Jak opowiedzieć o tym, czego nie wiemy
Od dawna, może czasem na wyrost, uważa się że teatr jest czułym sejsmografem zmian społecznych, politycznych, kulturowych. W warszawskich teatrach na afiszu pojawiło się ostatnio kilka przedstawień, które próbują objaśniać nam świat.
Mowa o dwóch kameralnych spektaklach w Teatrze Narodowym na scenie Studio „Mężczyźni objaśniają mi świat” (reż. Klaudia Gębska) i na malej scenie Teatru Dramatycznego „Jubileusz” (reż. Maciej Jaszczyński) oraz zrealizowanym z wielkim rozmachem przedstawieniu Teatru Studio w koprodukcji ze Starym Teatrem w Krakowie „Requiem dla snu” (reż. Jakub Skrzywanek). W pewnym sensie na kontrze do tych spektakli sytuuje się „Pulverkopf” w Nowy Teatrze, przedstawienie, które nie przypisuje sobie siły objaśniania świta – już z sam tytuł sugeruje, że mamy do czynienia z kimś, kto ma mętlik w głowie, „głowe w proszku”.
O spektaklu w Narodowym zrobiło się głośno, a to za sprawą wewnętrznego sporu w gronie feministek i feministów o to, czy wolno było twórcom spektaklu przypisać Rebecce Solnit autorstwo tego spektaklu (tak stoi na afiszu), a zwłaszcza uczynić z bohaterki, bo postać o imieniu Rebecca to jednocześnie jedna z głównych bohaterek przedstawienia (wyraziście grana przez Aleksandrę Justę), osobę nie w każdym calu sympatyczną, chwilami apodyktyczną i przywodząca na myśl tytułowych mężczyzn, co świat objaśniają. Ten psikus scenarzysty zrobił sporo zamieszania, pozwalając na odrobinę dystansu do feminizmu, który nie musi przecież wyrażać się wyłącznie w postaci nieskazitelnej walki, nieprzejednania i bezwzględnej słuszności.
Wewnętrzna femi-polemika nie rozgrzała jednak do czerwoności widowni, która spektakl dobrze przyjęła, mimo jego widocznych mankamentów i szwów. Uczestniczący w tej polemice nie wzięli pod uwagę, że znakomita część ewentualnych obserwatorów ich sporu, a także widzów spektaklu w ogóle nie miała pojęcia o istnieniu Rebekki Solnit.
Myśl główna scenariusza Klaudii Gębskiej i Mariusza Gołosza, wywiedziona z felietonistyki Solnit znalazła w nim wyraz – idzie o wciąż obecne lekceważenie osiągnięć i kompetencji kobiet, objawiające się niekoniecznie w aktach drapieżnej przemocy (choć o tym też tu mowa), ale w codziennym umniejszaniu i poniżaniu. Mężczyznom przychodzi to z łatwością, mimo lat edukacji i przestróg. Solnit, amerykańska feministka opisała ten mechanizm przed wielu laty. Nie było to jakieś epokowe odkrycie, bo charakterystyczne „co ty tam wiesz”, kierowane do córek, sióstr, żon, matek, a potem koleżanek z pracy było wówczas rozpowszechnione i nadal ma się wcale dobrze. Z tego punktu widzenia skromny spektakl na scenie studyjnej Narodowego ma poważną zasługę edukacyjną. A przy tym wnosi wiew optymizmu – w finale zapowiada się całkiem zwyczajny związek młodej kobiety i młodego mężczyzny, jak by to nie zabrzmiało bajkowo.
Bajkowo, ale raczej rodem z fantasy i political fiction wywodzi się „Jubileusz” spektakl dyplomowy Macieja Jaszczyńskiego na małej scenie Teatru Dramatycznego. Spektakl oparty został na scenariuszu dość przeciętnego filmu Dereka Jarmana o przeniesieniu w czasie królowej Elżbiety I w epokę punk rocka. To rodzaj fantazyjnej inspekcji dokonywanej w towarzystwie Ariela (pożyczonego z Szekspirowskiej „Burzy”). Królowa sprawdza, co się stało z jej dziedzictwem z góry wiadomym wynikiem: świat psieje, kultura karleje, biedny, biedny Albion, ale biedny też Dramatyczny, że chwyta się za ten scenariusz, aby opowiedzieć o kryzysie świata. Wprawdzie akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... More toczy się żwawo, ale wygląda na to, że historia zaplątała się we własne sieci i osiadła na mieliźnie kabaretu. Trudno się zorientować, po co ta cała maskarada.
Inaczej rzecz się ma z adaptacją powieści amerykańskiego pisarza Huberta Selby’ego Jr. w Teatrze Studio, koprodukowaną ze Starym Teatrem. Mowa o „Requiem dla snu”, powieści, która powstała prawie pół wieku temu, a potem doczekała się głośnej ekranizacji Darrena Aronofsky’ego (2000). Powieść tę wziął na warsztat Jakub Skrzywanek i wraz z Janem Czaplińskim próbował wpisać w dzisiejszą, polską rzeczywistość. Film zdobył swego czasu pewną renomę, zwłaszcza dzięki roli Ellen Burstyn nominowanej do Oscara za postać Matki. Kiedy pojawił się na ekranie nawet szokował migotliwą formą i diagnozą wszechobecnego uzależnienia od narkotyków, telewizji, pracy i seksu. To obraz świata chylącego się do upadku, bez cienia szansy na ocalenie.
Skrzywanek zbudował całą machinę do ukazania tego nadciągającego nieodwołalnie upadku: monumentalną dekorację na obrotówce, przypominającą ołtarz ofiarny, który może się kojarzyć się z organami (tytuł Requiem zobowiązuje) albo z futurystyczną, zimną konstrukcją obcego świata.
Wszystko zaczyna się mgławicowo – zza muślinowej kurtyny transmitowane są na ekranach, umieszczonych z boku i nad sceną, sytuacje rozgrywające się w obracającym się prostokącie mieszkania. Tam uwięziona jest Matka bohatera żyjąca marzeniem o występie w telewizji. Z myślą o tym drastycznie odchudza się narkotykami, aby wbić się w czerwoną sukienkę, w której kiedyś oczarowała męża. Spotkanie z synem marnotrawnym wygląda jak w innych opowieściach o potrzaskanych więzach rodzinnych, ale szybko zmienia się pod naporem obsesyjnego entuzjazmu Matki usiłującej dostrzec w swoim dziecku kogoś nadzwyczaj utalentowanego i zaradnego. Anna Radwan w tej roli porywająco odsłania neurotyczny stan bohaterki, balansującej na krawędzi samozniszczenia, do którego zresztą dojdzie.
Jakub Skrzywanek – trochę na siłę próbował zmienić lokalizację akcji, toteż długą sekwencję w spektaklu poświęcił demaskowaniu sposobów zdobywania narkotyków za pośrednictwem internetu we współczesnej Polsce – aktorzy cytują budzące rozbawienie ogłoszenia, dzwonią pod podane numery, składają zamówienia. Publiczność się śmieje, ale ta podejrzana gra trwa za długo i rozbija akcję. Z drugiej strony reżyser nie wykorzystuje magii telewizji – marzenie Matki o występie w show schodzi na plan dalszy i rozmazuje się w masie zbędnych działań.
Potem zalewa nas fala wybujałego seksoholizmu, samotnie uprawianej kompulsywnej masturbacji, beznadziejnego szukania partnerstwa i upadku bohaterów: Matki, Syna i ich otoczenia. Choć nie jest to do końca dopracowany spektakl, ma swoje walory, zwłaszcza aktorskie. Obok wspomnianej kreacji Anny Radwan przejmującą postać straceńca buduje Rob Wasiewicz. Teatr objaśnia nam tu świat na czarno, bez żadnego światełka w tunelu.
Za wiele tego światła nie dostrzeżemy też w „Pulverkopfie” wg powieści Edwarda Pasewicza w reżyserii Katarzyny Kalwat w Nowym Teatrze. Różni się jednak ta adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li... More od wspomnianych spektakli w Narodowym, Studio i Dramatycznym tym, że teatr nie przyjmuje w nim misji pedagoga, ale podąża tropem autora pytającego: „Jak opowiedzieć o tym, czego nie wiemy?”.
Fascynująca powieść Pasewicza wygląda na utwór niemożliwy do przeniesienia na scenę. Jego oniryzm, wieloznaczność, kapryśny tok narracji, niepewność interpretacji zdarzeń, a nawet samych zdarzeń tworzą rodzaj wiru, w który wciąga autor swoich czytelników. Lektura rozpala wyobraźnię, a teatr tę wyobraźnię powściąga, dookreśla kształtami, materializuje. Trudno zachować ten rodzaj obsesyjnego poszukiwania prawdy, jaka jest udziałem głównego bohatera, pisarza próbującego odtworzyć losy niemieckiego awangardowego kompozytora Norberta von Hannenheima, który zmarł w szpitalu dla nerwowo chorych w Międzyrzeczu tuż po wojnie. Rekonstruując jego losy, bohater zagłębia się we własne wspomnienia i przeżycia, w traumy własne i rodzinne. Rusza rzeka wspomnień, lęków, odczuć, niepewnej tożsamości.
Z tego wszystkiego rodzi się arcyciekawy, trudny do jednoznacznego uchwycenia teatr, w którym rolę pisarza gra koncertowo Jacek Poniedziałek, a bohatera jego powieści, niemieckiego kompozytora młody, piekielnie utalentowany aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More Krzysztof Oleksyn. Finałowy monolog Oleksyna wyrzucany z trzewi jakby na jednym oddechu, w szalonym tempie i wewnętrznym uniesieniu obezwładnia – jego spowiedź, dająca wyobrażenie o życiu pełnym klęsk, ucieczek, autodestrukcji i niepewności dokonań, życiu w świecie, w którym narodowy socjalizm miażdży niewygodne jednostki i całe narody, to ostatni szaniec obrony przed zagładą.
Zniszczenie i przemoc, rozpasany, brutalny seks szaleje po scenie historii i teatru. Dochodzi do głosu w obrazach gwałtu, dotkliwie powracających w pamięci Babki (Bogusława Schubert) i Matki (Alona Szostak). Teatr nie podpowiada, co z tym bagażem zrobić, ale zapala lampkę alarmową, ostrzega, nawołuje do uważności i szukania odpowiedzi na własną rękę.
Taki teatr budzi większe zaufanie od teatru-nauczyciela.
Tomasz Miłkowski
[Fot. Natalia Kabanow – na zdj, scena ze spektaklu „Requiem dla snu” w Teatrze Studio]
