Żydowski bez przeciągów

Tomasz Miłkowski o Teatrze Żydowskim im. Estery Rachel i Idy Kamińskich na łamach „Autografu” (2020 nr 3):

Nie mogę przejeżdżać przez plac Grzybowski – pisze Gołda Tencer w swojej książce Jidishe mame. – W miejscu, w którym był kiedyś Teatr Żydowski, teraz jest parking, Rosną tam jeszcze drzewa, które sadziliśmy z Szymonem, ale kto wie, ile przetrwają „pozbawione korzeni”. To przejmujące wyznanie wiąże się z haniebną decyzją o eksmisji Żydowskiego z zajmowanego budynku pod pretekstem zagrożenia katastrofą budowlaną. Na nic zdały się protesty, na nic przywoływanie historycznych świadectw. Modernistyczny budynek teatru na placu Grzybowskim wg szkicu architektonicznego Bohdana Pniewskiego został przecież wzniesiony dzięki wytrwałym zabiegom jego założycielki i dyrektorki Idy Kamińskiej. Wedle zapewnień fundatorów miał tu rezydować po wsze czasy. Artystka nie doczekała się otwarcia nowej siedziby. Wyemigrowała z Polski z falą marcowych wysiedleńców. To był trudny moment w historii teatru, zagrażający jego egzystencji.

Wtedy dzieło Kamińskiej podjął najpierw Juliusz Berger, a od roku 1969 Szymon Szurmiej. Musiał stawić czoło zarzutom, że wysługuje się antysemickiej władzy, ale przede wszystkim musiał odbudować widownię teatru. Po marcu 1968 roku znowu się skurczyła, ale Szurmiej nie porzucił misji kultywowania dawnej kultury żydowskiej i tradycji teatru w języku jidisz – wprowadzał na afisz sztuki Salomona Ettingera, Abrahama Goldfadena (Sen o Goldfadenie, reż. Lena Szurmiej, 2006), Jakuba Gordina, Szołema Alejchema, Icchoka Lejb Pereca (W nocy na starym rynku, reż Szymon Surmiej, 2008), Szymona An-skiego, Pereca Hirszbejna, Szaloma Asza. W repertuarze przeważały spektakle ukazujące urok dawnego folkloru żydowskiego, wspomniany spektakl W nocy na starym rynku czy musical Skrzypek na dachu (reż. Jan Szurmiej, 2002) albo stylizowany, bardzo malarski spektakl Bonjour Monsieur Chagall Szymona Szurmiej i Gołdy Tencer (2009). Teatr wspólnie z Fundacją Shalom Gołdy Tencer stał się współorganizatorem Festiwalu Singera, podczas którego okolica teatru, niegdyś zamieszkała przez Żydów warszawskich na nowo ożywała śladami dawnej kultury.

Coraz częściej jednak grywano po polsku, Szurmiej wprowadzał na scenę nowe tytuły, w szczególności na utworzonej w tym celu małej scenie. Zapraszał do współpracy młodych reżyserów. To nie była rewolucja, ale powolna ewolucja. Niecierpliwi młodzi krytycy zarzucali Szurmiejowi niepoprawny konserwatyzm. To prawda, że prowadził teatr ostrożnie, ale przecież otwierał drzwi na nowe impulsy. Mocnym tego dowodem była premiera dramatu Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk Walizka (reż. Dorota Ignatjew, premiera 4 listopada 2011).

Tytułowa walizka istniała naprawdę – walizka z obozu zagłady, z którą odszedł ojciec bohatera sztuki, po latach rozpoznana w muzeum przez ocalałego syna. Potem trwały spory, do kogo walizka powinna należeć, było o tym głośno w prasie francuskiej, ale autorka nie poszła tym tropem. Interesowało ją raczej wnętrze walizki, jej ładunek symboliczny, wpływ, jaki wywiera na duchowość bohatera, który dzięki znalezisku odzyskuje swoją tożsamość. Spektakl był grany w teatralnym foyer, w minimalistycznej, sterylnie białej scenografii. Tchnął w teatr nowego ducha (poruszający epizod Ojca dał w nim sam Szurmiej). To był krok na drodze odświeżenia języka w Teatrze Żydowskim, któremu na zdrowie wychodziła współpraca z artystami do tej pory z tym teatrem niezwiązanymi, reprezentującymi różne odłamy teatru poszukującego.

Ten kierunek zmian, które Gołda Tencer określiła lapidarnie „wietrzeniem, ale bez przeciągów”, stał się obowiązującą linią programową teatru po odejściu Szymona Szurmieja, który nie doczekał jubileuszu 65-lecia teatru (zmarł 16 lipca 2014). Jej sztandarowym znakiem stała się premiera Dybuka An-skiego w inscenizacji Mai Kleczewskiej (premiera 17 kwietnia 2015, na zdj., fot. Magdy Hueckel/materiał teatru). Maja Kleczewska i Łukasz Chotkowski (współautor scenariusza), natury niepokorne, czasem wywracające na nice największe dzieła literatury europejskiej, tym razem z godnym podziwu respektem podeszli do historii teatru, w jego aktorach odnajdując ogromny potencjał. Teatr Żydowski pokazał nową twarz, w której tradycja spotykała się z nowymi środkami wyrazu. „Na scenie oglądamy trzy Lee – pisał Łukasz Maciejewski – Gołdę

Tencer i Joannę Przybyłowską, oraz debiutującą w tej roli Magdalenę Koleśnik. W tym międzypokoleniowym aktorskim występie chodziło o coś więcej niż atrakcyjny koncept. Pamięć o miejscu, o ludziach, pamięć o Zagładzie”.

Kiedy wydawało się, że Żydowski łapie nowy oddech, rok po tej nowatorskiej premierze (9 czerwca 2016) został eksmitowany. Tego dnia miał być grany Skrzypek na dachu. Bezdomni aktorzy zagrali spektakl plenerowy na Placu Grzybowskim. Budynek teatru został zburzony. Ale nie został zburzony teatr – bo teatr to ludzie, a nie budynki, choć sprawa siedziby do dzisiaj stoi na porządku dnia.

Żydowski gra (a właściwie grał do momentu, kiedy do repertuaru wtrącił się koronawirus i trzeba było przenieść się do Internetu) w tymczasowej siedzibie na Królewskiej z malutką sceną i w Klubie Garnizonowym. Gra zresztą, gdzie tylko się da: w synagodze Nożyków, Zachęcie, przestrzeniach miejskich, w gościnnych teatrach.

Charakterystycznym rysem wielu premier teatru, stało się wykorzystywanie figury Teatru Żydowskiego (miejsca i zespołu) jako symbolu wspólnego losu, znaku międzypokoleniowej tożsamości. To właśnie Dybuk, spektakl integralnie zespolony z miejscem, z placem Grzybowskim dał temu początek. Już po wyburzeniu budynku teatru, w kolejnym spektaklu Kleczewskiej i Chotkowskiego, Malowanym ptaku (2017) inspirowanym powieścią Jerzego Kosińskiego, zrealizowanym w koprodukcji z Teatrem Polskim w Poznaniu, na scenie pojawiła się odtworzona dekoracja z Dybuka. Dzięki temu zabiegowi spektakl wpisał się w opowieść o bezdomnym teatrze, który szuka swego miejsca, który tuła się po różnych salach. Twórcy Malowanego ptaka tworzą iluzję ciągłości, by za pomocą dekoracji powołać do istnienia przestrzeń, która przez ludzką małość zniknęła.

Tożsamościowy wątek – tym razem przez odwołanie do zespołu, a nie tylko miejsca – pojawił się w Aktorach żydowskich Michała Buszewicza w reżyserii Anny Smolar (2015), Kibicach Michała Buszewicza (2919), monodramie Joanny Szczepkowskiej Ida Kamińska (2018) i przedstawieniu Anny Smolar o dzieciach wysiedleńców Kilka obcych słów po polsku (premiera 10 marca 2018 w Teatrze Polskim). Wśród różnych teatralnych spojrzeń na marcowy wyrzut sumienia, spektakl Anny Smolar wyróżniał się odmiennym punktem widzenia; tym razem prawie nie zabierają głosu ofiary antysemickiej nagonki ani też jej sprawcy. Choć bohaterami są ci, którzy podlegali prześladowaniom, szykanom i upokorzeniom, na plan pierwszy wysuwają się ich potomkowie – dzieci, rówieśnicy Anny Smolar, marcowych emigrantów.

W spektaklu Smolar pojawiła się znamienna scena, nawiązująca wprost do historii teatru. W jedną z aktorek, Joannę Rzączyńską, wnuczkę Szymona Szurmieja, wstępuje dybuk Idy Kamińskiej. Aktorka parodiuje wielką heroinę Teatru Żydowskiego, ale w taki sposób, że zaskarbia sobie sympatię widowni – dybuk Kamińskiej bowiem wyraża rozmaite wątpliwości i pytania, jakie pojawiały się po jej wyjeździe do Ameryki. Spektakl stawia tu kropkę nad „i” piosenką dybuka: „mam nadzieję, że nie masz pretensji, w końcu dziadek nadał teatrowi twoje imię, chyba że to za mało, może się mylę, ale jakoś tak to czuję”.

Tomasz Miłkowski

Leave a Reply