Dwa paryskie adresy
Przed premierą spektaklu „Kofman. Podwójne wiązanie” w Nowym Teatrze niewiele osób w Polsce – poza specjalistami – słyszało o istnieniu bohaterki przedstawienia Katarzyny Kalwat. Sara Kofman (1934-1994), francuska filozofka, której rodzice wywodzili się z Polski, profesorka Sorbony, autorka 25 książek, pozostawała w cieniu swoich sławnych kolegów. Dopiero po premierze spektaklu ukazała się nad Wisłą jej autobiograficzna książka „Ulica Ordener, ulica Labat” – te dwa adresy to jej okupacyjny paryski adres, który dzieliła ze swoją matką, a drugi to adres mieszkania, gdzie miała dorastać jako aryjska dziewczynka. Oba adresy wymijała szerokim łukiem po wojnie.
Książka autobiograficzna stała się inspiracją scenariusza przedstawienia. Wkrótce potem opublikowano monografię Karoline Feyertag „Sarah Kofman. Filozofia jako auto/biografia”. Dziś nie ma już wątpliwości, że dzieło i życie filozofki, a także jej samobójcza śmierć zaraz po ukazaniu się wspomnianej autobiografii, odsłaniają jeszcze jedną, nie dostrzeganą wcześniej perspektywę tragedii Holocaustu.
Cała rodzina Sary Kofman, która pozostała w Polsce zginęła w warszawskim getcie. Jej ojciec, Berek Kofman, rabin małej synagogi polskich Żydów w Paryżu, został zamknięty w obozie przejściowym w Drancy (lipiec 1942) a następnie wywieziony do Auschwitz i tam zamordowany. Pół roku później ona sama z matka, zagrożona łapanką gestapo, znalazła schronienie u Claire Chemitre, znanej im wcześniej tylko z widzenia kobiety z sąsiedztwa. Wdowa otoczyła ich opieką, a ośmioletnią Sarę przyuczała do bycia chrześcijanką pod imieniem Suzanne.
W swoich licznych książkach i artykułach Sara Kofman nie wspominała o doświadczeniach czasu Zagłady, jakby je wymazała z pamięci, Mogło się wydawać, że w ogóle jej nie dotyczyły. Raz tylko napisała krótkie wspomnienie poświęcone ojcu. Dopiero pół wieku później, we wspomnianej książeczce autobiograficznej wróciła do swoich przeżyć wojennych, kiedy rozdarta między władczą, ortodoksyjnie myślącą żydowską matką a ambitnie zmieniającą jej życie chrześcijanką, przeżywała katusze zdrady, konwersji, zmiany osobowości i odrzucenia dotychczasowych zasad postępowania. Po latach okazało się, że te przeżycia położyły się głębokim cieniem na wszystkim, co robiła i czego doznawała. Całami latami korzystała z pomocy terapeutów i opieki psychologicznej. Okazało się, że lata rozdarcia osobowości pozostawiły rany.
O tym właśnie jest ten spektakl, choć także o tym, jak trudno było (jest?) kobiecie filozofce konkurować z mężczyznami, nawykowo traktującymi kobiety jako filozoficznie osoby podporządkowane. W przedstawieniu Katarzyny Kalwat historię wewnętrznych sporów o biografię i tożsamość opowiada Maja Ostaszewska, wprowadzająca widzów w tematykę spektaklu, a potem wcielająca się w postać filozofki. Partnerują jej Maria Maj (Matka) i Małgorzata Hajewska-Krzysztofik (Opiekunka) i Jacek Poniedziałek, grający wszystkie postacie męskie (ojciec, profesor, kochanek wdowy, kolega filozof, sędzia). Wszystko to koncertowo narysowane role i konflikty między nimi. Maja Ostaszewska odsłania psychiczne koszty przemiany z Żydówki (którą przestała być) w katoliczkę (którą nigdy nie została), jej organizm odrzuca niekoszerne jedzenie, przechodzi katusze zmiany diety, wstrząsają nią torsje, ale i rozkosze porzucenia języka, nauka manier i bliskości z przybraną matką.
Kilka wyrazistych scen tresury dziewczynki, która przechodzi przyspieszony kurs wychowania panienki z dobrego chrześcijańskiego domu, sprawia silne wrażenie. Zwłaszcza scena nauki wymowy francuskiej koncertowo poprowadzona przez Małgorzatę Hajewską-Krzysztofik – chrześcijańska opiekunka wymusza na swej podopiecznej posłuszeństwo i postępy w nauce, a Sara-Suzanne poddaje się jej zimnej tresurze z determinacją. Na przeciwnym biegunie lirycznego ciepła sytuuje się scena intymnej bliskości, czułego dotyku podczas wspólnej nocy spędzonej przez opiekunkę i dziewczynę w pokoju hotelowym. Wdowa tęskni do nigdy nie narodzonej córki.
Inaczej układają się relacje Sary z matką, rozpięte miedzy miłością i nienawiścią. Matka Marii Maj wymagająca, karząca jak starotestamentowy bóg, ostoja nienaruszalnych zasad, słowem, wrzaskiem i fizyczną przemocą egzekwuje swoje prawa matki i nadzorczyni. Surowa matka budzi lęk córki, niechęć, ale matka pozostaje matką dla dziecka – zdrada matki staje się przeżyciem traumatycznym.
W tym trwającym latami podwójnym wiązaniu mniej ważną rolę grają mężczyźni, Jacek Poniedziałek celowo odsuwa się na drugi plan, choć jako ojciec zajmuje postawę, która pozostaje dla bohaterki wzorem właściwego wyboru, Aby chronić żonę i córkę sam zgłasza się do prześladowców. Będzie o nim Sara pamiętać cale życie, o czym świadczą przytoczone przez twórców spektaklu słowa z jej autobiograficznej książki:
„Zostało mi po nim tylko pióro. Pewnego dnia wyjęłam je z torby matki, w której trzymała je z innymi pamiątkami po ojcu. Pióro, jakiego już się nie produkuje i które trzeba było napełniać atramentem. Używałam go przez całą szkołę. «Opuściło» mnie, zanim zdecydowałam się z nim rozstać. Mam je do dziś, sklejone taśmą, leży przede mną na biurku i zmusza mnie do pisania, pisania. Być może moje liczne książki były krętymi drogami, prowadzącymi właśnie do «tej» opowieści”.
Opowieści, która stała się ostatnim przystankiem jej pracowitego życia.
Tomasz Miłkowski
KOFMAN. PODWÓJNE WIĄZANIE, reżyseria Katarzyna Kalwat, tekst Janusz Margalski, Monika Muskała, sceniczne opracowanie tekstu Monika Muskała, scenografia Zbigniew Libera. Muzyka Wojtek Blachacz, światło Marcin Koszałka, Nowy Teatr, premiera 10 kwietnia 2025.
PS. Spektakl obejrzałem ponad rok po premierze, 5 września 2026 – w obsadzie zamiast Ewy Dałkowskiej, która grała Matkę, znalazła się Maria Maj. Ważnym akcentem przedstawienia była dedykacja adresowana do Ewy, wiele lata związanej z Nowym Teatrem. To wart podkreślenia gest teatru.
