planie, nie mam siły ani ochoty na bywanie. I nie mówię tego, żeby się krygować. Zwyczajnie tego nie lubię. Źle się czuję z popularnością”.

Wciąż jest popularny, wciąż nie przestaje się rozwijać. Ciekawią go nowe wyzwania. Często pracuje z debiutantami. Wspomniane „Piosenki o miłości” Tomasza Habowskiego nie są wyjątkiem. Świetny był w telewizyjnym politycznym pamflecie Machulskiego „19 południk”, enigmatyczny w „Lekcjach Pana Kuki” Dariusza Gajewskiego i w „Na granicy” Wojciecha Kasperskiego. A jeszcze przecież jeszcze Grabowski-śpiewający, Grabowski-kabareciarz, Grabowski-juror „Tańca z gwiazdami”. Każdy wybiera sobie takiego Grabowskiego, którego ceni najbardziej.

Nie mam żadnych złudzeń, że to jednak przede wszystkim „Kiepscy” po mnie zostaną. Nie kręcimy serialu od kilku lat, po śmierci Ryszarda Kotysa i Dariusza Gnatowskiego to nie miałoby już chyba sensu, a jednak codziennie serial jest pokazywany powtórkowo na którymś z kanałów. Pokazywany i oglądany. I tak będzie przez co najmniej kilka lat jeszcze.

Nawet jeżeli wolałbym, żeby było inaczej, zdaję sobie sprawę, że ludzie będą mnie pamiętali nie z „Bożej podszewki”, nie z „Piosenek o miłości”, na pewno nie z teatru – no chyba że z molierowskiego „Chorego z urojenia” w reżyserii Giovanniego Pampiglione granego przeze mnie w „Słowaku” od dwudziestu lat – ale przede wszystkim z „Kiepskich”. Dzisiaj jestem dużo bardziej wyrozumiały wobec tego serialu. Nie wiem gdzie bym się znalazł, gdybym nie zagrał Ferdka. Ta rola nauczyła mnie elastyczności. Przez wiele lat, aż do dzisiaj właściwie, musiałem bardzo się starać, ostro kombinować, żeby nie powtarzać patentów z sitcomu. Żeby nikt nie zarzucił mi: „jedzie Kiepskim”. Długo zmagałem się z Gebelsem w „Pitbullu”, z kolejnym rolami – chciałem znaleźć coś nowego, odkryć to dla siebie. Może bez „Kiepskich” nie miałbym takiego zapału.

***

Rozmawiamy w Teatrze im. Słowackiego, w Krakowie. Andrzej Grabowski parę razy z Krakowa wyjeżdżał, w końcu przeprowadził się do Warszawy, nigdy jednak nie przestał pracować w „Słowaku”, aktywnie włączył się w obronę dyrektora Krzysztofa Głuchowskiego, wraca do Krakowa coraz częściej.

Bo tutaj jestem naprawdę sobą. Dziwna sprawa, nie mieszkam w Krakowie od dwudziestu lat, a wszyscy postrzegają mnie ciągle za artystę krakowskiego. Nie przeszkadza mi to zupełnie, wprost przeciwnie – cieszy. Czym jest dla mnie Kraków? Młodością, tak – młodością przede wszystkim. A to najważniejszy element życiowej układanki. Młodość jest najważniejsza. To w Krakowie przeżyłem czas absolutnego rozkwitu, spektakle Swinarskiego, Wajdy, występy „Piwnicy pod Baranami”. Kraków to była bohema, teraz już chyba mocno wywietrzała. Z podobnych względów kocham Tarnów, gdzie przez kilka pięknych lat pracowałem w tamtejszym teatrze. Młodość, miłość, kobiety, wino, śpiew i ja – recytujący Jesienina na stole, po pijaku. To było niemądre, niepotrzebne – to było piękne”.

Łukasz Maciejewski

[Tekst opublikowany w miesięczniku „Kraków i Świat”, fot. Alicja Rzepa/ „Kraków i Świat”]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.