CUKIERKI OD PIŁSUDSKIEGO. WSPOMNIENIE WITOLDA SADOWEGO

Łukasz Maciejewski żegna Witolda Sadowego:

Sto lat, równo sto lat. To dla większości z nas zupełna abstrakcja. Mieć sto lat i niemal do samego końca pozostawać w znakomitej formie fizycznej i intelektualnej jest abstrakcją podwójną. A Witold Sadowy nie zamierzał niedołężnieć, zanikać, a nawet odmówił spektakularnego starzenia się. Mam wrażenie, że od jakichś mniej więcej trzydziestu lat wyglądał zawsze tak samo. Elegancki starszy pan, w zasadzie bez wieku.

Urodził się w styczniu 1920 roku, twierdził, że pamięta Józefa Piłsudskiego, a nawet że osobiście dostał od marszałka cukierki („przyszedł do mnie, podał mi rękę i pogłaskał po głowie oraz zapytał jak się nazywam”). Był aktorem, dziennikarzem, felietonistą. Trzymał fason do ostatnich miesięcy życia. Jeszcze niedawno, mieszkając już w Skolimowie, w znakomitym wywiadzie zwierzał się Katarzynie Janowskiej i Dawidowi Dudce: „Ludzie powariowali na punkcie tego koronawirusa. Ja też mam kwarantannę i nie mogę wychodzić ze swojego pokoju. Rano robiłem przez dwie godziny toaletę, potem się nawilżałem, a teraz jestem do dyspozycji”.

Postać Witolda Sadowego, inaczej niż innych długowiecznych artystów polskiego kina i teatru, Mieczysławy Ćwiklińskiej, Niny Andrycz czy Danuty Szaflarskiej, nie będzie raczej rozpatrywana pod kątem osiągnięć artystycznych, nie ma ku temu wielkich podstaw, ale właśnie formy, wieku i, rzecz znamienna, współuczestniczenia. Jak bowiem pożegnać w krótkim tekście kogoś, kto żegnał artystów latami, dekadami? Mówiło się o nim, że jest aktorskim Charonem, że niczym przewoźnik dusz przez Styks, Sadowy żegna artystów w naszym imieniu.

Nekrologi Sadowego, które pisał nieprzerwanie od 1985 roku, były krótkie, rzetelne, życzliwe. Zwłaszcza postaci z drugiego, trzeciego aktorskiego planu, których kariera zakończyła się w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych ubiegłego wieku, w prywatnych klepsydrach Sadowego, otrzymywały imiona i nazwiska, dorobek, zasługi, należną część zachwytów. To uporczywe wydobywanie z cienia, miało również, jak sądzę, charakter autoterapeutyczny, bo przywołując dawne premiery, wydarzenia, czy okoliczności towarzyskie, przywoływał samego siebie: aktorski kontekst dla aktualnej pisarskiej teraźniejszości. A mało kto pamiętał przecież Sadowego ze sceny, z telewizji czy z filmu. Może dlatego te mikroportreciki zapomnianych artystów, wychodziły mu zdecydowanie lepiej od zamaszyście pisanych nekrologów gwiazd.

Jako aktor chyba jednak nie doczekał się spełnienia, tak jakby antycypował swoją przyszłość – był towarzyszem, nie solistą. Towarzyszył zatem na scenie Mirze Zimińskiej, Ludwikowi Sempolińskiemu, Mieczysławie Ćwiklińskiej, Janinie Romanównie, Barbarze Krafftównie, Juliuszowi Osterwie. Solistą został dopiero po latach, jako towarzysz artystycznych pożegnań, ale także poczytny dziennikarz, recenzent i felietonista. Był przysięgłym teatromanem. Charakterystyczny, zwracał na siebie uwagę. Można było go spotkać na większości premier w Warszawie. W ostatnich latach, szczególnie upodobał sobie teatry Krystyny Jandy – „Polonię” i „Och-Teatr”. Był tam zawsze, na każdym przedstawieniu. I czuł się u Jandy mile widziany, lubiany, hołubiony. Pisał jednak o wszystkich premierach. Jako recenzent bywał raczej konserwatystą. Lubił teatr komunikatywny, bez formalnych szaleństw. Jeszcze kilka miesięcy temu, zachwycał się na przykład komedią „Lily” Jacka Popplewella w „Och-Teatrze” w reżyserii Jandy. Jeżeli jednak czuł się po spektaklu rozczarowany, nie szukał eufemizmów, potrafił być dotkliwy, nieco kokieteryjnie zrzucając wszystko na karb wieku. „Seniorowi wolno nie rozumieć tych głupot”.

Wieloletni autor „Życia Warszawy”, „Słowa”, „Expressu Wieczornego”, i przez lata „Gazety Wyborczej”, był również autorem wspomnieniowych książek, za ostatnią, zatytułowaną, a jakże, „Przekroczyłem setkę”, otrzymał zaświadczenie z Biura Rekordów, że jest najstarszym polskim autorem.

Setka dla Witolda Sadowego pod każdym względem była zresztą graniczna. Postanowił uporządkować swoje sprawy, uporządkować życie. W programie telewizyjnym „100 lat Witolda Sadowego”, po raz pierwszy publicznie wyznał, że jest gejem. Ten zdumiewający, z racji na wiek bohatera, coming out, odnotowały media na świecie, w tym „The Telegraph”. Jadwiga Jankowska-Cieślak powiedziała wówczas w „Replice”: „Zawsze podziwiałam związek Witolda Sadowego z Jankiem Ryżowem, jego wieloletnim partnerem. Jak się kochali i jak piękną parę stanowili. Jego coming out oznacza spełnione życie”.

Podczas pisania tego tekstu, zadzwonił do mnie znajomy, młody scenarzysta filmowy. Nigdy nie słyszał o Sadowym. Po mojej opowieści o nim, usłyszałem. „Stary, to jest temat na film”.

We wspomnianym już wywiadzie dla „Onetu”, mówił, że tęskni za swoimi przyjaciółmi: Mieczysławą Ćwiklińską, Ludwikiem Sempolińskim, za Mirą Zimińską”. Już nie tęskni.

Łukasz Maciejewski

[Tekst opublikowany na portalu ONET, fot. ZASP]

Leave a Reply