Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Kolada, za wcześnie

Nikołaj Kolada, rosyjski dramaturg, autor ponad 80 sztuk, reżyser i dyrektor teatru nie żyje. Miał 69 lat.

Ostatni raz widzieliśmy się bodaj w Belgradzie, podczas jakiegoś festiwalu. Kolada wspominał ciepło festiwal w Teatrze Studio, który w roku 2014 wyprawiła mu w warszawskim Teatrze Studio Agnieszka Ludomira Piotrowska – pokazał na nim sporo swoich spektakli, a także premierę „Rewizora”, którą przygotował z zespołem Teatru – recenzje tego spektaklu przypominam z archiwum „Yoricka”.

Ale najżywiej wspominam monodram Agnieszki Skrzypczak Marzenie Nataszy, który Kolada wyreżyserował w Jaraczu. To właściwie dwa monodramy, grane jednego wieczora – lustrzane, choć kontrastowe odbicia losu dwóch Nataszy, szesnastolatek, które stają bezradne wobec życia. Natasza z bidula, obcesowością i siłą wyrąbująca sobie szacunek, stanowi pełne przeciwieństwo drugiej Nataszy z kamienicy, wydelikaconej niczym Barbie, chowanej pod kloszem przez nadopiekuńczą matkę. Skrzypczak pod opieką Kolady opowiadała o dziewczynach, które doznają miłosnych zawodów tak silnych, że życie ich zamienia się popiół. Łatwo powiedzieć, że to nic nowego, banał. Ale aktorka, nie bojąc się ekspresyjnej charakterystyczności, potrafiła nadać swym bohaterkom rysy tragiczne. Reżyser, znany ze swojej skłonności do teatralnej przesady i barokowej inscenizacji, wszystko postawił na jedną kartę: „Podwójna kreacja Agnieszki – oceniał Nikołaj Kolada – to hymn na cześć teatru”. Sam pisywał takie hymny, by wspomnieć Martwą królewnę, wystawianą swego czasu na Scenie Prezentacje z Natalią a Sikorą w roli tytułowej czy Merylin Mongoł, dramat, który jak burza obszedł kilkanaście polskich teatrów.

Nikołaj Kolada był czułym obserwatorem rosyjskiej prowincji, chętnie w Polsce wystawianym. Rejestrował zmiany (albo ich brak) zachodzące w zachowaniach i wyobrażeniach bohaterów żyjących z dala od wielkomiejskich centrów i nowych powiewów, jakie niesie z sobą cywilizacja. To był (jest?) świat impregnowany na ustrojowe przeobrażenia, w którym tylko dalekim echem odbija się obraz rzeczywistości spoza najbliższego kręgu. Sam trzymał się z dala od polityki, choć nie krył swego potępienia dla nienawiści i przemocy. Nie wypowiadał się o agresji rosyjskiej w Ukrainie, trwając przy teatrze, który prowadził przez lata w Jekaterynburgu, reżyserując także w innych krajach, w Niemczech i w Polsce. Chyba po raz ostatni w Zakopanem, gdzie kilka lat temu dał w Witkacym podziwianą premierę „Wiśniowego sadu”.

Tomasz Miłkowski

Kolada-fest: Rewizor albo Metoda błotna

  • 13 listopada 2014

Najtrudniej zaakceptować błoto, w którym brodzą, tytłają się, obrzucają i dzielą aktorzy niemal od początku spektaklu po finał. Bo błoto to także łup, łapówka, kawałek tortu, coś, co można sobie przywłaszczyć albo za pomocą czego obłaskawić mocniejszego. Dlaczego taka dosłowność? Czy reżyser nie ufał publiczności, która nie ujrzawszy na scenie błota, nie uwierzyłaby, że błoto wciska się wszędzie, że zagraża każdemu, wsysa i już nie opuszcza. Że zagraża także widzom z pierwszego rzędu, którym, uprzejma pani z obsługi teatru rozdaje jednorazowe płaszcze przeciwdeszczowe, które mają chronić widzów przed bryzgami błota.

Kiedy Horodniczy (wielka rola Krzysztofa Stelmaszyka) pod koniec spektaklu nabiera pełną garść błota, które zalewa pół sceny, i przymierza się, aby błotną kulę rzucić w stronę publiczności, nastaje chwila grozy. Horodniczy jednak zmienia zamiar, a błotne ukamienowanie dotknie Dobczyńskiego (Modest Ruciński) i Bobczyńskiego (Łukasz Simlat). Obnażeni i bezbronni, ostatni sprawiedliwi w Sodomie, poniosą karę za korupcyjną katastrofę. Wszak to przez nich, bo przybiegli z wiadomością, że przybył już do miasteczka rewizor, oszuści nad oszustami zostali wystrychnięci na dudka, ośmieszeni i złupieni. I to przez kogo? Jakiegoś nieopierzonego młokosa Chlestakowa (Eryk Kulm), który w mig wykorzystał sytuację z biegłością kutego na cztery nogi łotra. Sceny samosądu próżno u Gogola szukać, ale nieuchronnie wynika z przebiegu scenicznych wypadków – może dlatego Koladzie potrzebne było błoto, aby poniżenie Bobczyńskiego i Dobczyńskiego tak wyraziście pokazać.

Prawdopodobnie można to samo opowiedzieć bez stosowania „metody błotnej”. Wolałbym, aby artyście i widzom wystarczała metafora błota, żeby obrzydliwy brud wyciekał z każdego gestu i zachowania, ale niekoniecznie naocznie, ale nie sposób odmówić reżyserowi konsekwencji w obnażaniu natury świata, skąpanego w błocie. Jak bure ścierki, którymi aktorzy daremnie próbują obmyć nogi, ręce, twarze i odzienia, coraz bardziej wyświnione. Zresztą na koniec, kiedy zniknie ze sceny składowisko reprodukcji sławnych obrazów (m.in. Dama z łasiczką i Chełmoński), pozostanie na szczycie schodów posąg utuczonej, zadowolonej świni. Tylko ona czuje się w tym świecie dobrze.

Mimo ekstremalnie trudnych warunków aktorzy poddali się koncepcji reżysera bez reszty, działając jako zespół przede wszystkim. Wielokrotnie przez scenę przeciągają rytmicznie, nierzadko z towarzyszeniem lirycznej piosenki ludowej Dzyń, dzyń, dzwoneczku małomiasteczkowe damy i tłuki ubrane w kufajki z wiadrami wody i myjkami, taczkami, którymi niczym powozem przewożą Horodniczego. Wszystkie te sceny wymagają dyscypliny wykonania i utrzymania rytmu. Zespół co pewien czas wyłania z siebie solistów, którzy wychodzą na czoło, wszyscy zresztą mają swoiście opracowany sposób istnienia scenicznego, marionetkowy, jarmarczny, drugiego gatunku, ale soczysty. Łukasz Simlat jako Bobczyński kolebie się z nogi na nogę, przypomina rozbujaną huśtawkę, zacina się, kiedy mówi, a Modest Ruciński dla kontrastu kroczy usztywniony, z jasnym, a czasem zatroskanym licem. Dorota Landowska, wiecznie pochylona Żona Horodniczego ze ścierką, którą usiłuje przywrócić odrobinę ładu w zbrukanym świecie prostuje się, kiedy pozuje na damę w tiulowej sukience i delektuje przesadną wymową z francuskim akcentem na ostatniej sylabie. Natalia Rybicka, jako jej córka, tuli i ciągnie za sobą wyświechtaną szmacianą lalę jak rozkapryszone dziecko. Satrapa Horodniczy Krzysztofa Stelmaszyka, przewożony, przenoszony, obsługiwany, na koniec bezwładnie legnie w błocie jak opuszczony przez wszystkich i poniżony władca, znowu przymilny, kiedy z chlebem i solą ruszy na powitanie prawdziwego rewizora. A wybrany spośród 90 kandydatów do roli Chlestakowa Eryk Kulm najpierw nerwowo łypie oczami, niczym zaszczute zwierzę, aby potem upajać się w pijackim furorze swoim nadmuchanym znaczeniem i paść się odwetem niekryjącego pogardy dla otoczenia krwiopijcy.

Tomasz Miłkowski

REWIZOR Nikołaja Gogola, tłum. Agnieszka Lubomira Piotrowska, reż., oprac. muz., koncepcja scenograficzna Nikolaj Kolada, współpraca scenograficzna i światło Justyna Łagowska, choreografia Maćko Prusak, Teatr Studio, premiera 7 listopada 2014

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.