Image

Pinkwart na czwartek: Inaczej

Strasznie szybko się emancypujemy, co w gruncie rzeczy sprowadza się do tego, że coraz więcej spraw traktujemy jako normalne, choć jeszcze niedawno popukalibyśmy się w czoło na samą myśl o akceptacji takiej nienormalności. I na coraz więcej spraw obojętniejemy, a w każdym razie reagujemy na nie co najwyżej wzruszeniem ramion i myślą: a, co to mnie obchodzi! To mnie nie dotyczy. Kiedyś usłyszawszy na ulicy tak zwany brzydki wyraz, zwracałem uwagę, że nie wypada, że przecież przeklinanie bez powodu jest głupie, bo nieskuteczne, że nie przy dzieciach, że nie przy kobietach, a niekiedy byłem gotów wzywać służby porządkowe, by wulgarystów karały mandatami. Ale dawniej służby porządkowe nie cieszyły się specjalną sympatią społeczeństwa, zresztą przekleństwami się nie zajmowały, chyba że ktoś przeklinał na rząd i partię rządzącą. Dziś jest zupełnie inaczej. Wtedy zamiast ścigać przeklinających, służby zajmowały się ściganiem wrogów ustroju, spekulantów i badylarzy, którzy zarabiali więcej niż średnia krajowa, zresztą średniej krajowej wtedy nie było – wszyscy żyli coraz dostatniej, a Polska rosła w siłę. Dziś jest zupełnie inaczej. Głównym purystą językowym był pan generał, który mówił rzeczywiście bardzo pięknie po polsku, choć to, co miał do powiedzenia nie koniecznie było piękne. Dziś okazuje się, że ówczesne wprowadzenie stanu wojennego popierało więcej osób niż dzisiejsze wprowadzenie stanu wyjątkowego, co jeszcze raz pokazuje, że dziś jest zupełnie inaczej. W tych, którzy nie mówili pięknie po polsku, generał widział wrogów Polski, idących na pasku zachodnich imperialistów, czego najlepszym dowodem było to, że na nielegalnych manifestacjach podnosili ręce w taki sposób, że rozcapierzali palce wskazujące i środkowe tworząc z nich tak zwany znak zwycięstwa w postaci litery „V”, o której generał słusznie mówił, że nie ma jej w polskim alfabecie i że te wydarzenia uliczne inspiruje zagranica. Dziś jest inaczej, mówi się, że to ulica inspiruje zagranicę. Kompetencje językowe generała były wysokie, bo choć w gimnazjum ojców marianów uzyskał tylko tzw. małą maturę, to jednak był prymusem w przedmiotach humanistycznych, a jego żona była germanistką.

Gdyby generał jechał któregoś dnia ze mną pekaesem na trasie między Zakopanem a Bukowiną i słuchał rozmowy grupki kilkunastoletnich dziewcząt, opowiadających sobie coś tam w miejscowym narzeczu – stan wojenny zostałby wprowadzony wcześniej, i nie z powodu „Solidarności”, tylko przez nieobyczajność językową. A jak nie wojenny, to przynajmniej wyjątkowy. Jak zresztą wiemy, ulubionym argumentem w walce z opozycją, którym posługiwały się ówczesne służby specjalne, było nagranie podsłuchanej rozmowy Lecha Wałęsy z bratem, w której obaj panowie ostro przeklinali, co miało dowodzić, przed jakim chamstwem uratował Polskę generał, wsadzając do paki działaczy Solidarności. Dziś jest zupełnie inaczej i przekleństwa są możliwe do zrelatywizowania: gdy używa ich opozycja w restauracji u Roberta Sowy, jest to chamstwo, gdy używa ich wójt Pcimia, jest to dopuszczalny środek ekspresji językowej. Zresztą wolność słowa jest u nas podstawą demokracji. No, może nie każdego słowa i nie dla każdego, ale w zasadzie każdy może swobodnie się wypowiedzieć, popierając politykę Pierwszego Bacy i jego owczarków. Naturalnie karygodne jest wrzeszczenie na spokojnej ulicy żoliborskiej: Jarek, wyp… – tu kilka gwiazdek, ale nie z powodu użytego wulgaryzmu, tylko niedopuszczalnego spieszczania imienia, do czego mają prawo tylko najbliżsi współpracownicy, najprzystojniejsi ochroniarze i kot. Prawdę powiedziawszy, mnie też bardziej by odpowiadało hasło: Szanowny panie, niech pan będzie uprzejmy oddalić się stąd możliwie jak najszybciej – no ale weź to wykrzycz przy wyjących silnikach osiemdziesięciu radiowozów, pilnujących spokoju w tej części Warszawy, gdzie mieszkają ludzie kulturalni, inteligentni i mądrzy oraz pan Jarosław.

Jednak dziś, gdy młodzież, kobiety, mężczyźni i księża rozmawiają prywatnie bez przekleństw – oglądam się za nimi z zainteresowaniem. Kiedyś tak oglądałem się za ładnymi blondynkami, o brunetkach nawet nie wspomnę. Ogólnie rzecz biorąc wyemancypowaliśmy się już tak, że wielu spraw po prostu nie zauważamy. Dawniej, gdy na ekranie telewizora jakaś para szła do łóżka – czerwieniłem się i wychodziłem z pokoju po herbatę. Dziś przyglądam się, czy łóżko jest z Ikei, co byłoby nieuprawnionym lokowaniem produktu i czy naga blondynka nie ma irytującego tatuażu. Gdy na estradzie festiwalu w Sopocie jakaś gwiazda występowała w mini-spódniczce, piosenka podobała mi się bardzo. Teraz wzrok mi się pogorszył, bo nie zawsze potrafię dostrzec, czy piosenkarka w ogóle coś na siebie założyła. Słuch mam też gorszy i w zasadzie mało którą piosenkę słyszę na tyle dobrze, żeby ją odróżnić od jakiejkolwiek innej. Zaś gdy piosenkarz wychodzi na estradę w szpilkach, sukience i woalce – idę zrobić sobie herbatę, ale nie dlatego, że mnie zaszokował strojem, tylko dlatego, że muszę zażyć wieczorne lekarstwa. Pomaga mi to w koncentracji i odpędza wątpliwości, które powstają, gdy jakieś zachowanie jest niestandardowe bez uzasadnienia. Oczywiście, przebieranie się mężczyzn za kobiety jest znanym i skutecznym środkiem rozśmieszającym, co wiedzą wszyscy, którzy oglądali film Pół żartem, pół serio. Ale w sumie, nie jest to tylko dość tania, przyznajmy, metoda na wywołanie chichotu – może być to też potrzebny kamuflaż, stosowany nawet przez mitologicznych herosów. Gdy Herkules został w walce wręcz pokonany przez napakowanego pasterza na wyspie Kos – rzucili się na niego inni miejscowi górale. Jak wiadomo, nec Hercules contra plures czyli po naszemu Kiedy ludzi kupa, i Herkules… nie poradzi, więc bohater uciekł w góry, ukrył się w szałasie, gdzie była piękna i dobrze zbudowana pasterka, z wrodzoną siłaczom delikatnością ją rozebrał i gdy przymknęła oczy w oczekiwaniu na ciąg dalszy – Herkules włożył jej sukienkę i wyszedł do kiosku po zapałki. Więc te męskie sukienki nie muszą koniecznie ani szokować, ani być wyrazem tzw. genderu, o którym jako o rzekomym upodobnianiu się płci z taką nienawiścią wypowiadają się panowie, na co dzień paradujący w czarnych, białych lub kolorowych kieckach.

I dlatego z zainteresowaniem śledzę poczynania ministrów obecnego rządu, którzy chcą nas wychować w trosce o kultywowanie cnót niewieścich, bo wiem, że w stosunku do zmaskulinizowanych kobiet i zniewieściałych mężczyzn z ostatnich lat – jest to postęp. Cnót prawdziwie męskich uczy nas prezes, prokurator generalny i lider opozycji Jarosław Gowin. Postępem w naszej kulturze literackiej jest propagowanie literatury, tworzonej przez hierarchów kościelnych – jako że już od czasów socrealizmu wiemy, że literatura jest dobra nie wtedy, kiedy jest dobra, tylko kiedy jest słuszna. Polityka zdrowotna państwa polega na tym, że daje ono ludziom wolność wyboru tego, czy chcą chorować i zarażać innych, czy nie chcą. Władze kultury, propagujące swojacką miernotę są niewątpliwie wręcz jakobińskie w stosunku do oczekiwań elit, które raczej chciały podnosić tych mniej elitarnych do swojego poziomu niż samemu zniżać się do poziomu ludzi kulturalnych inaczej. Natomiast szczytowym osiągnięciem demokracji i walki o wolność słowa jest zakaz pracy dziennikarzy w strefie konfliktu w słusznej nadziei na to, że rzecz nienazwana przestanie istnieć. Jako filolog w zasadzie się z tym zgadzam, jako dziennikarz mam pewne wątpliwości: gdyby dało się wprowadzić nasz stan wyjątkowy w rewolucyjnej Hiszpanii, Hemingway nie napisałby Komu bije dzwon, gdyby zabroniono dziennikarzom obserwować wojnę w Wietnamie, nigdy nie dowiedzielibyśmy się o zbrodniach w My Lai, gdyby kamery CNN nie zostały wpuszczone do strefy wojny w Zatoce Perskiej, rząd amerykański by upadł. Oczywiście, opisanie archipelagu Gułag było możliwe nie dla dziennikarzy, tylko dla tych, którzy byli tam więźniami. Jest to jakiś wzorzec, ale czy ma szanse się przyjąć w naszym klimacie?

A swoją drogą – jestem ciekaw, w jaki sposób polskie (a może światowe) media pokonają blokadę informacyjną, nałożoną na wydarzenia w Usnarzu Górnym i jego okolicy? Dziennikarzom „Washington Post”, pracującym nad ujawnieniem działań tzw. hydraulików w kompleksie budynków Watergate też nie było łatwo, no i nie do końca ich działania były w zgodzie z prawem. Ale walka o demokrację okazała się ważniejsza. Richard Nixon podał się do dymisji. Dziś u nas jest zupełnie inaczej. Do dymisji podało się 60 procent społeczeństwa.

Maciej Pinkwart, 9 września 2021

Leave a Reply