Debiuty: Niczego wbrew sobie – rozmowa z Dorotą Stalińską

Otwieramy nowy cykl w „Yoricku” – DEBIUTY, w którym prezentowane będą teksty młodych autorów. Cykl inaugurują teatrolożki z Koła Teatrologicznego UMK w Toruniu, które wydawały Biuletyn Informacyjny Festiwalu Teatrów Jednego Aktora w Toruniu (listopad 2016). Cykl otwiera rozmowa Klaudii Peplińskiej z Dorotą Stalińską, opublikowana na lamach wspomnianego Informatora.

O czterdziestu latach pracy na scenie, Żmii, która się nie starzeje, scenicznej samodzielności i o tym, dlaczego dziś trudno byłoby debiutować, przed wczorajszym spektaklem rozmawialiśmy z Dorotą Stalińską.

Klaudia Peplińska: Przyjechała Pani do Torunia z tą samą Żmiją, za którą w 1978 roku odebrała I nagrodę Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora. Wtedy – jako 25-letnia aktorka, zaledwie dwa lata po ukończeniu warszawskiej PWST, dziś – po to, aby świętować czterdziestolecie pracy na scenie. Piękna historia!

Dorota Stalińska: Tak, choć w ciągu tych lat byłam w Toruniu wielokrotnie. Żmiję po raz ostatni zagrałam tu sześć lat temu. Zawsze wracam do Torunia z ogromną radością i wzruszeniem.

K.P.: Jeśli dziś wśród publiczności znajdą się osoby, które widziały Żmiję w 1978 roku, jaki spektakl zobaczą?

D.S.: Kiedy przyjechałam tu 38 lat temu, Żmija była opowieścią o młodej dziewczynie, której rewolucja odebrała rodziców, pozbawiła możliwości wyboru. Grałam ją tysiące razy i nagle coraz częściej zaczęłam zadawać sobie pytanie: Czy powinnam to jeszcze grać, czy jeszcze wypada? Zrobiłam wtedy przerwę. I pamiętam, gdy po jakimś czasie zwrócono się do mnie z prośbą, abym zagrała podczas jakiegoś festiwalu. Okazało się, że Żmija wcale się nie zestarzała – to znaczy, że może i ja się specjalnie nie zestarzałam (śmiech), ale co ważniejsze, temat nie stracił na aktualności. Żmija jest opowieścią o człowieku, którego los niespodziewanie rzuca w jakieś okoliczności, a to przecież dzieje się ciągle. Opowiada o człowieku – po prostu. W tej chwili ze sztuki zostały usunięte dwa zdania określające wiek mojej bohaterki, bo teraz nie jest to historia młodej dziewczyny, a dojrzałej kobiety. Ja dojrzałam, więc sposób narracji jest inny. Kiedy historię opowiada młody człowiek, jest gwałtowny, pełen emocji. Dojrzały człowiek denerwuje się inaczej. Myślę, że dzisiejsza Olga jest bardziej „mięsista”, wyrazista, jednak jej los tak samo tragiczny. Widz zawsze patrzy na opowieść kobiety, która staje przed nim na scenie – a ja staram się zawsze grać najszczerzej jak potrafię.

K.P.: I to ponad 4 tysiące razy!

D.S.: Już przestałam liczyć. Ale warto pamiętać, że występowałam też w innych czasach. Pamiętam trasy na Śląsku, kiedy grałam cztery przedstawienia dziennie. Nie przebierałam się nawet między spektaklami, bo z jednej kopalni wjeżdżaliśmy do drugiej, z jednej huty do kolejnej. I ja w tym biegu wskakiwałam do samochodu, aby jeszcze zdążyć wszystko przygotować. Grałam wtedy bez świateł, rozstawiałam barierkę, dwa krzesła. Dziś gram w teatrach, w domach kultury, w świetnie wyposażonych salach. Stołówki mam już za sobą. Dobrze pamiętam jednak dzień, w którym Żmiję zagrałam cztery razy. Wylądowaliśmy wtedy w Krakowie, wieczorem około godziny 23 zadzwonił telefon. To byli studenci, którzy dowiedzieli się, że nocuję w mieście i poprosili, aby dla nich zagrać. Rano miałam wyjeżdżać, więc zapytałam: „Kiedy?”, a oni: „Teraz!” I zagrałam dla nich piątą Żmiję tego dnia.

K.P.: Wnioski są dwa. Pierwszy: i Pani, i widzowie naprawdę kochacie tę sztukę, drugi: pani Helenka wiedziała, co robi. Proszę opowiedzieć o niej i o zdarzeniu w Teatrze na Woli.

D.S.: To jest bardzo wzruszająca historia. Byłam tuż po studiach, pracowałam w teatrze, rok wcześniej monodramem Tabu wygrałam toruński festiwal. Między próbą a przedstawieniem, gdy koledzy wychodzili, aby załatwiać różne sprawy, ja zostawałam, aby jeszcze pracować nad moimi spektaklami, wówczas nad Żmiją. Czasami zostawałam także po przedstawieniach. Któregoś dnia wszyscy wyszli już z teatru, została tylko pani Helenka, która dopiero szykowała się do wyjścia. To była nasza garderobiana, teatrowi i nam oddana do bólu. Nie wiem, czy dzisiaj takie osoby jeszcze istnieją. Włożyła czapkę, płaszcz i krzyknęła tylko: „Dobranoc, Dorotko!” A ja, wiedząc, że jestem już sama, dalej zajmuję się Żmiją – powtarzam tekst, próbuję różnych interpretacji. I nagle słyszę jakiś cichy płacz. Patrzę, a to pani Helenka siedzi na krzesełku obok drzwi i płacze, słuchając tej opowieści. To był pierwszy sygnał, że ta sztuka może trafić do serc widzów.

K.P.: W Teatrze na Woli debiutowała Pani u Tadeusza Łomnickiego. W 1980 roku odeszła Pani z teatru i nie związała się na stałe już z żadnym innym. Dlaczego?

D.S.: Byliśmy pierwszą brygadą teatru. Powstał w robotniczej dzielnicy, w zaadoptowanym budynku po starym kinie i był wówczas najnowocześniejszym teatrem w Polsce. Na Tadeusza Łomnickiego wołaliśmy wtedy: „Grande Taddeo, direttore Teatro di na Woli”. Po dwóch latach istnienia budynek teatru stanął w ogniu. Wszyscy bardzo przeżyliśmy ten pożar. Własnymi rękoma gasiliśmy ogień, płakaliśmy jak dzieci. W którymś momencie zaczęłam szalenie się śmiać, bo przypomniałam sobie słowa mojego polonisty. Kiedy się złościł, nazywał mnie artystką ze spalonego teatru. Gdy ze łzami w oczach ratowaliśmy teatr, pomyślałam: „Wykrakał!”. Część budynku, która spłonęła, udało się potem odbudować. Z teatru wyszłam w 1980 roku, miałam ten komfort, że grałam już swoje przedstawienia. Często stawałam sama przed trzystuosobową publicznością – to był dla mnie prawdziwy chrzest zawodowy. Jednak tak naprawdę zrobiłam to z powodu śmierci mamy. Już nie byłam w stanie grać. Nie wiedziałam nawet, czy jeszcze kiedykolwiek będę mogła się zaśmiać. Potem nie spodobały mi się rzeczy, które zaczęły dziać się w teatrze, nadeszły moim zdaniem niekorzystne zmiany, które mnie zupełnie nie odpowiadały.

K.P.: Wtedy rozpoczęła się Pani filmowa współpraca z Barbarą Sass.

D.S.: Tak, zagrałam u niej w Bez miłości. Tata namówił mnie, żebym zrobiła to dla mamy. W Miłość ci wszystko wybaczy Janusza Rzeszewskiego też zagrałam dla mamy, bo ona zawsze marzyła, abym chodziła jak taka piękna dziewczyna – w kapeluszach, a nie w spodniach.

K.P.: Bo zawsze była Pani odważna. Wcześnie zaczęła być sama na scenie, a monodram to przecież rodzaj scenicznej dojrzałości, brania odpowiedzialności za całość przedstawienia.

D.S.: Zawsze chciałam być twórcą, a nie odtwórcą. Czasami spotykałam kolegów, którzy grali w czymś, do czego nie byli przekonani. A ten zawód daje przecież genialne prawo wyboru. Zresztą żaden zawód nie może zmusić człowieka do robienia czegoś wbrew sobie. Mimo tego, że ta moja samodzielna droga często jest męcząca, pozwoliłam sobie na robienie tylko takich rzeczy, które uważam za ważne i słuszne. W zespole zawsze można powiedzieć: kiepski reżyser, ktoś nie dograł, aktorzy nie tacy. Ja całą odpowiedzialność biorę na siebie. Wykorzystałam wszystko, co potrafiłam: robiłam scenografię, szyłam kostiumy…

K.P.: W Zgadze gotowała Pani zupę…

D.S.: Po dziś dzień! Robię ją na scenie, a ludzie zjadają.

K.P.: Po czterdziestu latach pracy artystycznej, jak Pani myśli, w jakich czasach przyszło dziś tworzyć młodym artystom?

D.S.: Czasy są inne. Dla nas, twórców, nie są dobre. I to jest pewne. To czasy, które promują grafomanię i rzeczy zupełnie błahe. Czasy, w których talent czasami zaczyna przeszkadzać w karierze, bo wszystko wywróciło się do góry nogami. Jak mało jest informacji dotyczących jakiejś sztuki! Odbywa się premiera – i o czym czytamy? O tym, kto przyszedł, jak wyglądał, w jakiej sukience, za ile, a to, u kogo i w czym zagrał, kwituje się jednym zdaniem.

K.P.: Chciałaby Pani dzisiaj debiutować?

D.S: Nie, dzisiaj nie wiedziałabym nawet, czy iść w tym kierunku. Dlatego wszyscy życzymy Wiesławowi Gerasowi, aby żył sto lat i jeszcze długo robił ten festiwal.

K.P.: A Pani kolejnych tak pięknych lat na scenie i na ekranie.

D.S.: Dziękuję.

K. P.: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Klaudia Peplińska

Leave a Reply