Przejdź do treści

Yorick


Przegląd Teatralny i Literacki
ISSN 2080-9980

Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Pierwszy sezon w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim

Wesołe Kumoszki z Windsoru triumfowały

Już opadły emocje po 19. Festiwalu Szekspirowskim i zakończyła się blisko dwumiesięczna eksploatacja spektaklu, który robił prawdziwą furorę wśród publiczności Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. O bilety trzeba było się starać z wyprzedzeniem. Wspólna produkcja Teatru Wybrzeże i GTS to Wesołe Kumoszki z Windsoru Williama Szekspira w reżyserii Pawła Aignera.

Początkowo nic nie zapowiadało sukcesu, bo nie brakuje w Trójmieście osób, które z założenia powątpiewają w przydatność i konieczną obecność Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego w panoramie kulturalnej Gdańska. A co najważniejsze ogromna bryła teatru na skraju Głównego Miasta w Gdańsku nadal budzi emocje. Niestety, nie jest piękna. Nagroda za rok 2014 przyznana przez Stowarzyszenia Architektów Polskich za najlepszy budynek w Polsce ze środków publicznych jeszcze wzmogła napięcie. Mam wrażenie, że stowarzyszeni architekci zajęci są głównie sobą i słuchaniem siebie. Sarkofag – to częste wśród gdańszczan określenie tego budynku o ciemnej, prawie brunatnej elewacji, której również nie jestem miłośniczką. Przed tegorocznym sezonem letnim nawet dyskutowano o tym budynku, ale też funkcjach i znaczeniu GTS. Z tej dyskusji „po fakcie” (po wybudowaniu) niewiele już wynikało. Spierający się o kształt budynku zostali przy swoim zdaniu.

Dowiedz się więcej »Pierwszy sezon w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim

Faraon wg Prusa w Teatrze Wybrzeże na finał pracowitego lata 2015

Niedojrzały następca tronu

Adam Nalepa wyreżyserował długie, zręczne sfabularyzowane, ale dość nużące, szczególnie w pierwszej części, przedstawienie, w którym zabrakło dobrze zagranej pierwszoplanowej roli. Adaptacja powieści Bolesława Prusa to praca reżysera do spółki z Jakubem Roszkowskim, etatowym dramaturgiem Teatru Wybrzeże. Spektakl tak naprawdę ratuje ciekawa i efektowna wizja plastyczna – scenografia Macieja Chojnackiego i kilka nieźle pomyślanych scen budzących publiczność do żywszych reakcji. Bardzo efektowna jest finałowa scena zaćmienia słońca, która dosłownie uderza w widzów podmuchem powietrza i czarnym deszczem drobno pociętych czarnych confetti.

Dowiedz się więcej »Faraon wg Prusa w Teatrze Wybrzeże na finał pracowitego lata 2015

Warszawa Singera

W ostatnim tygodniu sierpnia warszawski plac Grzybowski i okolice będą tętnić życiem. Po raz dwunasty trwać będzie zaplanowany z rozmachem Festiwal Kultury Żydowskiej – Warszawa Singera.

Festiwal organizuje Fundacja Shalom i Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich, a wychodziła go i niestrudzenie prowadzi Gołda Tencer. Festiwal wciąż „puchnie”, sam jego program wraz z krótkimi opisami wydarzeń to niemała książeczka licząca w tym roku 180 stron. Obrasta więc coraz to nowymi pomysłami i atrakcjami, przekracza rogatki Warszawy, ma swoje flanki w Biłgoraju, Leoncinie, gdzie Singer się urodził, Radzyminie, a nawet w Nowym Jorku, do którego Singer przeniósł się już 1935 roku, ale tak naprawdę nigdy w nim nie zamieszkał – duchowo wciąż pozostawał w Polsce. Wyczuwali to Amerykanie, toteż w wielu opracowaniach dotyczących literackich laureatów Nagrody Nobla traktowali Singera jako polskiego pisarza, choć nigdy po polsku nie pisał. Nie pisał też po angielsku. Jego ojczyzną był jidisz.

Dowiedz się więcej »Warszawa Singera

Statystycznie średnio

Kilka tygodni temu Ryszard Bugaj zwierzył się w którymś z programów informacyjnych, że przysłuchiwał się spotkaniu zwolenników Pawła Kukiza. I odniósł nieodparte wrażenie, iż zebrani jeszcze nie wiedzą, że świat jest jest skomplikowany.

Podobne wrażenie sprawiają oświadczenia pana prezydenta i ministerstwa Kultury (tudzież jego przedstawicieli) dotyczące stanu kultury polskiej. Prezydent Duda podjął problem w swoim orędziu w duchu tzw. czarnego PR, przywołując obraz postępującej degradacji, bez mała spustoszenia. Ministerstwo opublikowało na to dictum zestawienie sukcesów (niewątpliwych), jakie zostały odniesione m.in. na polu budownictwa muzeów. Rzecz w tym, że obie strony mają rację albo racji nie mają wcale.

Dowiedz się więcej »Statystycznie średnio

O „Toż samości” artysty słów kilka.

W epoce (modnego jeszcze ciągle) modernizmu, postrzeganego nieprzypadkowo w kategoriach epoki postromantycznej – artysta, podejrzewany zwykle o uleganie egzaltacji, niekontrolowanym emocjom, nastrojom – traktowany był na prawach istoty niezależnej i wielce ekscentrycznej, skłonnej do demonstrowania lub może – obnoszenia publicznie swego „Ja”. W czasach dojrzałego PRL-u sztuka, postrzegana jako jedyna sfera działalności człowieka, w ramach której dopuszczano istnienie pewnego marginesu swobody, miejsca dla eksperymentów i poszukiwań formalnych (treść bowiem zwykle ustalana „odgórnie” nie powinna budzić wątpliwości) – doświadczała swoistej sakralizacji.

W konsekwencji artysta, miłośnik swobód wszelakich, wyróżniał się ze zbiorowości zarówno ubiorem, teatralnością i nonszalancją gestów jak i możliwością „pozwalania sobie” na znacznie więcej, niż zwykłemu śmiertelnikowi przystało.

Co prawda „klasa robotnicza”, owa „przodująca siła narodu” nie kochała nadmiernie artystów, o czym świadczy pamiętny zapis w księdze z „Wystawy Objazdowej” prac jednego z najwybitniejszych polskich malarzy drugiej polowy XX wieku, Jerzego Dudy – Gracza: „Dobry okulista i wprawny psychoanalityk (nie amerykański) – przywróci Panu zdrową wyobraźnię i jasność widzenia.”

Jerzy Duda – Gracz, „Hamlet Polny”

Dowiedz się więcej »O „Toż samości” artysty słów kilka.

Z fotela Maciejewskiego: WIARA MALUTKA

„Wiersze trzeba mówić, nie recytować”. Adam Woronowicz cytuje często słowa swojej mentorki, Mai Komorowskiej. W widowisku „Miłość” w reżyserii Andrzeja Kukuły opowiada o życiu frazami z wierszy księdza Jana Twardowskiego. Robi to w stylu zaskakująco wręcz skromnym: żadnej emfazy, podkreśleń, wykrzykników, nawet minimalnej kokieterii. Bohater Woronowicza mówi wiersze, wręcza publiczności kartki z poezją księdza Jana, towarzyszą temu akordy Janusza Strobla, wirtuoza gitary. W prostocie interpretacji, podobnie jak w samej poezji księdza Twardowskiego, jest prawda razowego chleba, niewinnej trawy – „karmelitanki bosej”, ale i zaklęcia umarłych którzy zawsze odchodzą zbyt wcześnie. Żadnych wielkich słów, zaklęć, obietnic.

Dowiedz się więcej »Z fotela Maciejewskiego: WIARA MALUTKA

Alla Finalle…

XIX Festiwal Szekspirowski zakończony. Czas podsumować to, co było mi dane….

Zamknąć dziesięć dni w kilku tysiącach znaków? Uwierzcie mi, łatwiej powiedzieć niż uczynić. Spróbuję jednak. Festiwal Szekspirowski (mimo że dopiero drugi) jest dla mnie swego rodzaju świętem, dziesięcioma dniami wyłączonymi z rzeczywistości, podległymi tylko Melpomenie i Tespisowi. Ktoś mi bliski i nader mądry powiedział kiedyś, iżby zajmować się w pełni profesjonalnie jakąkolwiek krytyką artystyczną, trzeba być swoistym Bożym wariatem z duszą i sercem otwartymi na oścież swej pasji. Wierzajcie mi, święte słowa! Wobec sceny, teatru, alternatywy, wykładów, warsztatów wszyscy i wszystko schodzą na dalszy plan, przynajmniej ja tak mam.

Przyjmijmy starą zasadę: najpierw złe wieści, potem zachwyty. Te złe były bardziej (i jak się okazało, nie tylko moimi) rozczarowaniami, spektaklami prze-czekanymi, nad-oczekiwanymi, przerostem marzeń nad rzeczywistością zastaną (dwa teatry na świecie mają świetnych fotografów i cudownych wprost speców od PR; konkretnie Tamási Áron Theatre oraz Baltic House Theatre).

Dowiedz się więcej »Alla Finalle…

Bryk z dziejów państwa M., czyli nie bać się Tej Thanini to ciężki błąd…

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień dziesiąty. Perceval, czyli wszystkie za i przeciw teatru artystyczno – eksperymentalnego.

Luk Perceval jest luminarzem teatru, nowatorem, bywa określany geniuszem teatru plastycznego przez niektórych spośród moich moralno – zawodowych autorytetów. Mimo tego podchodziłam do jego spektakli „jak pies do jeża”. Postanowiłam się przemóc, przewalczyć: zaczęłam szukać, czytać, oglądać zdjęcia, fragmenty spektakli… Wtedy już wiedziałam, że „Makbet III” (przygotowany wespół z aktorami Domu Bałtyckiego w Sankt Petersburgu, mający premierę 30 maja 2014) będzie spektaklem otwarcia.

Potem był pierwszy z moich „kluczy intelektualnych”: zdjęcie promocyjne. Olbrzymi zwalisty, dumny, silny mężczyzna – puszy się swoją siłą, władzą, pozycją. Przed nim klęczy filigranowa, drobniuteńka kobieta; kaskada jej czarnych włosów jak puklerz, szkaplerz, rozłożona na jego potężnej klatce piersiowej. Twarz jak u porcelanowej lalki albo aktorki kabuki. Tylko te oczy i usta jak kreska: pełne wściekłości, dzikiej żądzy, dumy graniczącej z brawurą, nieuleczalnie chore na władzę. Nie wolno jej prowokować; nie ma żadnych skrupułów, zabije niezależnie od więzów krwi, jeśli coś lub ktoś zagrozi jej władzy, bezpieczeństwu jej planów.

Dowiedz się więcej »Bryk z dziejów państwa M., czyli nie bać się Tej Thanini to ciężki błąd…

Taki dialog

Może to upał, ale powołanie przez prezydenta Komorowskiego ostatnim rzutem na taśmę przed zakończeniem kadencji Rady Dialogu Społecznego nie wywołało wielkiego wrażenia. To dobrze, że dialog się wznawia, ale jaki będzie, jak zwykle, zadecyduje praktyka.

A jak wiadomo, to właśnie praktyka rozmowy wedle reguły „mówił dziad do obrazu” sprawiła, że poprzedniczka Rady, czyli Komisja Trójstronna zakończyła swój żywot. Jak będzie tym razem, zobaczymy. Tymczasem jednak doświadczenie dialogu na innych szczeblach i forach nie są nazbyt krzepiące. Pani premier peregrynuje po kraju sama albo w otoczeniu rządu i wygłasza monologi, które nazywa dialogiem. W odpowiedzi słyszy, jak się podejrzewa, zorganizowane a szpetne wyzwiska (a to nieładnie), które przyjmuje z zadziwiającą pokorą, a nawet pewną satysfakcją: oto, powiada, dowód jak krzepnie w Polsce wolność, każdy może na rząd pokrzyczeć, o czym mu się tylko zachce. Tak właśnie wygląda i ma wyglądać fundament wolności i demokracji: rząd, władza swoje, obywatele swoje. Ci drudzy pokrzyczą, bo jest wolność, ale my i tak zrobimy swoje.

Wygląda na to, że ten właśnie model obowiązuje w lekceważonym przez obecną ekipę obszarze kultury. Niech sobie artyści, intelektualiści pokrzyczą, pofiglują, oprotestują, a my i tak zrobimy swoje, bo władza ma zawsze rację.

Dowiedz się więcej »Taki dialog

Z chaosu wyłoniło się Słowo, Posłowie zresztą też…

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień ósmy. Koncert urodzinowy, czyli zasadniczo komedia muzyczna z elementami etno w relacji rozbawionej do łez krytyczki.

Powiedzmy sobie jasno: na początku może i był Chaos, ale najpierw był Jerzy. Dorastał, pił piwo, łowił ryby i pilnie się uczył. Gdy miał 12 lat, sam przepłynął ocean (zdaje się, że na pokładzie MS „Stefan Batory”), uczył się angielskiego i miał różne młodzieżowe marzenia. Jeszcze później poznał niejakiego Williama Shakespeare’a (rzecz jasno poprzez dzieła i dramaty wszelakie); wymarzyło mu się więc wystawianie rzeczonego po polsku. Ale do tego potrzebna była scena; to zaś z kolei oznaczało teatr. Tak to Jerzy wyśnił swoje największe marzenie: teatr Williamowi wybudować, by wystawiać tam sztuki jego.

Zaczęło się banalnie: studenciaki, niezwykle się przyłożywszy, wystawili dla dzieciaków „Króla Lwa”. Była ich piątka: Uczony (zwany Profesorem), Leo (zapatrzony w Profesora i jego wizję), Super Ha (wcielenie zdroworozsądkowego realizmu i logicznego myślenia), EDU – ward (misją stało się wychowanie dzieci i młodzieży poprzez teatr) oraz Szklarz (marzył mu się teatr maleńki, taki osobny, niewielki, w Oknie; bo on z rodu szklarzy). Korciło ich zarażanie maluchów wirusem teatru, edukacja poprzez bajki, chwalebne wychowywanie przyszłych widzów. Jakież musiało być ich zdziwienie, kiedy w prasie wyczytali, że wedle krytyki całkiem nieźle i z głębią psychologiczną wyszedł im ten… „Hamlet”… Na ich miejscu też bym się wielce mocno zdziwiła; człowiek walczy, pracuje, tworzy tego „Króla Lwa” – dla dzieciaczków, coby teatralnego bakcyla złapały. I co za to? Specem od Hamleta niejakiego go czynią, aktorem szekspirowskim nazywają.

Dowiedz się więcej »Z chaosu wyłoniło się Słowo, Posłowie zresztą też…

Teatr Wybrzeże ambitnie realizuje polską klasykę

Murzyn warszawski – po gdańsku – pisze Alina Kietrys:

Idea słuszna. Grajmy na polskich scenach polską klasykę, najlepiej tę zapomnianą, albo tę z kanonu lektur. Jak ludzie nie czytają, niech chociaż oglądają. Ongiś słusznemu upowszechnianiu polskiej, cennej literatury służyły ekranizacje filmowe. Moda na Noce i dni, Krzyżaków, Lalkę, Trylogię, Faraona, Przedwiośnie, Ziemię obiecaną, Nad Niemnem… i czytadła z 20-lecia – kwitła. Teraz różne teatry w Polsce są wspierane w tych szczytnych ideach popularyzowania polskiej klasyki przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, bo trwa rok jubileuszowy teatru publicznego i konkurs na „klasykę żywą”.

Dowiedz się więcej »Teatr Wybrzeże ambitnie realizuje polską klasykę

85- letni Ryszard Ronczewski – Za zakrętem…?

Złotą rybkę poprosił, by zostawiła Mu jeszcze trochę czasu…

Alina Kietrys o monodramie Ryszarda Ronczewskiego:

Liryczny Pierrot? Srebrny włóczęga? Człowiek o gumowej twarzy? Tak podpisał pod koniec ubiegłego stulecia zdjęcie znanego w Trójmieście aktora Ryszarda Ronczewskiego jeden z Kataryniarzy, prezes Klubu Studentów Wybrzeża Żak Andrzej Cybulski. Kataryniarze – to była twórcza formacja końca lat 50. i początku 60.: studenci z różnych uczelni, aktorzy, plastycy, muzycy, inżynierowie, medycy skupieni właśnie w Żaku. Wtedy to aktywnie i artystycznie objawiał się Ryszard Ronczewski jako uczestnik i współtwórca „Cyrku Rodziny Afanasjeff” – offowego teatru rodzinnego. Dyrektorem – Poliszynelem, wielkim magiem tego przedsięwzięcia był Jerzy Afanasjew, Kolombiną Alina Ronczewska-Afanasjew, Pierrotem – Arlekinem Ryszard Ronczewski, brat Aliny ściągnięty do Gdańska z Łodzi, gdzie był reżyserem Studenckiego Teatru Satyrycznego Pstrąg. Ronczewski postrzegany był jako „aktor zawodowy poświęcający się pantomimie”, miał za sobą letni kurs u Marcela Marceau. W skład rodzinnego Cyrku Rodziny Afanasjeff wciągnięty został, a nawet „zaadoptowany” świetny muzyk – Janusz Hajdun, kompozytor muzyki do nagrodzonego kilka lat później Oskarem Tanga Rybczyńskiego. Dowiedz się więcej »85- letni Ryszard Ronczewski – Za zakrętem…?

Gruzjo, powiedz swym synom….

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień siódmy. Co ma wspólnego dumny niepokorny gruziński Duch i Honor z chicagowską mafią czasów prohibicji? Absolutnie perfekcyjny „Juliusz Cezar” w reżyserii Roberta Sturui, przywieziony do Gdańska przez Shota Rustaveli Dramatic Theatre w relacji krytyka osłupiałego z zachwytu.

Najpierw, gdzieś koło początku czerwca było nazwisko: Robert Sturua. Potem wahanie: „Wieczór Trzech Króli” czy „Juliusz Cezar”? Po skwapliwej kwerendzie zaryzykowałam ten drugi tytuł, strzelając w sam środek tarczy. Zaczęłam cieszyć się na spotkanie z pomysłem, wizją, nieznaną mi wrażliwością i odbiorem sztuki. Wtedy dotarło do mnie, jakiej skali i klasy wyzwanie mnie czeka…!

Na swoje nieszczęście każdy z moich wyczekiwanych spektakli ma zwykle klucz, sub-sens, podtekst; wrodzonym talentem zawsze muszę „szukać dziury w całym”, czyli czytać pomiędzy wierszami. Potem do czasu wejścia na widownię stresować się, czy wszystkie klucze pasują do moich intelektualnych zamków.

Dowiedz się więcej »Gruzjo, powiedz swym synom….

Skupić się na sensach, znaczeniach, emocjach, zagrać wyobraźnią….

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień piąty. O „Hamlecie” z londyńskiego The Flute Theatre przywiezionym, terapeutyczno – psychologicznym, wedle metody twórczej Kelly Hunter zrealizowanym, opowiada Anna Rzepa Wertmann:

Potrafię czekać na inscenizacje naprawdę długo, cierpliwie i żarliwie. Jednak bywa tak, że czekam, szukam, cieszę się i… Znajduję: permanentny brak szacunku dla widza, wrzask, krzyk, pisk sceniczny, „granie na scenografię” (przecież wanna na scenie winna być mniej ważna od Widza – to dla Niego się gra, on winien być głównym adresatem i weryfikatorem tego, co widzi i odbiera ze sceny!), fatalną dykcję (o intonacji nie wspomnę przez resztki taktu i szacunku!). Wtedy, w moim wypadku, jest tylko jedno wyjście: kciuk w dół i do wyjścia z widowni. Nie oznacza to jednak, że znika niesmak i wściekłość, mija rozczarowanie; zaraz, za chwilę doznania spotęgują się jeszcze bardziej „in minus”! Trzeba wtedy znaleźć się jak najszybciej tam, gdzie jeszcze wiedzą jak grać, mają szacunek do widza i odbiorcy, zależy im na wzajemnej chemii pomiędzy sceną a widownią. Ten lek zawsze skutkuje, choć bywa coraz trudniejszy do znalezienia i właściwego zastosowania. We wtorek miałam to szczęście: jeden wyczekiwany spektakl niwelował „kaca teatralnego” po drugiej koszmarnej pomyłce…

Dowiedz się więcej »Skupić się na sensach, znaczeniach, emocjach, zagrać wyobraźnią….

Jaki EFEKT?

O spektaklu EFEKT w Teatrze Studio w magazynie „Manager Apteki” (2015, nr 3) pisze Tomasz Miłkowski:

Tego nie wiadomo. Gdyby było wiadomo, niepotrzebny byłby eksperyment. Tak więc dwoje wolontariuszy przez miesiąc, pod opieką lekarzy, ma zażywać antydepresanty, aby w ten eksperymentalny sposób potwierdzić ich oddziaływanie. W zasadzie są zdrowi, choć kto to wie na pewno, tak więc zażywane leki mogą wywołać niepożądane efekty. Ich nastrój może ulec gwałtownemu pogorszeniu albo przeciwnie: tak się poprawi, że będą zachowywać się euforycznie, nadaktywnie, nieprzewidywalnie. Wszystko, a ostrożniej: prawie wszystko, ma wyjaśnić badanie. Choć z pozoru bezpieczne, zawiera jednak element ryzyka. Doświadczyła tego na własnej skórze autorka sztuki Efekt, wystawianej właśnie w warszawskim Teatrze Studio (w reżyserii Agnieszki Glińskiej), Lucy Prebble. Aby zgłębić temat, zgłosiła się jako wolontariuszka, która w warunkach izolacji szpitalnej miała testować nowy lek. Wytrzymała tylko kilka dni. Sama izolacja szpitalna okazała się dla niej nie do zniesienia.

Dowiedz się więcej »Jaki EFEKT?

Hamlisiu, czy Ty w ogóle wierzysz w jakąkolwiek miłość…?

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień trzeci. Niezwykłym „Hamletem” Martina Tuliniusa (wodewilowo-kabaretowo-skandynawsko-brytyjskim), wypatrzonym na scenie kopenhaskiego Republique Theater szczerze zachwyca się Anna Rzepa Wertmann.

Lekki krok (kołyszący, gibający się, żywcem jak z filmów Macka Sennetta!), opadające staromodne gabardynowe spodnie na szelkach, surdut nieco już przetarty i wyświechtany, włoska fisharmonia w rękach (czasem bandoneon), na głowie szacowny melonik, nieodłączna charakteryzacja clowna (rodem z berlińskiego klubu czasów międzywojnia, przy tym troszeńkę jak z „It” Stephena Kinga): poznał ktoś, kto zacz? Martyn Jacques we własnej osobie. Od blisko ćwierć wieku jako leader i frontman The Tiger Lillies zachwyca falsetem, szokuje tekstami, zadziwia formą. Nieokreślający nigdy granic swojej wyobraźni, nieobliczalny na koncertach, nieznośnie perfekcyjny i dokładny, po trosze nieodgadniony.i Świat, który kreuje w swych songach jest brudny, przyziemny, unurzany w złu, kłamstwie i oszustwie, bagnie zdrady i dwulicowości. Uczucia, jeśli są pozytywne, tracą swą biel i szybciutko zderzane są z prozą życia i brukiem codzienności, uszlajanym ekskrementami i wymiocinami.

Dowiedz się więcej »Hamlisiu, czy Ty w ogóle wierzysz w jakąkolwiek miłość…?

Dyptyku krakowskiego część druga. O starości, roztropności w sądach i życiowej rozwadze.

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień drugi. Nowe spojrzenie Pawła Miśkiewicza na „Króla Leara” z wątkiem Godot owym i cytatami, czyli „Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?”, kontestuje i komentuje Anna Rzepa Wertmann:

Przyznam się otwarcie: mam z tym spektaklem kłopot, i to duży. Bardziej byłam ciekawa podejścia Jerzego Treli do słów i emocji Leara, przefiltrowanych przez doświadczenie życiowe, pamięć sceny, własny bagaż przeżyć. Twórczości Pawła Miśkiewicza zupełnie nie znałam, czekałam na sam spektakl, wizję inscenizacyjną, pomysł na władcę, który odchodzi, nie wiedząc, jaki los sobie szykuje. Wiedziałam, że chcę zobaczyć, absolutnie nie zdając sobie sprawy na skok z jak wysokich blank mam się szykować… Takie teatralne wyzwania tygrysy kochają najbardziej. Gdy postawione przed faktem dokonanym, muszą sobie radzić swoim intelektem, ostrością spojrzenia, przenikliwością i perfekcjonizmem, analizować, rozważać, czytać kontekst „pomiędzy słowami”.

Dowiedz się więcej »Dyptyku krakowskiego część druga. O starości, roztropności w sądach i życiowej rozwadze.

Łatwo i przyjemnie?

Po powrocie z festiwalu TEATR W REMIZIE w Helu pisze Tomasz Miłkowski:

Czy zawsze musi być łatwo i przyjemnie? Literaturę i sztukę mam na myśli. Dziennikarstwo też. Od ćwierć wieku mam na chlebie, że czytelnik tego nie zrozumie, widz nie pojmie, słuchacz odrzuci. Trzeba więc prościej, łatwiej, żeby trafić do odbiorcy.

Na pierwszy rzut okaz myśl przednia. Kto by nie chciał porozumiewać się z odbiorcą, zasłużyć na posłuch i poklask? A jednak to, wydawałoby się, niewinne hasło mości drogę zwycięskiemu marszowi prawa Kopernika: zły pieniądz wypycha dobry, kiepski towar – lepszy, mierna sztuka – sztukę wysoką. Toteż półki księgarskie zalewa wszelkiej maści tandeta, a literatura wyższa kryje się po kątach, zepchnięta do rezerwatu dla wykształciuchów.

Dowiedz się więcej »Łatwo i przyjemnie?

Dyptyku krakowskiego część pierwsza. O sile życia i niemocy zapanowania nad nim.

XIX Festiwal Szekspirowski, dzień pierwszy. O spektaklu otwarcia, czyli „Wielkim Johnie Barrymore” Williama Luce w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, przywiezionym na gdańską scenę przez krakowski Teatr STU, pisze Anna Rzepa Wertmann.

Bywają teksty równie zwodnicze co śpiew syren wiodących na manowce Odysowych Wędrowców. Pozornie łatwe, proste, niezawodne; dwóch aktorów, fotel tronowy, skrzynia, kosz czerwonych jabłek, wieszak z dyndającą szesnastowieczną szpadą. Pułapka kryje się nie tyle w słowach, ile w tym, co w nie wkodowano. Emocjach, uczuciach, przyjaźni i nienawiści, empatii i egotyzmie, strachu i wsparciu. Witajcie w świecie Williama Luce; tu nader kocha się widza, dla którego tekst, który słyszy i widzi na scenie, to punkt wyjścia do intelektualnego pojedynku z autorem na cytaty, odniesienia, ślady. Oryginalny tekst „Barrymore” powstał dla kanadyjskiego Stratford Theatre Festival w roku 1996i: tam też miał swoją prapremierę w reżyserii Gene Saksa. Tytułowym odtwórcą miał być (już na etapie tworzenia) Christopher Plummer, partnerował mu zaś Michael Mastro.

Mimo trzech odsłon na scenach światowych (Broadway, Sydney i Dublin)ii oraz adaptacji filmowej iii, polskiej inscenizacji podjął się dopiero Krzysztof Jasiński, dyrektor krakowskiego Teatru STU. Karkołomnego zadania spolszczenia tekstu Luce, przy tym zachowaniu swoistego szalonego rytmu, przy całej jego tragi-komiczności przeplecionej melancholią i podskórnym strachem (zlanej obficie Jackiem D., najlepszym kamerzystą świata!) podjęła się Elżbieta Woźniak; w tłumaczeniu sztuka nosi tytuł „Wielki John Barrymore”. Pisząc te słowa wiem, że warto było czekać od połowy czerwca. Wtórym atutem prócz tekstu jest polska obsada. Szczerze mówiąc Jerzy Trela i Aleksander Fabisiak są duetem, który się pamięta, wspomina i do którego się wraca… Parafrazując Fisza (czyli starszego z synów Waglewskich!): po prostu Mistrzowie Starej Szkoły!

Dowiedz się więcej »Dyptyku krakowskiego część pierwsza. O sile życia i niemocy zapanowania nad nim.

Z fotela Maciejewskiego: EWELINA MARCINAK O SZCZELINACH

Spektakle Eweliny Marciniak tym również wyróżniają się na tle pozostałych nowych nazwisk w polskim teatrze, że nie wstydzą się być atrakcyjne. „Portret damy” w Teatrze Wybrzeże według Henry’ego Jamesa uwodzi i zwodzi na manowce. Spektakl ogląda się wspaniale jako widowisko samo w sobie, ale Marciniak, razem z dramaturżką, Magdą Kupryjanowicz, pokazują, że przesłanie Jamesa jest wciąż niebezpiecznie aktualne. Isabel Archer (wspaniała rola Katarzyny Dałek) to nasza matka, siostra, przyjaciółka. Ojciec, brat, przyjaciel. Wolność, również wolność w uczuciach, dyskredytowana sprytem lub konwenansem przynależy do podstawowych cnót człowieka. Zbyt rzadko z nich korzystamy – ze strachu, hipokryzji, bardzo często także z zakłamania.

Dowiedz się więcej »Z fotela Maciejewskiego: EWELINA MARCINAK O SZCZELINACH

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.