Image

Pinkwart na czwartek: Kultowość

Nadużywamy ostatnio tego określenia. Mówimy, że jakiś film jest kultowy, kultowe mogą być spodnie o modnym kroju czy potrawa w restauracji, też kultowej. Ale o ile się nie mylę – żadna z tych rzeczy nie jest otoczona kultem, czyli nie jest szczególnie szanowana, grupująca wokół siebie wyznawców, którzy na jej cześć odprawiają uroczyste, ustalone szczegółowymi przepisami liturgie. Na dobrą sprawę owa kultowość może być uważana za nieco rozciągnięty synonim słowa popularność czy moda. Trochę inaczej sprawa wygląda w odniesieniu do otoczonych kultem ludzi: tu też, na szczęście, nie obowiązują przepisy liturgiczne, choć niektóre zachowania wobec nich dla entuzjastów stanowią coś w rodzaju kodu tożsamościowego, w myśl którego obiekt kultu można tylko chwalić, trzeba zawsze akceptować wszystkie jego decyzje, ewentualne błędy czy pomyłki, jeśli nie da się ich zatuszować – obracać w żart czy ukazywać jako przejaw bycia normalnym człowiekiem. Ale otoczony kultem człowiek nigdy nie jest normalny, bo prawdziwa normalność nigdy nie zaakceptuje kultu.

Wbrew pozorom, kult jednostki nie jest pojęciem z lamusa historii, które należy wiązać wyłącznie z osobą Józefa Stalina i epoką stalinizmu. Istniało i funkcjonowało od czasów faraonów, istnieje i funkcjonuje dzisiaj, choć w różnych państwach ma różne oblicza. Kiedyś kultem obdarzani byli artyści, muzycy, gwiazdy filmowe. Wyprzęgano konie z powozu, by samemu ciągnąć rydwan ukochanej śpiewaczki, w obronie dobrego imienia aktorki mężczyźni wyzywali się na pojedynki, hotele reklamowały się tym, że w ich pokojach nocowali wielcy pisarze. Krytyka gwiazdy była czymś w rodzaju tabu, ówczesnych świętości nie można było szargać. Dziś media, a za nimi znaczna część widzów i czytelników poszukuje raczej informacji czy choćby plotek o charakterze skandali – im więcej pomyj wylewanych na gwiazdy, tym ich sława, a w zasadzie popularność większa. No i wyższa wartość wśród reklamodawców…

Otaczanie kultem w znacznym stopniu dotyczy też polityków, przy czym zasada jest taka, że im mniej demokracji w państwie, tym bardziej państwo utożsamiane jest z osobą będącą u władzy. Hasło Mówimy – Partia, myślimy – Lenin sprawdzało się doskonale w początkach władzy bolszewickiej w Rosji, ale dziś już nikt nie powie: mówimy demokraci, myślimy – Joe Biden. Dziś mówimy: Rosja, a myślimy: Putin, choć gdzieś tam u niektórych kołacze się myśl, że Rosja to nie tylko Putin, to także Nawalny. Ale są kraje, których przywódcy do tego stopnia zdominowali scenę polityczną, że niekiedy nawet się nie wie, jaką partię reprezentują. Przykładem może tu być prezydent Francji Emmanuel Macron, przez mało kogo identyfikowany z partią La République en marche, którą założył po to, by móc wystartować w wyborach prezydenckich. Gdy je wygrał – z partii wystąpił. Inni działacze partii Macrona, gdy zostawali ministrami – rezygnowali z członkostwa, służąc Francji, a nie partii. Ciekawe, nie?

Na naszym, polskim podwórku owe leninowskie utożsamianie partii z ludźmi przybrało współcześnie w kilku przypadkach wyraz statutowy, gdy mamy do czynienia z wprowadzaniem nazwiska przywódcy do nazwy partii: był Ruch Palikota, Nowoczesna Ryszarda Petru i Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, jest Porozumienie Jarosława Gowina i Polska 2050 Szymona Hołowni. Tendencja nie tylko zbyt personalistyczna i ograniczająca ewentualne poparcie społeczne do zwolenników lidera, ale w dodatku niekiedy przynosząca dość humorystyczne efekty, na przykład wtedy, gdy Adam Bielan głosił wszem i wobec, że to on jest przewodniczącym partii Porozumienie Jarosława Gowina…

Ostatnie konwentykle dwóch czołowych polskich partii pokazały, że kult jednostki realizowany jest w nich rozmaicie, ale efekt jest dość podobny: to niesmak, połączony z niewiarą w rozum i inteligencję wyborców. Obaj liderzy pokazali się jako jednostki, z przeproszeniem, kultowe: objęli ponownie swoje stanowiska bez konkurencyjnych walk wyborczych, w atmosferze znanej z minionej epoki, kiedy to usłużni sprawozdawcy prasowi pisali o reakcjach sali: burnoj apładismient prachadiaszczyj w awacju, wsie wstajut… Przemówienie programowe Jarosława Kaczyńskiego było zlepkiem propagandy sukcesu, ataków na wrogów wewnętrznych i zewnętrznych, gołosłownych obietnic, przemilczeń i ewidentnych bzdur, pokazujących, że starszy pan nie ma kompletnie kontaktu z rzeczywistością, na polityce zagranicznej zna się jak kura na pieprzu, a w wewnętrznej kieruje się rozumowaniem kaprala, prowadzącego musztrę wojskowych kotów. Jakby przemówienie to nie zostało wygłoszone, Polska byłaby taka sama, jak po jego wygłoszeniu. To, że Kaczyński zapowiedział, iż to jego ostatnia kadencja na stanowisku prezesa partii – nie jest żadną rewelacją: takie geriatryczne mizdrzenie się słyszeliśmy już kilkakrotnie, a ponieważ przyzwyczailiśmy się do hasła mówimy: Partia, myślimy: Lenin – przechodzimy nad tym do porządku dziennego.

Tylko jedna uwaga, odnosząca się do sytuacji geopolitycznej: w przemówieniu prezesa PiS pojawił się dramatyczny obraz Polski, targanej nieustanną (owa nieustanność w wypowiedzi Kaczyńskiego trwa przez sześć lat, co nas nie dziwi, bo przed objęciem przezeń władzy w Polsce świat nie istniał) – walką z przeciwnikami wewnętrznymi i zewnętrznymi. Znacie to? Znamy: walka klasowa zaostrza się w miarę postępów w budowie socjalizmu – powiedział Józef Stalin. Skutki tej myśli Generalissimusa też znamy. A na zewnątrz jest też tragicznie: w namalowanym przez Kaczyńskiego obrazie Polska – wbrew astrofizyce – otoczona jest przez czarną dziurę, stworzoną przez Niemcy i Rosję. Czesi w myśl wypowiedzi działaczy PiS są też Niemcami, a Ukraina jest Rosją w przebraniu. Czarna dziura dookoła Polski chce nas pochłonąć zgodnie z polityką postkolonializmu. Można by się śmiać z tych anachronicznych bredni, gdyby nie to, że – jestem przekonany – staną się one wytycznymi dla zwasalizowanych polityków, dziennikarzy niegdyś niezłomnych, a dziś będących kompletnymi złamasami i wiernego suwerena, któremu obiecano, że do końca tej, a już na pewno na początku następnej kadencji rządów PiS-u w każdej podhalańskiej gazdówce, chacie podlaskiej i śląskim familoku będzie lepiej, bogaciej i piękniej niż na zgniłym Zachodzie. W jaki sposób postkolonializmowi imperialistów i burżuazji zachodniej oraz dążącej do wojny z nami Rosji przeciwstawi się Polska, nie mająca helikopterów, czołgów, okrętów, ale mająca Mariusza Błaszczaka na czele armii i generała arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia jako sołtysa w Piaskach – Kaczyński nie powiedział.

Zebranie rady krajowej Platformy Obywatelskiej pozostawiło na mnie równie kiepskie wrażenie. Bynajmniej nie dlatego, że Donald Tusk przy pomocy łamańców statutowych powrócił na stanowisko wodza PO. I nawet nie dlatego, że jego z kolei przemówienie było mało odkrywczym udowadnianiem, że PiS to samo zło i należy zrobić wszystko, żeby je pokonać. Co obejmuje to wszystko – Tusk nie powiedział, poza tym, że rusza w Polskę z tym przesłaniem. Cóż, wizja tuskobusu rozjeżdżającego nieudaczników z PiS-u na drogach gminnych nie jest nawet śmieszna czy straszna, jest komiksowo uproszczona. Ale, być może, pierwszy obrazek powracającego do polityki byłego premiera nie może zawierać zbyt wielu szczegółów – Tusk zakłada, że ludzie go znają na tyle, iż nie potrzebuje udowadniać tego, że zna się na polityce lepiej niż Kaczyński, a przyszłość Polski widzi inaczej. Nie ukrywam jednak, że chciałbym, by Platforma jak najszybciej pokazała, co i jak chce zrobić w trzech etapach: 1. jak odebrać władzę PiS-owi, 2. jak posprzątać po PiS-ie, 3. jak wytyczyć drogę w przyszłość. Może nie dosłyszałem, ale w tym wstępnym przemówieniu Tuska nie było nic o współpracy z innymi partiami opozycyjnymi. To obiecał dopiero na niedzielnej konferencji prasowej, która swoją normalnością była ewenementem – na tle PiS-owskich spotkań z dziennikarzami, na których nie wolno zadawać niewygodnych pytań, albo w ogóle pytań się nie przywiduje. Cóż – po sześciu latach rządów PiS-u polityk zachowujący się zwyczajnie jest kimś niezwyczajnym.

Obawiam się jednak, żeby ów powrót Tuska nie skończył się tak, jak próby rezurekcji innych zgranych wcześniej asów – Wałęsy, Kwaśniewskiego, Millera, Pawlaka, Buzka, Krzaklewskiego czy Komorowskiego. Za granicą przykładów tego typu też było wiele. Tusk jako historyk doskonale wie, jak skończyła się kariera wybitnych przywódców, cenionych i szanowanych za granicą, z wielkimi początkowo sukcesami w kraju – generała Charlesa de Gaulle’a we Francji czy Winstona Churchila w Wielkiej Brytanii. Wie i naturalnie musiał taką kalkulację przeprowadzić – działa na własne ryzyko. Ale nawet, kiedy mu się nie uda – niewiele ryzykuje i on, i my.

Znacznie gorsza jest sytuacja Rafała Trzaskowskiego, który sprawia wrażenie, że od czasów wyborów prezydenckich cały czas intensywnie marnuje kapitał społecznego zaufania, który wtedy zgromadził. Polityk, który ustawicznie zapowiada, że coś zrobi, że jak wstanie i się ruszy to góry przeniesie – po czym nie wstaje i niczego nie przenosi, naraża się na utratę zaufania i co gorsza – na śmieszność. Odnosi się wrażenie, że Trzaskowski jest szczery i otwarty aż do bólu, mówi co myśli i to często, zanim pomyśli. To mogą być zalety u harcerza, ale nie u polityka. Zapowiedź chęci stanięcia do walki z Tuskiem o przywództwo w Platformie w przeddzień owego come backu była ogromnym błędem. Dziecko by wiedziało, że do takiej konfrontacji starzy wyjadacze nie dopuszczą – nie z obawy, że Tusk by ją przegrał, bo by nie przegrał, tylko z obawy, że karta Trzaskowskiego, która wystaje z rękawa już od ponad roku, stałaby się zgrana i wypadłaby z rozgrywki. Czemu Trzaskowski nie zawalczył o przywództwo w PO wtedy, gdy tzw. młodzi obalali Schetynę? Czemu nie zgłosił swojej gotowości do poniesienia odpowiedzialności, jak mówił ostatnio, wtedy, gdy okazało się że Borys Budka poza ogólną sympatycznością, nie wnosi do kierowania Platformą czegoś najistotniejszego, to jest skuteczności? Argumenty, że przecież jest lojalnym wiceprzewodniczącym PO, a poza tym pochłania go całkowicie praca na stanowisku prezydenta Warszawy nagle, wobec powrotu Tuska, straciły znaczenie? Nie rozumiem go. Tak jak nie rozumiałem tego, że w tydzień – góra dwa po wyborach prezydenckich nie stworzył formacji, jaka by zagospodarowała te dziesięć milionów ludzi, którzy mu wtedy powierzyli swoje głosy.

Niestety, Rafał Trzaskowski co chwilę zapowiadał, że coś takiego stworzy, ale że nie występuje z Platformy, że nie będzie dla niej budował konkurencji, że nadal jest lojalnym działaczem partii, że chce zjeść ciasteczko, ale i zachować ciasteczko… Zapowiadać powinien konferansjer, polityk powinien swoje przemyślenia wprowadzać w życie wtedy, gdy okoliczności są najbardziej sprzyjające.

A teraz, zdaje się, nie są. Chciałbym się mylić, ale nie wydaje mi się też, żeby Donald Tusk okazał się późnym wnukiem Publiusza Korneliusza Emiliana Scypiona Afrykańskiego Młodszego. W każdym razie Kartagina wciąż ma się dobrze.

Maciej Pinkwart, 8 lipca 2021

Leave a Reply