Gdy pociąg, którym z Milanówka dojeżdżałem na studia, zbliżał się do Warszawy, na szarym murze oddzielającym torowisko od pobliskich ulic pojawiało się coraz więcej reklam. Najbardziej zapamiętałem jedną: Pranie szybkie i oszczędne daje tylko mydło Jędrne, oczywiście ze znakiem żubra. Dziś ze znakiem żubra jest mój bank, a nie moje mydło. Kiedy dojeżdżamy do Aten, na murze odgradzającym autostradę od pól i domów pojawia się coraz więcej nasprejowanych haseł, znaków i totemów. Oczywiście w zasadzie niczego nie rozumiem, z wyjątkiem nazwy klubu Panathinaikos i hasła Free Palestine i Fuck Trump. Klub jest napisany alfabetem greckim, który kiedyś, razem z rosyjską cyrylicą (właściwie głagolicą, ale fuck it) w szkole nazywaliśmy krzesełkami.
Pojęcie demokracji jest w Grecji znacznie starsze niż pojęcie narodu, a nacjonalizm grecki zrodziła dopiero okupacja turecka. Na przełomie XVIII i XIX w. wartości nabrały takie pojęcia, jak język helleński, literatura i sztuka grecka, lokalna waluta – drachma, religia – ortodoksyjne prawosławie i grecki alfabet. Długo, długo potem doszła muzyka Mikisa Theodorakisa, Grek Zorba Nikosa Kazantzakisa i premier Mitsodakis (syn premiera Mitsodakisa), który ma żonę o polskim pochodzeniu.
Kiedy byłem w Grecji pierwszy raz ponad ćwierć wieku temu, mało kto tam mówił po angielsku, dwujęzyczne informacje były tylko w Atenach, kierowcy i pilot naszej wycieczki nie znali krzesełek – tak że gdyby nie my, paru intelektualistów z dawnymi maturami ogólnokształcącymi, nigdzie byśmy nie trafili. Dziś prawie wszystkie informacje są dwujęzyczne, po grecku i po angielsku, hotele i większe sklepy mają nazwy i drogowskazy tylko w alfabecie łacińskim. Mniejsze firmy reklamują się w alfabecie greckim, ale prawie zawsze podają też link do strony internetowej; link jest w alfabecie łacińskim.
Drachma pojawiła się tu w obrocie jakieś 600 lat p.n.e. Wcześniej chyba rozliczano się w obolach. W VII w. obol dosłownie oznaczał pręt, sześć oboli mieściło się w garści. A garść po grecku to właśnie drachma.
I w drachmach płaciłem w Grecji jeszcze w maju 2000 r. A w dwa lata później Grecy z poczucia patriotyzmu po prawie trzech tysiącleciach wymienili swoje drachmy na eurosy, po kursie 340,75 drachm za euro. Teraz patriotycznie narzekają, że w drachmach zarabiali więcej. No, fakt. Tak jak Niemcy więcej zarabiali w markach, Francuzi we frankach, a Słowacy w korunkach.
A krzesełka piszą coraz mniejszymi literami. Bo każdy Grek choć trochę zna łaciński alfabet, a grecki znają tylko Grecy, fizycy i filolodzy. Głównie klasyczni zresztą.
Prawdę powiedziawszy, zupełnie nie wiem jak to się stało, że ludzie zaczęli pisać różnymi alfabetami. Ewolucję języków potrafię jeszcze pojąć, bo to jest dość biologiczne: jak żeśmy się z tej Afryki rozeszli w różne strony, to pewno nie umieliśmy jeszcze mówić, a już na pewno nie było jakiegoś języka, w znaczeniu komunikacji. No i jak już do tego dojrzeliśmy, to każda większa grupa wymyśliła coś innego. A jak dzieliliśmy się potem coraz bardziej i szliśmy coraz dalej – to zachowując może wspólne korzenie językowe, dorabialiśmy różnice.
Ale pismo? Ta proteza ludzkiej pamięci pojawiła się przecież stosunkowo późno – bo długo się bez niej obywaliśmy. Ba! Niektórzy ludzie świetnie się bez pisma obywali niemal do czasów współczesnych, niektórzy i dziś go nie potrzebują. Język suahili, którym mówi ćwierć Afryki, zaczęto zapisywać alfabetem arabskim w początkach XVIII wieku, ale się – może na szczęście – niezbyt przyjął i system pisma, z użyciem alfabetu łacińskiego wprowadzili chrześcijańscy misjonarze i europejscy kolonizatorzy w połowie XIX w., a standard pisanego języka suahili powstał w 1930 r. Ale tak naprawdę, pismo do życia i komunikacji potrzebne wcale nie jest: szacuje się, że użytkownicy 40-50 % funkcjonujących dziś na świecie języków (jest ich około 7000) świetnie obywają się bez pisma. I cóż: nie mają własnej literatury, nie mają tradycji, do której można sięgnąć w bibliotece i się jej nauczyć, zresztą bibliotek też nie mają, nie mają w zasadzie historii. Mają legendy, mity i gadki-szmatki, zmieniane i przystosowywane do aktualnych potrzeb w opowieściach przy ognisku. Do dziś takie opowieści zastępujące nowele i różne stories można obejrzeć wieczorami na placu Dżam al-Fna w Marrakeszu, ale tam to się nazywa folklor. U nas, kiedy Sabała opowiadał Sienkiewiczowi bajkę o chłopie i śmierzci, to był folklor, ale kiedy Sienkiewicz to spisał i wydrukował w krakowskim „Czasie”, to się nazywała literatura.
A przedstawiciele tych bezpiśmiennych narodów prawdopodobnie mają smartfony i opluwają się na platformach społecznościowych przy pomocy obrazków lub nagrań audio, które teraz nazywa się podkastami.
Ale dlaczego w Grecji piszemy krzesełkami, a wszędzie dookoła alfabetem łacińskim, który przecież z tychże krzesełek się wywodzi? Grecy alfabet wzięli od Fenicjan, nieco go podrasowali i tymi literami zapisali Iliadę i Odyseję, które prawdopodobnie były pierwszymi utworami literatury pisanej. Grecki alfabet przyjęli jako pierwsi Etruskowie, mieszkający w północnych rejonach Italii, nieco go zmienili i zaadaptowali do swojego języka. A od nich wzięli litery Rzymianie, którzy mieli inny sposób pisania, inne materiały pisarskie i w ogóle inny rodzaj, że się tak wyrażę, artykulacji pisma. Drobne korekty kształtu (W > O, P > P, P > R, S > S itd.) zapoczątkowały niejako rozwód tych dwojga członków tej samej rodziny.
Czy jednak teraz na naszych oczach nie dzieje się proces odwrotny? Czy dywergencja językowa, z którą przez tysiąclecia mieliśmy do czynienia nie zmieni się z czasem w konwergencję, łączenie i upodabnianie, wymuszane przez coraz częstsze i coraz potrzebniejsze kontakty międzyludzkie? Byleby nie poszło to w kierunku tworzenia takiego pidżynu, w którym główna baza słów pochodzi z języka silniejszego ekonomicznie (np. angielskiego), a wymowa i struktura z języka lokalnego. Z czasem pidżyn staje się osobnym językiem, choć jest hybrydą angielsko-lokalną. Jak np. język Tok Pisin w Papui-Nowej Gwinei.
Obserwujemy to i w Polsce, gdzie w niektórych środowiskach utworzył się pidżyn, nazywany często językiem młodzieżowym, albo korpomową. Oto dwa przykłady, biorę z sieci:
Korpo:
Musimy keszować ten projekt na asapie, bo klient nam zrobi fofaj. Zróbmy brif przed mitingiem i sczelendżujmy ich pomysł, zanim zrobimy deploj.
Szkoła:
Ale krindż, ten nowy nauczyciel próbuje być rel, a wyszedł totalny delulu. Odkleił się i dostał odklejkę, a klasa ma z niego teksa.
Tłumaczcie sobie sami.
Ale mówiliśmy o alfabecie greckim. Do niedawna uważałem, że jego utrzymywanie się we współczesnym konwergentnym świecie jest wynikiem silnego związku z tradycją, zachowywaniem odrębności, wręcz przejawem patriotyzmu – i zapewne kiedyś tak było, gdy język, pismo i religia pomogły ocalić greckość w czasach wielowiekowej niewoli tureckiej. Ale szybkie i bezkonfliktowe odejście od drachmy na rzecz euro każe spojrzeć na to nieco inaczej. Wzmianka o Turcji powoduje, że warto przypomnieć i to, że ten wielki w końcu i także przywiązany do tradycji naród porzucił alfabet arabski i w kilka miesięcy przeszedł na prawie-łacińskie pismo ustawą wymuszoną przez pierwszego prezydenta republiki – Mustafę Kemala Atatürka. I od stycznia 1929 r. Turcy piszą tak, jak Europa. No, większość Europy. Bo przecież cyrylicą piszą Rosja, Ukraina, Białoruś, Bułgaria, Serbia, Macedonia Północna, Czarnogóra oraz część Bośni i Hercegowiny. Alfabetu greckiego używają Grecja i Cypr. Czy to się jakoś zunifikuje?
Nieprędko, choć idzie w tym kierunku. Zapewne długi czas jeszcze będą tam obowiązywać dwa alfabety.
W Polsce to o tyle nieistotne, że 20 % młodzieży nie umie czytać ze zrozumieniem (co jest i tak świetnym wynikiem w Unii), 40 % magistrów cierpi na analfabetyzm funkcjonalny, a 35 % Polaków nie ma w domu ani jednej książki, nawet książeczki do nabożeństwa. Książeczki czekowe też zanikły, a o książeczkach oszczędnościowych nikt już nie pamięta.
Ευχαριστώ για την ανάγνωση. C U next week.
Maciej Pinkwart
15 października 2026
