Teatr PRL był teatrem uwikłanym ideologicznie, w zwarciu (ale i swoistej symbiozie) z cenzurą, walczący i potulny
Z Tomaszem Miłkowskim rozmawia Ewa Rosolak w Dzienniku Trybuna (13/15 grudnia 2013)
Kiedy mówię teatr PRL, to jaką hierarchię Pan układa: „teatr ogromny”, zniewolony, prowokujący, walczący z systemem, ogrywający cenzurę, programowo przymilny, a może lizusowski wobec władzy?
Z tych cech, które Pani wymieniła, nie umiałbym utworzyć żadnej hierarchii, chyba że anty hierarchię – wyjąwszy utopijną ideę teatru ogromnego Leona Schillera, pozostałe cechy, choć dałoby się wskazać na ich obecność w życiu teatralnym tych czasów, nie stanowią o istocie tego fenomenu, jakim był teatr w PRL. To prawda, że był to teatr uwikłany ideologicznie, w zwarciu (ale i swoistej symbiozie) z cenzurą, walczący i potulny, ale rozmaicie to wyglądało w różnych okresach. Polityka kulturalna ulegała zmianom, toteż nie można tu zastosować jednej wspólnej miary. Z mojego punktu widzenia teatr PRL cechował się przede wszystkim powszechnością i otwartością. Nie sposób nie docenić ogromnego wysiłku, jaki uczyniono, aby teatr stał się dostępny, także rozkwitły bujnie teatr telewizji. Nie zmieniają tego faktu takie czy inne patologie towarzyszące tej polityce upowszechnieniowej, czasem niezbyt rozsądne „akcje” albo rachuby, że za pomocą teatru będzie można prowadzić skuteczną agitację ideologiczną. Dowiedz się więcej »Mekka trawiona kryzysem