Norwid, poeta między epokami

Tomasz Miłkowski pisze w „Stolicy” (2021 nr 1-2) w Roku Norwida:

W tym roku przypada dwusetna rocznica urodzin Cypriana Kamila Norwida. Stąd Sejm i Senat ustanowiły rok 2021 Rokiem Norwida.

Podobnie uczynił samorząd województwa mazowieckiego, w którym Norwid, wszak urodzony mazowszanin (przyszedł na świat 24 września 1821 roku w majątku Laskowie-Głuchach pod Radzyminem), dzieli swój rok z Wojciechem Bogumiłem Jastrzębowskim, twórcą pierwszej w historii „Konstytucji dla Europy” (1831).

Czy jubileusz sprawi, że Norwid stanie się nam bliższy, czas okaże. Poeta, choć ceniony i poważany, żyje przede wszystkim w cytatach przywoływanych na każdą okazję. Zdobi transparenty, czasem ulotki, służy jako podręczny zasób dewiz – zresztą ukazywały się w przeszłości zbiory jego złotych myśli czy cytatów, którymi chętnie poprzedza się eseje, książki albo inkrustuje artykuły. Można by powiedzieć: zwyczajny los klasyka, wciąganego na służbę doraźnych interesów czy sporów frakcyjnych. W przypadku Norwida rzecz o tyle zdumiewająca, że poeta pozostał twórcą elitarnym, mimo tej cytatomanii, sporej ilości wydań i wciąż wzbierającej rzeki opracowań. Dzisiaj profesor Julian Krzyżanowski nie mógłby już zapisać w swoim podręczniku, że Norwid to poeta wielki, „aczkolwiek nikt jeszcze tego nie udowodnił”. Norwidologia poczyniła niebywałe postępy. Tego akurat Norwid nie przewidział, choć liczył, że przynajmniej garść jego myśli ocaleje, skoro w „Promethidionie” zapisał:

„Dość jest – jeżeli z wierszy tych zostanie

Dwa w życiu – jeśli medalem przysłowia

W skarbonkę słowa wierszy stąd dwa wkanie?…”

Tych „medali przysłowia” pozostało znacznie więcej niż dwa. Poczynając od tych aż do znudzenia powtarzanych: „ojczyzna jest to zbiorowy obowiązek”, „każda myśl za późno – każdy czyn za wcześnie” po te znacznie rzadziej przywoływane: „Niewolnicy wszędzie i zawsze niewolnikami będą – daj im skrzydła u ramion, a zamiatać pójdą ulice skrzydłami”. Czy nie mógłby tego powiedzieć nasz współczesny? U Norwida bez trudu znaleźć można wiele zdań aż prowokacyjnie nowoczesnych, piekąco aktualnych. Na tym przecież ufundował swój sukces sceniczny Adam Hanuszkiewicz, kiedy komponował przed laty (1970) swoje widowisko „Norwid”, oblegane w Teatrze Narodowym przez publiczność wszystkich pokoleń. Hanuszkiewicz ukazał ze sceny poetę-myśliciela, żywo czytającego znaki czasu. Zachwycali się przedstawieniem także wybitni znawcy, a między innymi profesor Jan Zygmunt Jakubowski, który po telewizyjnej wersji widowiska oceniał, że powstał „pasjonujący dyskurs na temat ludzkości, narodu, moralności i sztuki. To wielki triumf Norwida, poezji dramatycznej, odważnej, niespokojnej, poszukującej myśli. To wielki triumf Hanuszkiewicza (i całego zespołu), bo nigdy dotychczas z takim zrozumieniem i klarownością nie padało odpowiedzialne, trudne, ale przecież i zrozumiałe (wbrew uproszczonym opiniom) słowo Norwida”.

Gnomiczność mowy Norwida, skłonność do lapidarności i paraboli, otwartość na interpretację, wpisana w strategię autorską wizja czytelnika-współpracownika, dopełniającego myśl poety o swoje własne doświadczenie – wszystko to sprzyja Norwidowemu życiu po życiu. Życiu jednak naskórkowemu, odartemu z dramatyzmu i kontekstu. Mamy więc raczej do czynienia z adaptacją „błyskotek” (Norwid powiedziałby: „:cacek”) myśli niźli z rzeczywistym przemyśleniem Norwida i trwałym wpisaniem jego dzieła w krwiobieg kultury polskiej. Życie w cytatach to jednak życie zastępcze. W szkole nadal omawia się kilka tych samych wierszy, rzadziej jakąś nowelę (lektury uzupełniające), utrwalając wizerunek poety-samotnika, który umarł zapomniany przez przyjaciół i wrogów w paryskim Zakładzie św. Kazimierza, a jego doczesne szczątki spoczęły w zbiorowej mogile. Poety odrzuconego przez publiczność, ale też odrzucającego tę publiczność świadomie. Kilka linijek z wiersza „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”, w których poeta apeluje do „późnego wnuka” (to jeden z tych medali przysłowia) stało się argumentem nieporozumień interpretacyjnych:

„Syn-minie pismo, lecz ty spomnisz wnuku (…)

Ale on spomni mnie… bo mnie nie będzie”.

Oczywisty sens ironiczny apostrofy do wnuka trafnie odczytywał Józef Fert: „Oto pisarz – nastrojony najczulej bodaj na współczesność – przeniesiony zostaje w wymiary i konteksty, które sam, traktował jako zło konieczne niż oczekiwane uwieńczenie dzieła”.

Jak to więc było naprawdę? Jak dorastał i kim stał się najwybitniejszy przedstawiciel drugiego pokolenia romantyków, wywodzący się z mazowieckiej szlachty. Wcześnie osierocony – motyw sieroctwa pojawił się w jego młodzieńczych wierszach pozostawał pod opieką krewnych. W Warszawie podjął studia malarskie i tu debiutował jako poeta (paradoksalnie wierszem zatytułowanym „Mój ostatni sonet”, 1840). Szybko zyskał uznanie salonów warszawskich i krytyki (m.in. Edwarda Dembowskiego), toteż kiedy w roku 1842 wyjeżdża za granice w celu „wydoskonalenia się w sztuce rzeźbiarskiej” jest żegnany uroczystą ucztą przez „Bibliotekę Warszawską” i pełnymi podziwu dla jego talentu wierszami okolicznościowymi.

Trasa podróży wiedzie przez Ojców i Kraków, następnie Drezno, Monachium, Wenecję, Florencję, Rzym, Neapol, ponownie Drezno, Berlin. Brukselę, raz jeszcze Rzym i wreszcie Paryż, który okaże się jego miastem rodzinnym. Pobyt we Włoszech odciska trwały ślad w biografii literackiej poety. Podczas pobytu w Rzymie zbliża się z Zygmuntem Krasińskim i Hotelem Lambert.

Po kilkuletnich podróżach – w stylu romantycznym – wybiera los emigranta, odrzuciwszy propozycję współpracy z ambasadą rosyjską. Wyczerpują się skromne zasoby finansowe, a wraz z tym otwiera się nowy rozdział w życiu Norwida: nieudanych zabiegów o pożyczki od możnych przyjaciół, o zaliczki na prace artystyczne i literackie, trudne i rzadko wieńczone sukcesem negocjacje z wydawcami. Pierwszy okres twórczości emigracyjnej przynosi m.in. dramat „Zwolon”, traktujący o pokoleniu Wiosny Ludów, i traktat poetycki „Promethidion”, w którym na „drabinie prac ludzkich wieży” poeta najwyżej ulokuje sztukę. Obydwa utwory krytyka i publiczność literacka przyjmują niechętnie, a wobec piętrzących się niepowodzeń artystycznych i osobistych (nieszczęsna miłość do Marii Kalergis staje się przedmiotem drwin) poeta podejmuje dramatyczną decyzję o opuszczeniu Europy. 12 grudnia 1852 roku odpływa z Londynu na pokładzie żaglowca „Margaret Evans” do Nowego Jorku. Nie potrafi jednak odnaleźć się w Nowym Świecie, skąd przy pierwszej okazji powraca (1854) do Europy, zrazu do Anglii, a potem Paryża, którego już nigdy nie opuści.

Następuje przypływ energii twórczej: Norwid pisze dużo, sporo publikuje, odnosi też pewne sukcesy (dobre przyjęcie jego wykładów o Słowackim, m.in., głębinowej analizy „Balladyny”, 1860), przygotowuje pierwszy tom swoich poezji. Lipska edycja tego tomu u Brockhausa ukazuje się pechowo w styczniu 1863 roku i wobec wypadków w kraju przechodzi bez echa. W okresie powstania styczniowego Norwid włącza się do różnego rodzaju akcji patriotycznych, śle memoriały do jego przywódców, m.in. w sprawie prasy polskiej, a po upadku powstania dedykuje Warszawie swój dramat „Za kulisami”. Jest to czas, gdy rosną nadzieje Norwida na debiut w teatrze. Powstaje kilka nowatorskich utworów dla sceny (m.in. „Pierścień wielkiej damy”, „Aktor”), większość jednak nie przekracza bariery druku. Pertraktacje na temat drugiego tomu pism także spełzają na niczym, nie udaje się Norwidowi znaleźć wydawcy dla tomu wierszy „Vade-mecum”, który wedle poety miał dokonać zasadniczego skrętu w poezji polskiej. Mimo wielu niepowodzeń i coraz trudniejszych warunków życia Norwid nie poddaje się – raz jeszcze zachwyci publiczność lekturą swego poematu „Rzecz o wolności słowa” (maj 1869), ale sukces oratora, nie stanie się sukcesem pisarza. Schorowany, głuchnący, coraz częściej lekceważony przenosi się do Zakładu św. Kazimierza (1877).

Nie porzuca jednak pióra i pozostaje aktywny twórczo do ostatnich dni. Wkrótce po śmierci Norwida następuje renesans zainteresowania jego twórczością. Pojawiają się liczne edycje tekstów nieopublikowanych za życia, zwłaszcza dzięki trudowi Zenona Przesmyckiego (Miriama). Dla pokolenia Młodej Polski Cyprian Norwid staje się symbolem samotnego artysty odrzuconego przez swoją publiczność, symbolem niezłomności artystycznej, a zarazem poetą, w którego twórczości odnajdywano i nadal odnajduje się idee żywe, na wskroś współczesne. Po wielu latach Artur Sandauer napisze: „Norwid urodził się za wcześnie i za późno. Za młody na romantyka, za stary na pozytywistę, przyszedł na świat w chwili, gdy niczego się już po poezji nie spodziewano”.

Tomasz Miłkowski

Leave a Reply