Tak pytała, kiedy ktoś podchodził do niej po koncercie z podziękowaniem. I patrzyła prosto w oczy z lekkim niepokojem. Pisze Tomasz Miłkowski w „Przeglądzie”.
– Podobało – odpowiadałem.
– To dobrze – przyjmowała odpowiedź z łagodnym uśmiechem.
Chciała wiedzieć, czy jej śpiewanie dotarło do widzów.
Ostatnimi laty bowiem głównie śpiewała. Jeździła po Polsce z koncertami i piosenkami opowiadała o swoim życiu, o porachunkach z samą sobą, o poszukiwaniu przystani, o porozumieniu. Stanisława Celińska siała dobre uczucia.
Sukces z problemami
Weszła do zawodu po studiach prosto na szczyt. Równocześnie zadebiutowała u Wajdy w filmie „Krajobraz po bitwie” rolą Żydówki Niny (1970) i w Teatrze Współczesnym Erwina Axera(1917-2012), reżyser teatralny, wieloletni dyrektor (a uprz... More. U mistrzów. I od razu odniosła sukces. We Współczesnym zadebiutowała jeszcze przed dyplomem rolą Anieli w komedii Aleksandra Fredry „Wielki człowiek do małych interesów” w reżyserii Jerzego Kreczmara (1968). Jako Nina w filmie Wajdy zachwyciła krytyków i kinomanów nie tylko urodą, ale także dlatego, że nie była to rola jednoznaczna, łączyła pozorną oschłość ze skrywanym ciepłem. To swoiste przełamanie ostrości i miękkości charakteru miało się stać znakiem rozpoznawczym Stanisławy Celińskiej: oto kobieta mocna jak stal, ale słaba i wymagająca opieki. Oto ktoś jak mama, która otoczy nas ramieniem w potrzebie, mocna, wyrozumiała, cierpliwa, ale przecież słaba jak liść na wietrze.
W kinie potwierdziła swoją klasę takimi rolami jak Agnieszka Niechcic w „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka (1975) czy Zosia w „Pannach z Wilka” Andrzeja Wajdy (1979). Kiedy po latach Wajda zobaczył Celińską w „Oczyszczonych” Krzysztofa Warlikowskiego na scenie Teatru Rozmaitości, napisał do niej: „Z taką samą żarliwością walczyłaś kiedyś o Ninę, jak teraz walczysz o tę kobietę z peep-show”.
W Teatrze Współczesnym miała spędzić, z przerwami, 13 lat. Odchodziła i wracała, szukając dla siebie miejsca. Na początku „grzała ławę”, grała epizody – w teatrze obowiązywała hierarchia, ale kiedy dostała rolę panny Plejtus w „Matce” Witkacego w reżyserii Erwina Axera, było już wiadomo, że pojawił się niepospolity talent, ktoś obdarzony świadomością, po co jest na scenie.
To, że zostanie artystką, było niemal genetycznie przesądzone. Wychowywała się w rodzinie muzyków, jej ojciec był pianistą, mama skrzypaczką. Nie chcieli, żeby poszła w ich ślady, ale to najlepszy sposób, żeby dzieci właśnie chciały. Dlatego pewnie chciała. Razem z Andrzejem Sewerynem, jej sympatią z czasów szkolnych, zapisali się na zajęcia teatralne. Potem zdali do szkoły teatralnej i zostali aktorami. Seweryn zatrzymał się w teatrze (i filmie) na zawsze, losy Celińskiej potoczyły się nieco inaczej, choć wyuczonego fachu nigdy nie porzuciła.
„Mając siedem lat – mówiła, gdy trzy lata temu odbierała Nagrodę im. Ireny Solskiej, przyznaną jej za wybitne osiągnięcia aktorskie przez Klub Krytyki Teatralnej SDRP – zagrałam w jasełkach Anioła i Heroda. W tej amplitudzie postaci poruszam się od lat. Ostatnio bliższa mi jest postawa Anioła, choć do niego jeszcze mi daleko. Cóż, eksperymentowałam, zmieniałam teatry w poszukiwaniu… no właśnie, czego? Być może wielu aktorów wybiera ten zawód, bo nie lubi siebie i chce być kimś innym. Ja też siebie nie lubiłam, miałam kompleksy, a jednocześnie pragnęłam być choć przez chwilę w pięknym, wyimaginowanym świecie, gdzie wszystko jest zaplanowane, każdy kolejny krok, a ja nad wszystkim czuwam. Życie jest trudniejsze niż scena, jest jedną wielką niewiadomą. Przechodząc przez wszystkie role, zmagając się z nimi, z ich prawdą, poznałam siebie i… w końcu polubiłam. Cel został osiągnięty”.
Bez taryfy ulgowej
Nigdy nie ukrywała, że miała problemy z alkoholem. Nie wytrzymała siły sukcesu na samym początku kariery, kiedy do filmowych i teatralnych doszły jeszcze zachwyty nad jej talentem wokalnym, który objawił się na festiwalu w Opolu. O swojej chorobie alkoholowej mówiła z pełną otwartością w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim: „Poleciałam do Cannes, rywalizowałam z Monicą Vitti. Dostawałam telefony, listy, faceci szaleli. Wspaniałe recenzje, nagrody. I nagle wszystko pękło, kiedy zaczęłam pić. Byłam alkoholiczką. Bo nazywajmy rzeczy po imieniu. Piłam, nawet chlałam, staczałam się, zawalałam nagrania, próby, zaniedbywałam dzieci. Nie uniosłam wczesnego sukcesu. To wszystko było. A kiedy pozbierałam się, bo porażka sił dodaje, to pomyślałam, że tego nie mogę zostawić tylko dla siebie. Muszę przestrzec innych i jednocześnie powiedzieć wszystkim, którzy mają jakiekolwiek nałogi: z nałogu można wyjść. A poza tym jeśli ktoś opowiada o złu, jakie w nim, jest to od razu myślimy: «Aha, czyli nie tylko ja mam problemy». Ta moja «spowiedź» też zdziera ze mnie mit delikatnej, dobrej Stasi, którą widzowie mogli zapamiętać z niektórych moich ról delikatnych, szlachetnych panienek, jak w filmie «Panny z Wilka» czy «Noce i dnie»”.
Celińska krążyła między teatrami warszawskimi, aby nieoczekiwanie znaleźć ryzykowną przystań w teatrze Krzysztofa Warlikowskiego. Początkowo to jeszcze nie był jego teatr w dosłownym znaczeniu, tylko spektakle realizowane w Teatrze Rozmaitości, w których nieoczekiwanie pojawiła się Celińska, aktorka wcześniej występująca w repertuarze i w teatrach odwołujących się do innej estetyki. Warlikowski był wówczas reżyserem dopiero wykuwającym sobie prawo do odrębności i odmiennej wypowiedzi. Opowiedzenie się za nim wymagało pewnej odwagi, nawet determinacji.
Po raz pierwszy spotkali się przy realizacji spektaklu „Zachodnie wybrzeże” według Bernarda-Marie Koltesa w Teatrze Studio (1998). Zagrała starą, bezdomną Indiankę. Tę rolę krytyk Piotr Gruszczyński określił mianem arcydzieła. Cecylia w jej wykonaniu, „pozostając nieomal nieruchoma jak sfinks – pisał – swoim potężnym głosem tworzy cały teatr, monumentalny i groźny”. Po Koltesie przyszedł czas na „Hamleta”, wywrotowy spektakl w Teatrze Rozmaitości, w którym zakochany Hamlet Jacka Poniedziałka pojawił się goły na scenie, a Celińska jako jego matka Gertruda okazywała erotyczną namiętność, obmacując piersi. Wywoływało to gwałtowne reakcje części widzów, niektórzy/niektóre wołali do Poniedziałka, żeby założył majtki. Celińska jednak wyszła ze swojej roli zwycięsko, udało się jej przekonać widzów, że Gertruda cierpi, pożąda i naprawdę jest wewnętrznie rozdarta.
Stanisława Celińska siała dobre uczucia
Ale prawdziwie obrazoburczym wyzwaniem okazali się „Oczyszczeni” według Sarah Kane, swego rodzaju manifest zrealizowany w międzynarodowej obsadzie przez trzy teatry: Współczesny we Wrocławiu, Rozmaitości w Warszawie i Polski w Poznaniu. Warlikowski odważnie wchodził w rejony przez teatr i dramaturgię pomijane albo spychane na daleki margines. Ukazywał piekło ludzi kochających inaczej, mających problemy ze swoją tożsamością seksualną, szukających ratunku w narkotykach i ucieczce od świata realnego. Spektakl zebrał spore cięgi, ale Celińska i tym razem obroniła swoją kreację Kobiety z peep-show, pełnej zawodowej determinacji.
Po tych doświadczeniach, przekonana, że w spektaklach Warlikowskiego naprawdę o coś ważnego chodzi, poszła za nim do tworzonego pod jego kierownictwem Nowego Teatru, gdzie przez kilka sezonów była współautorką kolejnych sukcesów reżysera coraz bardziej docenianego, nawet adorowanego. Warlikowski ją podziwiał i traktował jak prawdziwą gwiazdę. Zagrała jeszcze u niego m.in. w „Burzy” (świetna rola pijaczyny Trinkula), „Krumie”, „Aniołach w Ameryce”, „(A)pollonii”, „Opowieściach afrykańskich”, „Końcu” i w „Kabarecie warszawskim” (2013). Wtedy postanowiła się wycofać.
Nie po raz pierwszy odchodziła w przekonaniu, że coś się już wyczerpało. Wcześniej tak było ze Współczesnym Axera. „Kiedy odchodziłam z Teatru Współczesnego – wspominała – wielki, cudowny Erwin Axer popatrzył na mnie tymi swoimi mądrymi oczami i powiedział: Ty to jesteś taki niespokojny duch.
– A to źle? – zapytałam.
– Nie, to dobrze.
I uśmiechnął się”.
Teraz rozstała się z Nowym, zmęczona tym samym kierunkiem myślenia, uporczywym eksploatowaniem tych samych wątków i przeżywaniem tych samych traum. Pewnie miało to związek z fizycznym obciążeniem, jakie towarzyszyło jej rolom u Warlikowskiego. Kiedy tańczyła salsę, cierpiąc na bóle kręgosłupa i walcząc z otyłością, coraz bardziej odczuwała fizyczny ciężar wielogodzinnych spektakli. Zwłaszcza że nigdy nie pozwalała sobie na zastosowanie w jakimś przedstawieniu taryfy ulgowej. Widzowie nie dowierzali, że kobieta o tak potężnej posturze porusza się po scenie jak motyl, że niemal fruwa. Jednak koszty tych kreacji były coraz większe.
Postanowiła wycofać się z teatru w rejony piosenki, z którą cały czas flirtowała, odnosząc niemałe sukcesy. Zanim ostatecznie zrezygnowała z teatru, zagrała jeszcze na jubileusz w Teatrze na Woli w spektaklu „Grace i Gloria” w reżyserii Bogdana Augustyniaka, o umierającej matce i jej córce – w tej roli partnerowała jej Lucyna Malec. Sztuka nie była wybitna, tchnęła banałem, ale jednocześnie optymizmem, za którym aktorka najwyraźniej tęskniła po mrocznych inscenizacjach Warlikowskiego. „Grace i Glorię” przepełniały ciepło i wiara w miłość. Publiczności to się bardzo podobało, widzieli w tym powrót Celińskiej – opiekunki skrzywdzonych. Grała w tej sztuce przez wiele lat, niemal do końca życia, wciąż miała swoją publiczność.
Nasza Stasia
I chyba ta sztuka nadała kierunek jej poszukiwaniom wokalnym. Wcześniej zasłynęła piosenkami o dość nośnej sile przekazu, w pewnym sensie buntowniczymi, jak pamiętny song „Uśmiechnij się”, który tak naprawdę budził grozę, czy jej monodramy z pieśniami Kochanowskiego albo monumentalna „Księga Hioba”.
Teraz poszukiwała piosenek pocieszycielek, czasem dość banalnych w treści, ale opartych na prostym przestaniu, jednających człowieka z życiem, zachęcających do zachwytu światem. Coraz częściej sama chwytała za pióro. Tak obrany kierunek spotkał się z gorącym przyjęciem publiczności. Wydała kilka albumów, wszystkie uzyskiwały wysoki status platynowej albo złotej płyty. Jeździła z koncertami, znajdując radość w spotkaniach z ludźmi, w rozmowach o zwykłym życiu. Opowiadała o swoich przejściach, ujmowała widzów szczerością.
„Pochodzę z rodziny muzyków – komentowała swój nowy, jak się okazało, ostatni etap twórczości – teraz moje życie wypełnia muzyka: śpiewam, piszę teksty, jestem sobą. Często mówię do ludzi bez czwartej ściany, a czasem ją wirtualnie stawiam, kiedy chcę uzyskać efekt intymności. Gram Grace w sztuce «Grace i Gloria» – bardzo chorą kobietę, ale sztuka nie jest smutna, bo Gloria traktuje śmierć (sama tak mówi) jak część życia. Jest mądra, wierząca w Opatrzność i niosąca Światło. I taki jest teraz mój teatr. Pełen światła i miłości. Myślę, że ludzie teraz tego potrzebują”.
Mówiła, że życie jest trudniejsze niż scena, jest jedną wielką niewiadomą.
Fenomen Stanisławy Celińskiej polegał na czymś więcej niż tylko powszechnym podziwie dla jej precyzyjnego warsztatu, oryginalnej interpretacji czy naturalnej muzyczności. To, że mieliśmy do czynienia z aktorką wybitną, obdarzoną intuicją, rzetelną w swoich poszukiwaniach, odważną i oddaną pracy, to oczywiste. I potwierdzają to jej liczne osiągnięcia w teatrze, telewizji, filmie i na estradzie. Ale Celińska była kimś więcej niż tylko aktorką wyśmienitą. Była przede wszystkim kobietą, której się ufa, u której chętnie w trudnej sytuacji szukałoby się rady i pomocy. To kobieta po przejściach, których nie ukrywa. Kobieta, która, pokonawszy własne słabości, podźwignęła się i zachwyciła swoją sztuką. Nasza Stasia.
[fot. mat. Filmu Polskiego]
