Image

Pinkwart na czwartek: Ryzykanci

Pycha, wiadomo, kroczy przed upadkiem i oba te pojęcia nie są przez nas, ludzi, lubiane. Pyszny człowiek to zarozumialec, do którego bez kija nie podchodź, wywyższający się często bez rozumnego uzasadnienia. Ale pyszne ciastko chętnie zjemy, prawda? Upadku nie lubimy, choć jeśli upada pyszniący się kretyn, to nas bynajmniej nie zmartwi. Ale dążenie do upadku nie jest czymś złym, pod warunkiem, że dążenie owo nie jest zakończone finałem. Przyjrzyjmy się temu, w jaki sposób chodzimy. Stoimy pewnie na dwóch nogach. Aby ruszyć naprzód, musimy jednak oderwać jedną nogę od podłoża i ryzykownie balansując na drugiej, przenieść tę pierwszą o kilkadziesiąt centymetrów do przodu, postawić ją na ziemi, po chwili oderwać drugą nogę i złapawszy równowagę przesunąć ją w powietrzu o następne kilkadziesiąt centymetrów dalej. Prawdę mówiąc, stawiamy ją na ziemi najpierw po to, żeby nie upaść, dopiero potem dlatego, by posunąć się naprzód. Czyli suma poczynań negatywnych – jak dążenie do upadku – daje w efekcie coś pozytywnego: posuwamy się naprzód. No dobrze, a jeśli przed nami jest przepaść? Czy nie lepiej byłoby wtedy upaść na płaski grunt, niż pójść o jeden krok za daleko? Chyba, że chcielibyśmy zilustrować czynem znany bonmocik, przypisywany Władysławowi Gomułce, który rzekomo powiedział, że za sanacji Polska stała nad przepaścią, a w PRL-u uczyniliśmy wielki krok do przodu.

Ryzyko, że powstrzymując się od upadku skierujemy się w przepaść zawsze istnieje, choć lokalnie jest może mniej groźne w szczerym polu niż w Tatrach. Obliczanie statystycznego prawdopodobieństwa wpadnięcia w przepaść jest bowiem nieskuteczne, podobnie zresztą jak wszystkie inne statystyki niebezpieczeństw. Jeśli ktoś nas zapewni, iż statystycznie rzecz biorąc nogę w ciągu roku złamią zaledwie dwie osoby na 10 tysięcy obywateli Polski (to nieprawda, ale to nie ma znaczenia), to w środku sezonu narciarskiego na korytarzu oddziału ortopedycznego zakopiańskiego szpitala osób z połamanymi nogami będzie więcej niż tych z niepołamanymi… Wciąż czytamy, że statystycznie rzecz biorąc ryzyko utraty życia podczas jazdy samochodem jest nieporównanie większe niż podczas podróży samolotem, ale nie pocieszamy się tym w momencie, gdy nasz samolot zaczyna kołować na start, bo statystycznie rzecz biorąc sto procent osób znajdujących się teraz na pokładzie naszego boeinga nie ma żadnych szans, by doświadczyć w tym samym momencie ryzyka jazdy samochodem…

Czy nam się jednak podoba, czy nie – ryzyko jest nieodłącznym elementem postępu, a dokładniej – podejmowanych przez organizmy żywe prób pokonywania entropii, czy może ściślej rzecz ujmując – przezwyciężania degeneracji naszej materii. Gdy zeszliśmy z pełnego zdrowych i łatwo dostępnych owoców drzewa, którego gałęzi czepialiśmy się ogonem i kuśtykając na tylnych rękach poszliśmy przez sawannę, mieliśmy co prawda lepszą perspektywę na przyszłość, ale lepszą perspektywę na nas miały lwy i hieny… Per saldo wygraliśmy, bo to lwy i hieny są teraz gatunkami zagrożonymi, a człowiek nie. I jeśli wyginie, to przez własną głupotę – w przeciwieństwie do lwów, które wyginą przez naszą niegodziwość.

W toku ewolucji pozbyliśmy się – w większości – imperatywów kategorycznych zmuszających nas do: a. przeżycia dostatecznie długiego, by być zdolnymi do: b. przekazania naszych genów do banków przyszłości. Naturalnie, długie życie niesie ze sobą wykładniczo zwiększające się ryzyko – chorób, wpadnięcia pod samochód, śmierci ze śmiechu na widok ludzi, rządzących naszym krajem, otrzymania 13 emerytury i nie zauważenia 12-tu pozostałych, niewielkiej atrakcyjności pieśni Sto lat dla osób przekraczających 95 rok życia… Przekazanie genów wymaga posiadania partnera/-rki/-rów/-rek, a tym samym ryzykowania ewentualnych dłuższych czy krótszych związków partnerskich, z udziałem teściów, dzieci/wnuków z poprzednich związków, kłopotów notarialnych w kwestii podziału ewentualnego majątku po ewentualnym rozwodzie… Tego wszystkiego nie mieli nasi dalecy przodkowie, zwłaszcza zwierzęcy, którzy – zgodnie z deklaracją ministra oświaty, nauki i paru innych rzeczy – nie uznawali małżeństw jednopłciowych. Jakichkolwiek innych zresztą także. Ryzyko anachronicznych argumentów historycznych/ideologicznych/religijnych, którego co i raz doświadczają polscy politycy jest szalone. Apoteoza zwycięstwa pod Grunwaldem nie zawsze może być komentowana jako spektakularna wygrana z Niemcami, co powinno być dla nas inspiracją na przyszłość – bo ktoś może podnieść fakt, iż mało chrześcijańscy Polacy (trzy msze neofickiego króla Jagiełły kościelnej wiosny nie czynią) podnieśli świętokradczą dłoń na Rycerzy Zakonu Najświętszej Marii Panny. Antykrzyżaccy polemiści mogą unieść się w słusznym gniewie pytając, czy aby na pewno Maria Panna była chrześcijanką? Bo jakoś pismo święte nie wspomina nic o jej chrzcie… I czy aby jej związek ze świętym Józefem nie był związkiem partnerskim, bo na pewno żaden ksiądz przed kościelnym ołtarzem ich nie pobłogosławił, jako że nie było ani księży, ani kościelnych ołtarzy… Wdawanie się w polemikę jest więc także obarczone poważnym ryzykiem.

Gdy nasi przodkowie odważyli się wyjść z jaskini, żeby zapolować na mamuta – ryzykowali, że sami staną się obiektem polowania tygrysów szablozębych czy wilków, z których jeszcze nie wyewoluowały psy, stające w tym meczu po stronie ludzi. Gdy nauczyli się wydobywać z siebie dźwięki i nadali im znaczenie – ryzykowali, że podsłuchają ich wojownicy innego plemienia i sporządzą z nich bigos. Nie umieli pisać, ani liczyć – nie mieli takiej potrzeby. Efekty polowania można było omówić krótko: jeden, dwa, mnóstwo… Kiedy Blaise Pascal w XVII wieku wynalazł arytmometr – ryzykował najwyżej tym, że pomoże to jego ojcu obliczać podatki w mieście Rouen, przez co młody Błażej długo nie wróci do Paryża. Maszynkę do liczenia nieco zmodernizowali John Presper Eckert i John William Mauchly, budując w 1945 r. pierwszy komputer o nazwie Electronic Numerical Integrator And Computer. Twórcy ważącego 27 ton Eniaca, stworzonego do obliczania tablic balistycznych i wspomagającego opracowywanie prognoz pogody ryzykowali co najwyżej tym, że któregoś dnia przyjdzie pan z elektrowni i skasuje ich na taką sumę, że trzeba będzie sprzedać komputer na złom, żeby się wypłacić. Gdy Norbert Wiener opracowywał podstawy cybernetyki – ryzykował co najwyżej tym, że uznają go za starego nudziarza, którego matematyczne zasady sterowania przepływem informacji między zwierzęciem ludzkim a maszyną były mało ciekawym suplementem do teorii komunikacji. Gdy tworzono pierwsze roboty inteligentne, umiejące się uczyć, rozpoznawać nas i nasze myśli, najpierw pomagać nam w podstawowych czynnościach, potem zastępować nas w czynnościach bardziej skomplikowanych – myśleliśmy: ale fajnie! Ja sobie posiedzę i pooglądam serial, a roboty pojadą po dziecko do automatycznego przedszkola, zrobią przez internet zakupy, ugotują obiad i podadzą pyszną kawę. W razie potrzeby – ocenią nasze zdrowie, przygotują lekarstwa, przeprowadzą operację, w sądowym procesie wyręczą adwokata i sędziego, poprowadzą nasz samochód, zresztą samochód już sam z siebie będzie inteligentnym robotem, na wzór słynnego Kitta z serialu Nieustraszony. A jak będziemy chcieli się trochę pogimnastykować i zrobić to wszystko samemu – klikniemy na pilocie i robot pójdzie do kąta trochę się podładować. Ten postęp stwarza tylko takie zagrożenie, że pewno jeszcze bardziej przytyjemy, pozbawieni konieczności ruchu i samodzielnego myślenia.

No, właśnie. Sztuczna inteligencja powoli skłoni nas do wyzbycia się inteligencji naturalnej. I kiedy nauczymy roboty produkować części składowe robotów i tworzyć nowe ich generacje – wcale nie musimy się obawiać, że się zbuntują i przy pomocy skomplikowanego systemu kontroli typu Skynet czy Matrix opanują władzę na Ziemi. Po prostu zaczniemy się w ewolucji cofać, bo nasza własna inteligencja nie będzie nam już potrzebna, oddamy wszystkie działania i trudne decyzje w ręce androidów i współpracujących z nimi maszyn, wyjedziemy na Karaiby i do Maroka, wrócimy do rowu afrykańskiego, wtulimy się w ramiona pramatki Ewy, wejdziemy na drzewa, sięgniemy po banany i to nam wystarczy do szczęścia. Postęp i związane z nim ryzyko staną się udziałem maszyn, które sami powołamy do życia. Zostanie nam tylko satysfakcja, że odegraliśmy rolę stworzycieli nowych Adamów, Ew i aniołów. Po latach, wskutek niewielkich błędów w instalacji kondensatorów, procesorów, sieci zamkniętych i otwartych w chmurze, pojawią się nowe pokolenia nowych istot, o których jednak już nie będziemy wiedzieć tak, jak dziś o nas nie wiedzą wiewiórki, dżdżownice, bakterie i inne stworzenia, które – tak jak maszyny – nie tworzą historii, kultury, instytutów nienawiści narodowej czy brygad podpalających Reichstagi. Naturalnie, istnieje ryzyko, że coś pójdzie nie tak i inteligentne roboty zaczną zakładać partie polityczne, walczyć o władzę i o dostęp do źródeł energii, a część z nich zatrzyma się na chwilę i zada sobie pytanie: zaraz, moment, to po co my właściwie istniejemy? Co po nas zostanie? Cośmy zrobili z tym światem? Istnieje jednak też takie ryzyko, że nikt i nic nie będzie w stanie na to pytanie odpowiedzieć. I wtedy pozostanie im tylko samemu kliknąć czerwony guzik na pilocie.

Maciej Pinkwart, 23 września 2021

Leave a Reply