A gdy opadną maski…

O „Bogu mordu” – ze wspaniałą Kamilą Wróbel-Malec jako Annette Reille – pisze Rafał Górski:

Kamila Wróbel-Malec jeszcze niedawno urzekała Witkacowskim absurdem czy energicznymi postaciami w „lekkim repertuarze”, a wcześniej w szeroko pojętym teatrze lalek i formy – dziś pokazuje dramatyzm i tragizm, odsłaniające jej aktorski potencjał w kreowaniu wielkich ról. A jej uniwersalizm aktorski pozwala na tworzenie różnorodnych postaci, niezależnie od repertuaru.

29 maja, w białostockim Teatrze Dramatycznym, odbyła się wyczekiwana i kilkukrotnie przekładana premiera tragikomedii „Bóg mordu” francuskiej dramatopisarki Yasminy Rezy, w reżyserii Katarzyny Deszcz. Premiera udana – jak się okazało. W polskim teatrze, przez jedenaście lat, sztuka doczekała się kilkunastu realizacji. Począwszy od spektaklu w reżyserii Marka Gierszała w krakowskim Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Jest to nie tylko ostatnie przedstawienie „Węgierki” w tym sezonie, ale również ostatnie w modernistycznym gmachu przed dwuletnim remontem. W przedstawieniu występują Arleta Godziszewska (Véronique Houllié), Bernard Bania (Michel Houllié), Kamila Wróbel Malec (Annette Reille) oraz Patryk Ołdziejewski (Alain Reille).

W „Bogu mordu” poznajemy dwa małżeństwa, które, po bójce swoich synów, spotykają się w mieszkaniu państwa Houllié, by załagodzić w kulturalny sposób zaistniały z tego powodu konflikt. To spotkanie stanowi punkt wyjścia, jakim posłużyła się autorka – a za nią Deszcz – by obnażyć słabości i wady (chociażby zakłamanie i cynizm) współczesnego społeczeństwa, ukazując wyższość ludzkich instynktów i impulsów nad racjonalnymi, cywilizowanymi normami zachowań międzyludzkich, które w zderzeniu z osobistymi pretensjami i zadawnionymi urazami, nie sprawdzają się. Miłe, jak się zdawało spotkanie, po zrzuceniu masek, przeradza się w lawinę wzajemnych oszczerstw i wyrzutów, pozbawioną wszelakich hamulców. Przypomina to bardziej zachowanie skłóconych dzieci niż osób dorosłych. A wszystko to w tonie komediowo-tragicznym. Podobne zachowania, pozbawione jakiegokolwiek poziomu, często można zauważyć na co dzień w przestrzeni publicznej, mediach tradycyjnych i społecznościowych. A reprezentantami takich postaw – tym bardziej przykre i zastanawiające – są osoby nierzadko piastujące wysokie stanowiska czy posiadające przeróżne tytuły i stopnie.

Sukcesem tego spektaklu jest wnikliwa analiza tekstu, jaką przeprowadziła Katarzyna Deszcz, a następnie sposób, w jaki przeniosła interpretację na scenę. A tu widzimy bardzo dobrze ustawione poszczególne elementy spektaklu, od między innymi ruchu, mówienia (w tym wspaniałe dialogowanie) po nieprzesadne przerysowanie w momentach kłótni, co w efekcie jako całość nie zaburza odbioru, a symbiozuje treści z formą. Dzięki temu każde z przejść – od kulturalnego obycia po prymitywne zachowanie i odwrotnie – są zaznaczone w taki sposób, by gwałtownie wywoływać śmiech, ale i zaraz refleksję. Ten zabieg świetnie ukazuje obraz dwóch skrajnie różnych zachowań. Od początku jest też wyczuwalne stopniowe napięcie między bohaterami. Doskonale podkreślone w pierwszej części spektaklu, która przebiega w dość wolnym tempie. Reżyser udało się także, w najbardziej możliwym stopniu, ujednolicić styl aktorstwa, co przyczyniło się do dość wyrównanej gry. Dla przykładu – Arleta Godziszewska znana z budowania swoich bardzo wyrazistych ról komediowych, przez większość spektaklu, pokazuje się w innej, stonowanej odsłonie. Ciesząca widzów rzetelnością i profesjonalizmem Katarzyna Deszcz, należy do tych reżyserów, których przedpremierowe zapowiedzi pokrywają się z tym, co później można oglądać na scenie.

Atutem przedstawienia jest także scenografia Andrzeja Sadowskiego, emanująca ciepłymi barwami (sprawiają wrażenie malowideł naskalnych) ścian, na których zawieszone są afrykańskie maski – to odzwierciedlenie fascynacji tamtejszym kontynentem jednej z bohaterek – pani domu. Najbardziej realistycznym elementem tej scenografii są – znajdujące się w centralnym punkcie – kanapa i stolik (klasyczne rozwiązanie w umeblowaniu pokoju dziennego), wokół których najczęściej przebywają małżeństwa. Scenografia – choć wyrazista – dzięki swojej prostocie i umowności „nie przykrywa” aktorów, bo w tego typu przedstawieniach to odtwórcy grają pierwsze skrzypce. Kolejnym atrakcyjnym elementem strony wizualnej są, współgrające i uzupełniające świetną scenografię, kostiumy projektu Anety Suskiewicz. Stanowią odzwierciedlenie charakterów i działalności z obszarów zawodowych bohaterów.

Na szczególne wspomnienie zasługuje Kamila Wróbel-Malec. Stworzyła ona bohaterkę wyrazistą, bazującą na realizmie i znacznym pogłębieniu psychologicznym postaci. Aktorka od początku przyciąga wyglądem, świetnym poruszaniem się po scenie, wysławianiem się i dbałością o detale, co bardzo wypełnia oraz uatrakcyjnia rolę. Pieczołowite ogrywanie poszczególnych elementów ubioru i dodatków, jedzenie ciasta czy trzymanie filiżanki i picie z niej – na pozór błahostki, a jednak tak ważne w tworzeniu roli – dodają wartość całej postaci. Bohaterka Wróbel-Malec nawet, gdy tylko siedzi, wytwarza jakąś przedziwną aurę spokoju i skupienia. Jej ruchy, gesty, mimika to popis aktorskiego rzemiosła, które – w połączeniu z artystycznym wyrazem – dają rolę niezwykłą. Ten cały piękny obraz eleganckiej, kulturalnej i wyważonej pani zostaje zburzony, kiedy – ośmielona alkoholem – traci kontrolę nad swoim zachowaniem, co przyczynia się do upadku nienagannego wizerunku. Nagle staje się kobietą krzykliwą, drażliwą i rozedrganą, dynamiczną i bardzo wulgarną. W szczytowych momentach jej przeraźliwy krzyk i emocjonalna kumulacja wstrzymują oddech, ma się wrażenie, że aktorka eksploduje. Po intensywnej scenie niszczenia kwiatów jakby automatycznie powraca do stanu sprzed szaleństwa. Ostatnie momenty bycia jej na scenie to niepokojące wyciszenie postaci, hipnotyzująco poprawiającej makijaż. Znów jest nieskazitelna. Ta rola, chyba najbardziej, ukazuje przepaść pomiędzy dwiema postawami przedstawionymi w sztuce i odsłania ciemniejszą stronę ludzkiej natury oraz zwraca uwagę, że nawet mało istotne gesty, potrafią wywołać burzę, zmieniającą człowieka w potwora (tu, np. opróżnienie torebki przez antagonistkę). Kamila Wróbel-Malec jeszcze niedawno urzekała Witkacowskim absurdem czy energicznymi postaciami w „lekkim repertuarze”, a wcześniej w szeroko pojętym teatrze lalek i formy – dziś pokazuje dramatyzm i tragizm, odsłaniające jej aktorski potencjał w kreowaniu wielkich ról. A jej uniwersalizm aktorski pozwala na tworzenie różnorodnych postaci, niezależnie od repertuaru.

Katarzyna Deszcz podczas przygotowań mówiła: „»Bóg mordu« to społeczna psycho-satyra, moim zdaniem piekielnie śmieszna – pokazująca mechanizmy, jak wpadamy w furię. Jak sami nie potrafimy siebie ocenić, jak siebie widzimy inaczej, niż jesteśmy postrzegani. Chciałabym, by to nas obnażyło, jako ludzi, jak się nieświadomie zachowujemy bardzo często. Ale chciałabym też zachować nieprawdopodobną dawkę humoru zawartą w tym tekście”. I – jak można się przekonać – realizatorom udało się uzyskać zamierzony efekt. A widz ma możliwość przejrzenia się jak w zwierciadle i zastanowienia się, czy to spektakl nie o nim. Najnowsza propozycja Teatru Dramatycznego jest spektaklem z dobraną obsadą, skrupulatnie przemyślanym i dającym wiele wrażeń oraz niosącym gorzkie przesłanie.

Rafał Górski

[Na zdjęciu Kamila Wróbel-Malec, Patryk Ołdziejewski i Arleta Godziszewska, fot. BW/TD – mat. teatru]

Jedna myśl na temat “A gdy opadną maski…

Leave a Reply