Image

Pinkwart na czwartek: Goryczki

Najsmutniejszym obrazem, jaki przyszło mi co roku oglądać z początkiem września w górach był widok wysmukłych goryczek trojeściowych, których niebieskie kwiaty przykrywał pierwszy śnieg, a łodygi łamały się przez wspólne działanie grawitacji i wiatru. Przechadzka Drogą pod Reglami, gdzie tych kwiatów było najwięcej, przypominała spacer po średniowiecznym pobojowisku. Było to przygnębiające, nie tylko z powodów przyrodniczych czy estetycznych – zaczynała się szkoła, nadchodziła jesień, kończyły się wakacje – a z nimi beztroski sezon goryczek.

Sezon ten dla mnie otwierał zwykle spacer na Halę Gąsienicową, gdzieś tak w połowie czerwca. Na przełęczy Między Kopami gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg, ale słońce stało wysoko i grzało mocno, więc witały mnie pierwsze kępki najmilszych kwiatów tatrzańskich: goryczek wiosennych, których lazurowo-szafirowe płatki wywoływały uśmiech, radość i plany na najbliższe tatrzańskie miesiące. Tych pięć niebieskich ząbków czekało co dzień na słońce – gdy go nie było, albo przychodziły nierzadkie w końcu w tym czasie zachmurzone i chłodniejsze dni – kwiaty zwijały się w ciasne rurki i czekały na lepszy czas. Obok, także wśród skał wapiennych, pyszniły się ich arystokratyczne kuzynki, które jednak lubiłem znacznie mniej – goryczki krótkołodygowe, nazywane też goryczkami Kluzjusa. Małe, parocentymetrowe łodyżki zwieńczały wielkie, nieraz 5-7-centymetrowe kieliszki kwiatów o ciemnoniebieskim, granatowym czy wręcz fioletowym kolorze. Siadywało się tam między nimi ostrożnie, wpatrując się w najpiękniejszą panoramę tatrzańskich szczytów, robiąc plany na rozpoczynający się sezon: tam nie byłem, to trzeba pójść, tam byłem, no to też trzeba pójść, żeby zobaczyć, czy się coś zmieniło… Ten, ta, ci – przyjadą, więc trzeba im zorganizować wypad tu i tam… Krysia, Teresa, Ula, Iza, Aja, Ewa, Andrzej, Jurek, Krzysiek, Zbyszek, Wojtek… Dni górskie mijały tak szybko, że nigdy tych planów nie udało się w pełni zrealizować, ale trzeba było je mieć. Kolejne etapy lata wyznaczały kolejne spotkania z kolejnymi goryczkami.

Gdy lato rozpędziło się aż do lipca, wybierając bardziej stabilne pogodowo dni szło się wyżej, gdzie miło było szukać pewnych chwytów w chropawym granicie, albo tam, gdzie granitowe kołdry leżały na wapieniach – ot, jak na Czerwone Wierchy, które zawsze były najpiękniejszym tatrzańskim ogrodem botanicznym. Na szczytach zachwycały wielkie jak pięść żółte pełniki, a niżej, koło ścieżki turystycznej sporymi kępkami rosły goryczki kropkowane, z żółtymi, sześciopłatkowymi kielichami, nakrapianymi czarnymi piegami. To z ich grubych kłączy sporządzano lekarstwa na chory żołądek. W tej samej okolicy, bodaj na szczycie Krzesanicy, raz tylko wypatrzyłem niepozorną białofioletową goryczkę lodnikową, która ma się tym lepiej, im w okolicy jest zimniej i bardziej wilgotno. Płatki tylko cztery, niewielkie, łatwo przegapić. Inną niepozorną i rzadko zauważaną rośliną jest goryczka wczesna, wbrew nazwie kwitnąca dopiero w sierpniu, zwykle na łąkach wśród traw, jej drobne różowawe kwiatki giną wśród rozmaitych podobnych roślin i w zasadzie tylko fachowcy wiedzą, jak dokładnie wygląda. Nie spotkałem jej nigdy – a przynajmniej nic o tym nie wiem.

Gdzieś tak w sierpniu, w gorących dniach kończącego się lata raz na jakiś czas podejmowałem kolejną próbę odszukania na Gubałówce ponad Nowym Bystrem ukrytego wśród lasów niewielkiego Stawku na Gronikach, mniej oficjalnie nazywanego Wół pił i nie dopił. Akwenik ten sprawiał takie wrażenie, że co roku był gdzie indziej, więc czasem go znajdowałem a czasem nie. Latały nad nim ogromne ważki, było sielankowo i niemal słychać było, jak trzciny coraz gęściej zarastają bagniste brzegi. W pobliżu była łąka i pasły się na niej krowy, między którymi trzeba było przejść, by wrócić na stronę Butorowego Wierchu. I w tej bukolicznej scenie zauważyłem, jak jedna z nich zabiera się do wrąbania kępki, w której widać było niebiesko-fioletowe kwiatki. Z duszą na ramieniu pogoniłem krowę, której z pyska wypadła goryczka orzęsiona: wyższa i ciemniejsza w tonacji od wiosennej, z czterema płatkami zakończonymi niewielkimi włoskami, właśnie owymi rzęsami, od których pochodzi ich nazwa. Zastanawiałem się, dlaczego krowa je goryczki – przecież powinny być niesmaczne, właśnie gorzkie. Ale nie – kwiaty są słodkie, pełne nektaru, gorzki jest korzeń. No, to tak jak w życiu: pozornie ktoś jest miły, słodki, a gdy poznasz go lepiej – już jest inaczej. Inna rzecz, że w rozmaitych chorobach pomaga wyciąg z gorzkiego korzenia goryczek, a nie ze słodkiego kwiatu.

A potem nadchodzą chłodniejsze dni i można tylko zabierać się do pożegnań z goryczką trojeściową. Przez lata pocieszała mnie piosenka, którą kiedyś sobie napisałem, dedykując moim wielkim nauczycielom – Zofii i Witoldowi Paryskim. Ona była wybitną botaniczką, on – specjalistą od nazw tatrzańskich.

Gdy słodyczą niebiesko już zapachną goryczki

i potoki się zbudzą do wiosennych przedbiegów –

ziewnie halny szeroko spoza Orlej Turniczki

i rozkopią się góry ze śniegu.

Rosa znowu wysrebrzy płaty trawy na Hali,

żółta pleśń mchów pokryje czarne skały Pośredniej,

słońce wcześniej swą lampę nad Koszystą zapali –

pakuj plecak, już wiosna i to jedno jest pewne:

Znów pójdziemy wysoko,

odetchniemy swobodniej,

w dole znikną złe twarze

i ta szara codzienność,

popatrzymy szeroko,

spróbujemy odmłodnieć,

będzie czas głupich marzeń,

chodź ze mną…

Przez czuprynki kosówek brnąć będziemy z mozołem,

znów w dolinie Pańszczycy gwizdnie świstak ciekawy,

zasłuchamy się w ciszę gdzieś za Turnią pod Kołem

i leniwie zagwarzą nam Stawy.

Odszukamy przyjazny dotyk ciepłych kamieni,

nasłuchamy się orłów, napatrzymy motyli,

aż po kilku miesiącach pierwszy śnieg nas odmieni,

tylko marzyć będziemy o nadejściu tej chwili –

Gdy pójdziemy wysoko…

Czy już tej jesieni nie pójdziemy za wysoko, skąd może już nie będzie widać drobnych goryczkowych kwiatów? Ale póki możemy, wierzymy w to, że zima przeminie i goryczki znów się odrodzą, by cieszyć się wiosną, latem, słońcem i życiem. A my?

Maciej Pinkwart, 2 września 2021

Leave a Reply