STARE PRAWDY I POSTĘP CZASU – jeszcze o Letnikach w Narodowym

Macieja Prusa nie interesują żadne teorie na temat Maksyma Gorkiego. Letników w Narodowym, przedstawienie dyskretnie autorefleksyjne, można by nawet interpretować jako obronę przed dogmatem, także i tym, który tkwi w utworze Gorkiego, dla dzisiejszego czytelnika irytująco tendencyjnym.

Maciej Prus powierza siebie, swoich bohaterów i swoją widownię magii teatru. Bierze z tekstu autora koncepcję teatru w teatrze. Ale rozgrywa tę rzecz wieloaspektowo i po swojemu. Pamiętamy Rachelę z Wesela, która zaprasza chochoła i czary. Podobnie w Letnikach, goniąca chimerę poezji Karelia (Anna Gryszkówna) czyta przyjaciołom swój wiersz o szarotce. Wokół pozują statyści kółka dramatycznego. A prospekt w tle połyskuje gwiazdami. Od tego ujęcia trop teatrum mundi zaczyna rządzić całym przedstawieniem. Letnicy mają dusze wypełnione pozorem. Są samozaczarowani – i teatr ich odczaruje.

Jest rok 1904. Maksym Gorki pisze Letników, dramat o celowo ironicznym tytule. Z żarliwością pozytywisty pokazuje komedię salonu jako przeciwieństwo świata pracy. Wykorzystuje chwyt teatru w teatrze, chce rzucić oskarżenie elitom. W głowie wam tylko głupstwa i zabawa. Kręcicie się bez celu, bez duszy, jak marionetki. Mówi Sjemionow (Kamil Mrożek) do Dwukropka (Mariusz Benoit): A ja myślałem, że pan jest ucharakteryzowany… Ma pan włosy i twarz jakby ucharakteryzowane. I dalej: Człowiek ucharakteryzowany jest zawsze przystojniejszy niż w rzeczywistości. Najbardziej bolało Gorkiego, pisał o tym w Portretach literackich, gdy pod pozorami wykształcenia, pozycji zawodowej, oczytania nie dostrzegał nic ludzkiego.

Maksym Gorki zwraca zwierciadło teatralne ku bohaterom. Maciej Prus tworzy konfigurację zwierciadeł. Teatr zastawia na nas pułapkę. Czaruje alegoryczną formą. W pierwszym akcie w scenie z Karelią przeglądają się w sobie protagoniści oraz statyści. Człowiek przegląda się w człowieku, ego przegląda się w alter ego. W drugim akcie widzimy scenkę pokrytą zielonym suknem, na której kółko dramatyczne daje przedstawienie. Aktorzy przeglądają się w widzach. Obraz (sztuka) odzwierciedla naturę. Scenografia Jagny Janickiej nie jest komentarzem do epoki, wspiera uniwersalizację widowiska. W trzecim akcie scenografka rozkłada zielone sukno na głównej scenie, na którą reżyser wprowadza komedię ludzką. Zwierciadło teatralne zostaje zwrócone ku widowni. Jest to gest chytrze zaczepny. Ustanawia paralelę między światem przedstawionym a nami.

Teraz Dulscy, Topolscy, Basowie i Susłowie, którzy dźwigali ciężar krytyki swojej epoki zwracają się przeciwko nam. Przeglądają się w nas. Jesteście tacy sami jak my, mówią, choć żyjecie lepiej, znacie Pendolino i 5 G, ale tak samo jak my jesteście śmieszni, źli, załgani.

Zajrzyjmy na scenę. Oto demaskacja dulszczyzny. Cała ta inteligencja i wyżyna społeczna żyje byle jak. Paweł Paprocki obnaża cynizm adwokata Basowa. Lekarz Dudakow Arkadiusza Janiczka nie staje po stronie biednych i cierpiących. Inżynier Susłow Krzysztofa Stelmaszyka to oszust. Szalimow Piotra Grabowskiego, literat, czyli specjalista od duszy, postępuje bezdusznie. Całe to oskarżenie realizowane w konwencji nastrojowej, często grane na półtonach, zbliża postaci do nas. Dzisiejsze podpory społeczeństwa mają widoczną parantelę z letnikami Gorkiego.

Inżynierowa Julia Filipowna dręczy męża i grozi rewolwerem, Michalina Łabacz najwyraźniej lubi tę gorszycielkę. Lekarkę Marię Lwowną poznajemy najpierw poprzez złośliwą opinię towarzystwa. Irytuje wszystkich, bo robi sztandar ze spódnicy. Beata Ścibakówna zagląda pod spódnicę. Gra przekornie obmyślony pamflet. Spiera się z Gorkim, i słusznie, bo nie na naszą wrażliwość ta heroiczna siłaczka. I w ostatnim akcie, gdy Maria moralizuje na temat zejścia do ludu, aktorka przypuszcza szarżę na frazes osłaniający pustkę nieudanego życia. Bo mowa jest też i o tym, że ludzie są straszliwie rozdzieleni i bardzo samotni.

Wreszcie Włas (Mateusz Rusin) recytuje: Mali, nudni, podli, śmieszni ludzie…. Tym wierszem wymierza wszystkim sprawiedliwość. I wtedy się zaczyna. Krzysztof Stelmaszyk podkręca podłotę Susłowa głosząc credo sytego filistra. Doktorowa Olga Aleksjejewna (Edyta Olszówka) nie chce wracać do domu, do dzieci, pełnymi nozdrzami wdycha salonową hecę. Rozlega się strzał. Ale ani Riumin (Henryk Simon) nie potrafi się zabić, ani nikt nie ma dla niego współczucia.

W towarzyskiej sieci szamoce się żona Basowa. Warwara Michajłowna to lalka żyjąca w cieplarni bogatego męża, zależna tylko od swego kaprysu. Dominika Kluźniak broni bohaterki, jej Warwara dusi się w tej atmosferze. I buntuje się, jak Nora w sztuce Ibsena. Nienawidzę was wszystkich bezgraniczną nienawiścią. Jesteście nędzni ludzie, nieszczęsne potwory! – krzyczy Warwara zwrócona twarzą do widowni. Ten krzyk to oskarżenie skierowane do nas, oskarżenie o życie bez wielkości. Uderza prosto w serce.

Ale reżyser nie chce tak się z nami rozstać. Maciej Prus dystansuje się od triumfalnego podkreślania przez młody teatr nikczemności świata. Stąd ostentacyjnie klasycyzująca estetyka widowiska. Reżyser określa własną pozycję za pomocą metajęzyka. Pointa przedstawienia to speculum, zwierciadło, ale i podobizna. Maciej Prus wskazuje na teatr jako miejsce budzenia sumień, zgłębiania zagadek świata, gry z kulturą, pamięcią i wyobraźnią. Jego osobista wizja rekompensuje nam słabości tekstu z tezą społeczną oraz postaciami z papieru. Oddaje też przysługę Gorkiemu wbrew głosom wykreślenia pisarza z kanonu literatury.

Barbara Hirsz

Maksym Gorki Letnicy, Teatr Narodowy, premiera 9 listopada 2019

reżyseria Maciej Prus

scenografia Jagna Janicka

Leave a Reply