Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

BoyKott (32): Wiedeńskie zamieszki, czyli jak Europa tańczy na wulkanie

W radosnym poczuciu, że na naszym kontynencie zlikwidowano już wszystkie realne problemy, zjednoczona Europa zjechała w tym roku do majestatycznego Wiednia, by po raz siedemdziesiąty oddać się rytualnemu podrygiwaniu w ramach Konkursu Piosenki Eurowizji. Europejska Unia Nadawców (EBU), w swojej niezachwianej, biurokratycznej pysze, po raz kolejny próbowała narzucić nam narrację o apolitycznym święcie braterstwa. Problem w tym, że władza, która chce zarządzać wszystkim, dziwi się, gdy pociągają ją do odpowiedzialności za wszystko. A w tym roku pociągnięto ją nader brutalnie.  
Zacznijmy od tryumfatorki, bo tu objawia się ów cudowny, podświadomy geniusz masowej rozrywki. Wygrała reprezentantka Bułgarii, niejaka panna Dara, z utworem o wdzięcznym tytule „Bangaranga”. Zaserwowała publiczności skoczną, klubową łupankę, podlaną obficie starobułgarskimi motywami ludowymi. Jak głoszą zachwyceni eksperci, miało to nawiązywać do prastarych demonów i rytuałów kukeri. Ale zostawmy demony, spójrzmy na tekst. Zwyciężczyni wykrzykiwała ze sceny prorocze słowa: „Poddaj się oślepiającym światłom. Nikt dziś nie zaśnie. Witaj w zamieszkach”.  
Czyż można o trafniejszą puentę dla tegorocznego konkursu? Zafundowano nam bowiem wiedeńskie zamieszki w pełnej krasie. Podczas gdy Dara śpiewała o zrzucaniu masek perfekcji, z konkursu z hukiem i w atmosferze dyplomatycznego skandalu wycofało się pięć państw – w tym Hiszpania, Irlandia i Holandia – bojkotując udział Izraela. Telewizyjny komitet centralny uważał, że wystarczy odpalić lasery, a nikt nie zauważy, że brakuje połowy zachodniej Europy.  
W tym geopolitycznym kotle znalazło się również miejsce dla naszego rodzimego, nadwiślańskiego piekiełka. Wysłaliśmy do Wiednia pannę Alicję Szemplińską, która z pieśnią „Pray” stanęła na eurowizyjnym ołtarzu. I tu wydarzyła się rzecz w historii naszych startów bezprecedensowa – zachwyciliśmy elity, a lud nas odrzucił. Profesjonalne jury z całej Europy obsypało Polskę gradem punktów (133 oczka, w tym aż cztery maksymalne noty od Niemiec, Belgii, Mołdawii i Austrii). Z kolei w głosowaniu masowym, tak zwanym televotingu, dostaliśmy od europejskiej gawiedzi nędzne 17 punktów, co dało nam ostatecznie 12. miejsce. Kayah skwitowała to krótko: „Trochę szkoda”. I w istocie szkoda, bo choć piosenka była świetnie zaśpiewana, okazała się zbyt poważna jak na festiwal, w którym trzeba zionąć ogniem albo udawać pingwina, by zostać zapamiętanym. Europa oceniła, że mamy świetny głos, ale – mówiąc brutalnie – zapomniała na nas zagłosować. Zresztą, z uroków demokracji najbardziej brutalnie zakpiono przy ocenianiu piosenek Niemiec i Belgii, które od widzów dostały okrągłe, kompromitujące zero.  
Jednakże prawdziwa groteska i kwintesencja „ćwierćinteligenckiej” mentalności  ujawniła się u nas dopiero w noc po finale. Otóż polskie, początkowo ściśle tajne i ściśle profesjonalne jury postanowiło w ramach swoich ocen przyznać maksymalne 12 punktów wzbudzającemu protesty reprezentantowi Izraela. Co robi w takiej sytuacji rozsierdzony polski internauta, któremu nie podoba się ów werdykt? Szuka kozła ofiarnego. A ponieważ nie zna nazwisk jurorów, rzuca się z widłami na tego, kogo widzi na ekranie. Padło na Bogu ducha winną prezenterkę, Olę Budkę, która miała za zadanie jedynie z uśmiechem te punkty na wizji odczytać.  
Furia tłumu była tak wielka, że dziennikarka w środku nocy musiała pisać oświadczenia w mediach społecznościowych, tłumacząc zdesperowanej tłuszczy elementarne zasady telewizji: „Jestem rzeczniczką polskiego jury, a nie jego członkinią. Nie brałam udziału w głosowaniu (…) Nie ma tu miejsca na moje prywatne poglądy”. Kiedyś napisałem, że gdyby dureń zrozumiał, że jest durniem, automatycznie przestałby być durniem. Atakowanie prezenterki za werdykt jury to tak, jakby linczować listonosza za to, że przyniósł nam wysoki rachunek za prąd (dziś więc listonosz to zawód wysokiego ryzyka). To zjawisko pokazuje jednak potworną siłę emocji, jakie wyzwala ten rzekomo „lekki” konkurs rozrywkowy.  
Nic tak nie gorszy jak prawda. A prawda o tegorocznej Eurowizji jest taka, że to już dawno przestał być konkurs muzyczny. To zrytualizowane pole bitwy, gdzie pod pretekstem słuchania rocka z Rumunii (która wylądowała na 3. miejscu)  czy sentymentalnych włoskich ballad (5. miejsce) , załatwiamy swoje polityczne i narodowe frustracje. Zjednoczona Europa bawiła się w tym roku w Wiedniu w takt bułgarskich zamieszek, wykluczając jednych, bojkotując drugich i linczując w internecie niewinnych posłańców. I tylko muzyki, w tym całym ponurym zgiełku, jakoś najmniej żal.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.