Muszę jeszcze zrobić obiad: BOŻENA DYKIEL
Może ktoś się nie przestraszy, może zechce przeczytać?
A to jest spory rozmiar, przestrzegam.
Kilka lat temu, w towarzystwie „Pana Rysia”, męża, Romana Kirejczyka, Bożena Dykiel powiedziała mi:
„Łukasz, męczą mnie ciągle o wywiad-rzekę. Umawiają się, dzwonią, dziennikarze, wydawnictwa. Ja tego nie chcę, ja tego nie lubię. Wszystko opowiedziałam już tobie, w „Aktorkach”, i chcę żeby twoja opowieść stała się moją wizytówką. Proszę cię o to”.
Usłyszeć takie słowa, to był zaszczyt.
Nie pozostaje mi nic innego, jak podzielić się tym tekstem.
Zresztą, jak widzę, częstują się nim do syta od kilku dni rozmaite media, niestety w większości nie podając źródła.
Machnąć na to ręką.
Bierzcie i jedzcie, częstujcie się.
Daję wszystkim przyzwolenie.
Tak wyglądało życie Bożeny Dykiel…
Esej pochodzi z mojej książki “Aktorki. Portrety” – wydawnictwo “Znak” (2015).
Dobrej lektury.
Łukasz Maciejewski
***
Muszę jeszcze zrobić obiad: BOŻENA DYKIEL
Przyjaźniłem się z Krzysztofem Krauzem. Dzwoniliśmy do siebie codziennie, wszystko sobie opowiadaliśmy. Kiedyś Krzyś powiedział mi: „Wiesz, jakoś tak przypadkowo trafiłem dzisiaj do domu Bożeny Dykiel. Co to za odpoczynek, jaka dobra energia. U niej nic nie jest na pokaz, żadnego wygłupiania się, pozowania na jakąś wyjątkowość. Było mi dziś smutno, a Bożena podała rosół, zaparzyła kawę, rozśmieszyła mnie wiele razy, nie wypytywała, jak wszyscy, o chorobę. Bardzo mnie tym podniosła na duchu, tak po ludzku, tak naturalnie”.
Krzyś – cudo, cudo, cudo. Tyle lat walczył, a wszystko przez złe decyzje lekarzy na samym początku. To najgorsze. Pamiętam spotkanie, o którym pan mówi. Wie pan, to się bierze z powietrza, z wychowania, z charakteru, niczego nie można udawać, bo każda poza będzie wyglądała nienaturalnie. Zachowuję się tak, jak żyję, mówię, co myślę, mam niewyparzoną gębę, nie ma we mnie dyplomacji, czasem moje intencje mogą być opacznie zrozumiane, bo nie potrafię kokietować, nie znoszę udawania i hipokryzji. Mam swoje wady, jak każdy, ale myślę, że nie jestem złym człowiekiem. Mam swój mały, własny, poukładany świat, który kocham, nie ma we mnie złej, toksycznej energii, i ludzie to czują. Krzyś pewnie to we mnie wyczuł.
Kiedyś powiedziała:
Uśmiecham się, ponieważ uważam, że życie bez uśmiechu jest brzydkie, brudne i niefajne. Świat bez uśmiechu jest kiepski.
Dziś mówi:
Tak, uśmiecham się do ludzi. Przecież jak ma pan ściętą gębę, to nikt się do pana nie będzie uśmiechał. A jak pan się uśmiecha, to ludzie panu odpowiadają uśmiechem. Takie jest życie.
Uwielbiam dokarmiać gości, naprawdę dobrze gotuję. Prowadziłam kiedyś w Polsacie program kulinarny Na ostrzu noża. Marzyłam o tym, żeby zapraszać do niego kolegów, którzy za chwilę odejdą. Decydenci z Polsatu kręcili głowami, ale udało się przeforsować na przykład Ninę Andrycz(1912-2014), aktorka od debiutu związana z warszawskim Teat... More. Zadzwonił do niej kierownik produkcji. Usłyszał od pani Niny: „Andrycz i gotowanie? Pan chyba zwariował, wykluczone”. Więc mówię: „Daj mi telefon do pani Niny”. Zadzwoniłam do niej, przedstawiłam się. Wiem, że ona mnie bardzo lubiła, i ja ją też bardzo lubiłam. Mówię: „Pani Nino, ja panią kocham, uwielbiam i do głowy by mi nie przyszło, żeby pani miała u mnie cokolwiek gotować. Pani jest królową, pani siedzi na tronie, opowiada, a ja pani coś ugotuję”. „No to dlaczego oni mi tego nie powiedzieli?”. No i była. Cudowne opowieści, fantastyczne. A ja wtedy ugotowałam fasolową na golonce, była pyszna. Jak ona to zobaczyła!!! Ekipa wsunęła wszystko w try miga. A Nina Andrycz mówi tak: „Tyle mięsa, takie tłuste? Mowy nie ma”.
***
Kilka lat temu mówiła:
Wydaje mi się, że mam pewną przewagę psychiczną nad tymi, którzy zaczynając karierę, stawiają sobie wygórowane zadania, a później nie mogą się pogodzić z loteryjnością tego zawodu. Ja zawsze pamiętałam o tym, że aktorstwo nie wypełni mi całego życia. Ja nie muszę grać – choć kocham ten zawód!
Dziś opowiada:
Wstaję rano, chodzę, ruszam się, pracuję. Kocham ogród, zasuwam w nim, ręce mam zniszczone, bo zanim włożę rękawiczki, to już pół ogrodu obrobię. W domu muszę się spieszyć – zrobić sałatę, coś tam nastawić i tak dalej. Wie pan, żyję trochę za szybko. Już bym chciała odrobinę zwolnić, usiąść w fotelu, spokojnie przeczytać gazetę.
Dziecinnie naiwna, ale i dojrzale subtelna. Dwie strony aktorskiej osobowości Bożeny Dykiel wzajemnie się przenikają, lecz w żadnej nie jest jednowymiarowa.
Miećka Aniołowa z ulicy Alternatywy 4, Halina z kamienicy przy Złotej w serialu Dom, działaczka opozycyjna w Rozmowach kontrolowanych, przejmująca stara panna Malwina z Dwóch księżyców plus dziesiątki innych, mniejszych, większych, czasem epizodycznych ról – Bożenie Dykiel często jednym charakterystycznym gestem udaje się opowiedzieć o bohaterce tak wiele, że widz ma wrażenie, jakby znał ją od dziesięcioleci.
Niezrównana zwłaszcza w rolach przebojowych dziewczyn, które wiedzą dobrze, czego chcą, zawsze potrafią załatwić odpowiedni papierek z urzędu i nie przejmują się byle złym słowem. Nie mają też ochoty na trwonienie życia z ciamajdami, pretensjonalnymi bubkami z dobrych domów.
Przed Dykiel i po niej wiele aktorek z powodzeniem odtwarzało na ekranie podobny typ postaci, ale żadna nie zapisała się w pamięci widzów równie życzliwie jak ona.
Tajemnicą sukcesu jest chyba wieloznaczność. Dykiel niemal zwyczajowo obdarza wszystkie swoje dozorczynie, księgowe, dopiero co awansowane urzędniczki czy wręcz kobiety w mundurach – jak sierżant Halina w Domu – własnym poczuciem humoru, wdziękiem.
Trochę jestem na serio, trochę półżartem: to tylko kino.
Dziewczyny, które grała, często były dość gruboskórne, naiwne, jak chłopka Honorata w Przesłuchaniu Bugajskiego, albo groźne jak Piotrowska w Wielkim Tygodniu Wajdy. O dziwo, większość tych postaci dawała się lubić, ich motywacje były zrozumiałe i łatwe do obrony.
Broniła prawa swych bohaterek do odrębnych zachowań, nasycała je kobiecością i marzycielstwem. Często okazywało się zresztą, że w głębi serca jej bohaterki są wrażliwe i delikatne, łatwo je skrzywdzić, a poza pewnego siebie babona z temperamentem tuszuje kompleksy lub małe marzenia o skromnym szczęściu, mężu, rodzinie, dzieciach.
Role komediowe zawsze były bliskie mojej naturze, temperamentowi. Poczucie humoru pomaga mi tak, jak niektórym moim filmowym bohaterkom.
„Jej kreacje – czy to była Walendziakowa w Czterdziestolatku, czy Halina w Domu, dozorczyni w Naszym podwórku, Miećka Aniołowa, żona dozorcy w Alternatywy 4 – zawsze miały siłę prostoty, bezpośredniości charakteru i czasami nieobliczalną wręcz ekspresję gestu”, pisał krytyk Jan Słodowski.
W wywiadzie udzielonym Elżbiecie Dolińskiej mówiła przed laty:
Reaguję spontanicznie, nie potrafię chłodno kalkulować. Porywa mnie koncepcja, ale ulega ona przekształceniom i w wersji ostatecznej bywa zupełnie inna.
***
Urodziłam się w Grabowie, pięknej miejscowości, w której mieszkała babcia, ale dorastałam już w Warszawie, chociaż rodzice wywodzą się z innych rejonów: mama pochodziła ze Wschodu, ojciec był krakusem. Spotkali się podczas wojny; mama była młodą wdową z dwójką dzieci z poprzedniego małżeństwa, i mimo że wdowa z dwójką dziećmi – miała wzięcie. Była bardzo zgrabną, ładną kobietą, więc nic dziwnego, że ojciec się zakochał.
Wychowywałam się na ulicy Spacerowej. Jeszcze nie było tam ambasady radzieckiej, dopiero kilka lat później zaczęła się budowa. Kiedy byłam małą dziewczynką, chodziłam przez pusty plac na ulicę Belwederską po chleb nałęczowski. Do tej pory pamiętam smak chleba nałęczowskiego, który nie był niczym paprany, tylko był po prostu pyszny, wspaniały. I zawsze wracałam do domu z zżartą piętką z tego chleba. Nigdy nie wytrzymałam, żeby donieść cały bochenek do domu, zawsze musiałam chapsnąć piętkę.
Przypomniała mi pani o tych piętkach, o gorącym, pysznym chlebie. Poczułem ten zapach.
Mieliśmy na trzecim piętrze bardzo ładne mieszkanie. Na placu Unii Lubelskiej był wielki bazar. Ulica Spacerowa utkana była kocimi łbami i z tak zwanych peryferii, z ulicy Marchewkowej, Koperkowej – dzisiejszych Stegien – świtem jeździli nią chłopi z wozami, żeby na placu Unii Lubelskiej stanąć na targu i sprzedawać swoje produkty.
Prawie nie ma już takiej Warszawy, zniknęła.
Nie ma, to prawda. To był inny czas. Właściwie wszyscy warszawiacy mieli tak samo – biednie. To było niedługo po wojnie. Dobrze się żyło może tylko ludziom rządzącym, bo oni mieli swoje sklepy za żółtymi firankami, pozostałym natomiast żyło się tak samo, a jednak ludzie czuli do siebie ogromną sympatię. To jest dzisiaj nie do pomyślenia, ale ja pamiętam wszystkie sąsiadki, dozorców – pierwszego, drugiego, trzeciego.
Mama dopiero pod koniec życia zaczęła zamykać drzwi do mieszkania, ponieważ na trzecie piętro weszła kiedyś Cyganka, udając, że coś sprzedaje. Ja mówię: „Mamo, tyle razy cię prosiłam, zamykaj drzwi”. A ona: „Teraz już będę zamykała”. I jeszcze dodała: „Wiesz, ja bym nigdy nie pomyślała, że ktoś obcy może wejść na trzecie piętro i zabrać mi jakieś palto”.
Dobrze pamiętam smak cukierków z mojego dzieciństwa. Kupowało się je w malutkim sklepiku spożywczym, który mieścił się w suterenie po drugiej stronie ulicy. Rodzice po wypłacie dawali mi parę groszy i ja kupowałam za nie cukierki z mąki kartoflanej z dużą ilością cukru, z kolorowymi paskami. Musiały być ohydne. Ale wtedy smakowały najlepiej na świecie.
Miałam przyjaciółkę Hankę, która mieszkała w klatce obok, razem bawiłyśmy się całymi dniami. Szkoły nie miały wtedy tak napiętych programów jak dzisiaj, było dużo wolnego czasu. A teraz z wnukiem odrabiam czasem lekcje i nie rozumiem poleceń, które są napisane takim językiem, że ja po prostu nie wiem, co mój Maks ma wykonać.
A wtedy, pamiętam, nie było tyle nauki. Wynosiłyśmy z Hanką kocyk na podwórko. Z krepiny rodzice zrobili nam spódniczki jak do baletu i tańczyłyśmy na palcach, śpiewając jakieś piosenki. Potrafiłyśmy tak się bawić przez cały boży dzień. Byłyśmy baletnicami i dawałyśmy występy. I nawet sąsiedzi przynosili nam różne podarki, bo po prostu mieli niezły ubaw, oglądając nasze występy przez okno.
Do wieczora siedziałyśmy „na dworzu”. Mama pozwalała mi bawić się z Hanią, dopóki nie zapalą się latarnie, więc w porze letniej mogłam hasać po podwórku, ile wlezie. Mnie się nawet nie opłacało wchodzić na trzecie piętro, żeby cokolwiek zjeść, więc tylko krzyczałam: „Mama!”, a kiedy wyglądała przez okno, mówiłam do niej: „Zrzuć mi w torebce chleb z masłem i cukrem”.
Proszę mi wierzyć, to były beztroskie lata. Dzieci teraz inaczej się bawią. A my tarłyśmy cegłę i „sprzedawałyśmy” jako kaszę. Takie zabawy w sklep.
Nie miałyśmy zabawek, to same je sobie robiłyśmy – lalki z gałganów, plastusie z kasztanów. Na ulicy Spacerowej były stare lochy. I myśmy chodziły po tych lochach.
Niebezpiecznie!
Ale dzieci to lubią. Poza tym do lochów chodziłyśmy z chłopakami z podwórka i wtedy nie było strachu.
Mieszkałam z rodzicami i z babcią, która robiła zawsze bardzo słodką herbatę. Ludzie starej daty, po niedawno zakończonej wojnie, obawiali się, że za chwilę znowu tego cukru zabraknie, słodzili więc na zapas: po trzy, cztery łyżeczki. Taka herbata była nie do wypicia, ale dzieciom smakowała, bo słodyczy zawsze nam było mało.
Tęsknię za tymi czasami, za ludzką bliskością. Dzisiaj na bankietach mało kto ze sobą rozmawia. Są kanapeczki, jakieś wino – ale każdy bawi się telefonem. To samo w tramwajach albo w metrze. Cały czas coś pstrykamy, nadajemy, odbieramy. Nie ma ma normalnej komunikacji.
A wtedy patrzyliśmy sobie w oczy.
Dlatego powtarzam młodszym kolegom, z którymi spotykam się na planie filmowym: „Jeśli do mnie mówisz, dlaczego na mnie nie patrzysz? Nie będzie między nami kontaktu, jeśli nie spojrzysz mi w oczy”.
Dla nas to było naturalne; oni tego nie potrafią, może się wstydzą. W każdym razie ja bym na pewno nie oddała swojego dzieciństwa za żadne komputery świata, wycieczki zagraniczne, wypasione rowery.
Mnie wystarczało to, co mam. Jeździłam co roku na wakacje do babci, gdzie były stawy, jabłonie, fantastyczne zabawy piętnastego sierpnia, na Matki Boskiej Zielnej – cała wieś się wtedy bawiła. Ciotka szyła mi na tę okazję cudowną sukienkę z materiału, który kupowała w sklepie gminnym. Po prostu normalne dzieciństwo. A kiedy chciałam kupić sobie coś ekstra, na przykład aparat fotograficzny, chodziłam do PGR-u i stawiałam snopki.
***
Wcześnie trafiłam na nadzwyczajną panią profesor Teresę Wiśniewską, która miała szajbę na punkcie teatru i filmu. Całe klasy chodziły na spektakle Hanuszkiewicza; jeździłyśmy z panią profesor na Pragę, do Teatru Powszechnego. Pamiętam wszystkie przedstawienia, byłam nimi wręcz zauroczona.
Wiśniewska stworzyła kółko dramatyczne, kazała się nauczyć wiersza i zrobiła konkurs. W pierwszym dniu mówi tak: „No, Dykielówna, ty to na pewno jesteś u mnie. Mówisz głośno i wyraźnie i rozumiesz, co mówisz”.
No więc byłam w kółku dramatycznym i przez całą właściwie końcówkę szkoły podstawowej i w liceum występowałam na wszystkich akademiach. Teraz tego nie ma, nie ma żadnych akademii – też szkoda.
U profesor Wiśniewskiej grałam wszystko. To właśnie ona przygotowała mnie do egzaminów do szkoły teatralnej. Oświadczyła: „Ty musisz tam zdawać i już”. Wybrała mi teksty, poznała z kolegami: jeden grał na flecie, drugi na pianinie – dzięki temu miałam podkład muzyczny do wierszy.
Oczywiście to wszystko bardzo mi imponowało; przecież młody człowiek sam nie wie, czego chce. Z jednej strony na pewno aktorstwo, ale z drugiej ciekawiły mnie też inne rzeczy. Byłam na przykład bardzo dobra z geografii, więc wymyśliłam sobie, że pójdę na oceanografię. Chciałam jeździć po świecie i badać morza.
Pani Wiśniewska mówi: „No niech ci będzie ta oceanografia, ale składaj papiery i tu, i tu. Najpierw są egzaminy do szkoły teatralnej”. Ponieważ za pierwszym razem dostałam się na wydział aktorski, oceanografia po prostu mi odpłynęła.
Studiowałam na jednym roku z Piotrkiem Garlickim, który był od nas dobrych parę lat starszy, bo przyszedł po wojsku, z Krzysiem Wakulińskim, Jurkiem Bończakiem, z Ewą Szykulską, która jest moją koleżanką z klasy, z Moniką Sołubianką, z Teresą Nawrot, która poszła potem do Grotowskiego i teraz prowadzi zajęcia w Niemczech, i z obecnym reżyserem Jurkiem Bogajewiczem. Nasz rok był uważano za bardzo ciekawy, utalentowany. I słusznie, bo tak było.
Aleksander Bardini był chyba jedynym profesorem, którego uwielbiał cały rok. Nie było osoby, która by nie lubiła z nim zajęć. A jednocześnie wszyscy się go bali. Nie daj Bóg mu trafić na jęzor, nie daj Bóg. Po prostu potrafił wdeptać w ziemię. Niesamowita inteligencja i dowcip. Jak on nam układał! To było coś fantastycznego. Pamiętam, że ja, smarkula, mówię do profesora: „Ale ja nic z tego nie rozumiem. O czym to jest?”. Na co Bardini: „Dobrze, Bożenko, to teraz popatrz, zobaczysz sen grubego”. Wszedł na proscenium i podśpiewując, zatańczył jak baletnicatancerka, występująca w zespole baletowym. More – robił piruety, okręcał się. Można go było łyżkami jeść.
***
Temperamentu nie da się wypracować. Albo się z nim rodzimy, albo nie. W przypadku Dykiel był to temperament szczególny: uwrażliwienie na groteskę, ostre kolory, dostrzeganie purnonsensu, wyborne poczucie humoru.
Bardzo szybko odkrył i docenił ją kabaret. Jeszcze będąc studentką PWST, trafiła do legendarnego Studenckiego Teatru Satyryków STS, gdzie debiutowała w sztuce Janusza Głowackiego Cudzołóstwo ukarane.
Aktorka zwierzała się Andrzejowi Lipińskiemu:
To było coś więcej niż teatr. Klimatu, jaki tam panował, nigdy już nigdzie nie znalazłam.
W rozmowie z Krzysztofem Demidowiczem wspominała:
Zaczynałam w STS-ie pełna obaw. Był to teatr szczególny: estradowo-kabaretowy, publicystyczny. Nie byłam przekonana, czy znajdę tam miejsce dla siebie. (…) STS zgromadził wielu ludzi barwnych, niespokojnych, twórczych, a przy tym – był to przecież teatr satyryków – obdarzonych poczuciem humoru. Poznałam STS w końcowym okresie działalności. W rok po moim przyjściu nastąpiło połączenie STS-u z Teatrem Rozmaitości. Rozpoczął się remont, który praktycznie zamknął istnienie teatru-kabaretu.
Teraz dodaje:
Dzięki Andrzejowi Jareckiemu już w pierwszym spektaklu Cudzołóstwo ukarane spotkałam się z Kaliną Jędrusik.
Mało osób wie, że przyjaźniłyśmy się całe życie.
Z Kaliną pracowało się rewelacyjnie, to była akademia seksu, koleżeńskości, dobrych, fajnych manier. Poza tym ona tak genialnie opowiadała. Takie rzeczy powinny być nagrywane. Na przykład wspominała, jak płynęła do Londynu „Batorym” i zakochał się w niej kapitan: „Słuchaj, po prostu cały statek był dla mnie”.
Cudownie gotowała, genialnie opowiadała, była bardzo kobieca, działała na facetów fantastycznie i wiedziała o tym.
Wciąż mi mówiła: „Staś Dygat chce z tobą iść do kina”. Ja na to: „Kalina, przestań. Mam swojego chłopaka, nie mogę”. „A co ci szkodzi, że Staś pójdzie z tobą do kina?” „No, ale jak to będzie wyglądało?” „To chociaż przyjdź do nas na obiad, do jasnej cholery!” A gotowała fantastycznie.
Przeklinała strasznie, ale była miękką „podusią” ta Kalina. Takim najcudowniejszym „misiakiem” świata – tyle w niej było słodyczy i miękkości. Ja ją tak określam, ponieważ zawsze miała wielkie, piękne piersi, a była drobniutka. Kiedyś usłyszałam od niej: „Ty jesteś chuda, ja mam figurę gitary”.
Spędzałam z Kaliną wakacje w Chałupach; przynosiłam jej na śniadanie jagodzianki, a ona zaraz robiła jakieś sałatki, przysmaki. Coś z niczego. Zapraszała potem wszystkich artystów, bo wszyscy zjeżdżali do tych Chałup: od Łapickiego przez Konwickiego po Głowackiego. U pana Grzebielucha, u którego wynajmowała przyczepę, Kalina serwowała kapustę z kiełbasą pieczoną w kociołku na ognisku, do tego oczywiście czysta wódka. Nie pamiętam weselszych biesiad.
W kawiarence spotykałyśmy się na herbacie, kawie i szarlotce. Potem na plaży. No, cudnie. Kalina oczywiście na golasa, ja się zawsze wstydziłam. Co jakiś czas pytała mnie: „Bożenka, są już żołnierze na wydmie?”. Ja mówiłam: „No są”. Kalina: „A niech sobie trochę pooglądają”.
W STS-ie zobaczył Bożenę Andrzej Wajda i natychmiast obsadził debiutantkę w roli żywiołowej Kasi w Weselu.
W książce Przygoda myśli Wajda opowiadał mi: „Zauważyłem ją bardzo wcześnie i zaangażowałem w Weselu do roli Kaśki – »Jest ta Kaśke chycić za co«. Mija jeden, drugi dzień zdjęć, a ona gdzieś mi umyka. Pytam: »Dlaczego Pani się kryje po kątach?«. A ona: »Ja tu nie mam nic do grania. To tylko epizod«. Odpowiedziałem: »Niech Pani zrobi tak, żeby ten epizod(gr. epeisódios = wtrącony), 1. scena w dramacie, niemają... More został przez wszystkich zapamiętany«. Wszyscy pamiętają śmieszną scenę, kiedy Kaśka w jednej ręce trzyma i kieliszek, i zagryzkę. Przychodzi cenzor i pierwsza rzecz, do której się przyczepia, to właśnie ta scena! Powiedziałem potem: »No i co? Zauważyli tylko Panią, to jedno ujęcie okazało się najważniejsze«. Jeżeli młodzi ludzie naprawdę angażują się w film, wierzą reżyserowi i jego ekipie, wtedy mogą powstać takie właśnie role”.
Ja wtedy wpadłam po prostu w wielką kałużę samych genialnych aktorów. Startowałam w castingu do roli Panny Młodej, ale casting wygrała Ewa Ziętek. I dobrze, była świetna, bardzo mi się podobała. Ja dostałam Kaśkę i bardzo tę Kaśkę lubiłam, choć w tekście Wyspiańskiego tej postaci prawie nie ma. Króciutka scenka: „Jest ta Kaśke chycić za co”. Pomyślałam więc: co ja mam tutaj do roboty? A towarzystwo wyborne zgromadził reżyser.
Dla Hani Skarżanki ciągle biegałam po wino i po żółty ser, bo miała taką dietę, że tylko wino czerwone i żółty ser, więc robiłam jej zakupy.
Obok mnie Maja Komorowska, Andrzej Łapicki, Wojtek Pszoniak, Iza Olszewska, Daniel Olbrychski – duże piękne role, a ja nie mam nic do zagrania.
Wajda, kiedy pierwszy raz podszedł do mnie, mówi tak: „Widzisz, co robi Daniel?”. Ja mówię: „No, ciągle się z Łapickim kłócą, który ma co powiedzieć”. Wajda: „Nieprawda, oni się boksują, które ujęcie jest na niego, a które nie na niego. I na tym to polega, że w tekście jest mało, ale jeśli ty sobie nawymyślasz różnych sytuacji obok i jeśli one będą dobre, ja to wkleję do filmu i wtedy twoja rola się powiększy. Nie musisz wcale mieć dużo tekstu. Możesz mi nagrać wokół tekstu, ile się da”. Ja pytam: „Naprawdę tak można?”. „Można”. „To proszę bardzo, to będę pokazywała”. No i rzeczywiście bardzo dużo rzeczy tam nawymyślałam: jak siedzę pijana, jak robię zeza, jak leżę na sianie – to wszystko weszło do filmu. Sceny, których w ogóle nie było w sztuce.
Na najważniejsze kreacje filmowe Dykiel musiała jednak poczekać jeszcze kilka lat. Na razie święciła triumfy w teatrze. Została gwiazdą Teatru Narodowego prowadzonego przez Adama Hanuszkiewicza.
Z poprzedniego roku szkoły teatralnej Hanuszkiewicz wziął do siebie chyba czworo aktorów, dlatego kiedy ja się stawiłam w jego gabinecie, usłyszałam: „A masz jakieś inne propozycje?”. Ja mówię: „No mam, i Rzeszów, i Olsztyn, i Kalisz”. Powiedział: „To idź tam, a do mnie wróć za chwilę”. Nie musiałam wracać, bo Hanuszkiewicz sam do mnie zadzwonił po obejrzeniu Wesela Wajdy. Od razu dostałam wtedy propozycję etatu.
Wszyscy się śmiali, że nie da mi żyć Zosia Kucówna, żona dyrektora. Nic podobnego. Zosia przeniosła się do Teatru Małego, który był perełką, a ja grałam w samych dużych przedsięwzięciach, premiera za premierą przez całe dwanaście lat na Dużej Scenie.
W Narodowym za dyrekcji Adama Hanuszkiewicza stworzyła serię natychmiast zauważonych i docenionych kreacji: jako Telimena w Panu Tadeuszu, liryczna Helena w Wacława dziejach, Rozalinda w Jak wam się podoba, Panna Młoda w Weselu, Małgosia w Szkole żon.
Lubiłam bardzo Helenę w Wacława dziejach Garczyńskiego. To była rola jak gdyby poza mną. Przed premierą dochodziły do mnie głosy: „Ależ on się pomylił. Dykiel zepsuje Hanuszkiewiczowi spektakl”. Nie przejmowałam się tym; czułam, że ta rola to dla mnie szansa. Miałam rację. Krytycy pisali o kreacji, a publiczność w pełni mnie zaakceptowała.
Również Konrad Swinarski zachwycił się pani Heleną, uznając tę kreację za „olśnienie roku”.
O ile Andrzej Wajda był moim nauczycielem w filmie, o tyle w teatrze takim mistrzem był bez wątpienia Adam Hanuszkiewicz.
Niektórzy twierdzą z przekonaniem, że scena, w której jako Goplana w Balladynie wjechała na hondzie i w kostiumie jakby z Barbarelli, otworzyła nowy rozdział w historii polskiego teatru.
Słowacki pisał o dziewicy utkanej z mgieł, oparów, eterycznej i zwiewnej. Czyli o wszystkim, czego u Dykiel nie mógł znaleźć Hanuszkiewicz. Reżyser postawił na prowokację. Po latach mówił: „Wiedziałem, że Bożena ma charakterystyczne ludowe emploi(fr. = użytek), pewien typ ról, szczególnie dobrze pasuj... More, więc zagra romantyczną amantkę. Ma też w sobie ogromne dobro, tylko musi to pokazać”.
Balladyna była w polskim teatrze przełomem.
To wydarzenie wspominała Agnieszka Osiecka: „Artystka wjechała na scenę narodową na motocyklu, i ten rozpęd, którego wtedy nabrała, okazał się trwały. Adam Hanuszkiewicz powiada, że Goplana, w której obsadził swego czasu Bożenę Dykiel, jest w istocie wiedźmą. Wiedźmy prawie nie jeździły na miotłach, niechże wiedźma współczesna jeździ na hondzie…”.
„Było to niewątpliwie najsławniejsze entrée w dziejach polskiej sceny”, zachwycał się Witold Filler.
Początkowo aktorzy nie rozumieli, dlaczego Hanuszkiewicz kazał im zapisać się na kurs jazdy na motorach WSK. Co mają motory do Balladyny Słowackiego? Kiedy się dowiedzieli, koncept wydał im się szalony.
Spektakl, co zrozumiałe, wywołał kontrowersje
„Jurną Barbarellę-Goplanę zagrała świetnie Bożena Dykiel, komiksowe marzenie o super-seksie. Cielesność podniesiona do rangi Wielkiej Chuci atomowej epoki. Dopiero w ostatniej scenie osnuła Dykiel subtelnym cieniem poetyczności swą bohaterkę, wracając ją Gopłu i elfom”, ironizował lekko Andrzej Hausbrandt.
Ale już Maria Janion w znakomitym eseju Obrona Balladyny w „Życiu Literackim” dowodziła z przekonaniem: „Ironia losu posługuje się również Goplaną jako swym narzędziem i w końcu kpi sobie z niej zdrowo; jej ofiarą bowiem pada też Goplana – osiągnąwszy zupełnie nie to, co osiągnąć zamierzała”.
W sumie Goplana-Dykiel wjeżdżała na scenę Teatru Narodowego blisko pięćset razy! I w ten sposób wjechała również na trwałe do historii polskiego teatru.
Niedawno uzmysłowiłam sobie, że gdybym ten spektakl robiła w dzisiejszych czasach, to nie schodziłabym z okładek wszystkich pism. Ja w ogóle nie zdawałam sobie sprawy, jaką mi Hanuszkiewicz dał szansę. Przychodzili do mnie różni ludzie. Ktoś chciał mnie namalować, ktoś pisał wiersze. A ja do nich: „Zaraz, chwilę, nie będzie żadnych wierszyków. Ja wychodzę na scenę, a potem idziemy napić się wódki, idziemy na bankiet z kolegami”. Co mi tam dziad jakiś jeden z drugim będzie o obrazkach opowiadał. Teatr i koledzy byli najważniejsi. No i tak olałam tysiące różnych rzeczy. Poza tym paparazzi za nami nie chodzili, bo ich nie było. A żyło się kolorowo. Jak sobie uświadomię, że my o świcie polewaczkami wracaliśmy z balang, i czuliśmy się absolutnie bezpiecznie, to od razu chce mi się uśmiechać.
Oczywiście, nigdy nie chodziło o jakieś libacje, broń Boże. Bardzo przyjaźniliśmy się całą grupą z Balladyny. Pół litra wystarczało na dziesięć czy dwanaście osób, ledwo pan pysk umoczył w tej wódce. Chodziło po prostu o pretekst do tego, żeby usiąść gdzieś razem, być z sobą. I naprawiać świat! Albo opowiadać o tym, jaki ten Hanuszkiewicz jest beznadziejny, a jacy my jesteśmy fantastyczni.
U Hanuszkiewicza występowała przez dwanaście lat. Kiedy w 1982 roku zmuszono jej mistrza do odejścia, Dykiel także opuściła Teatr Narodowy. Nigdy już nie wróciła do etatowej pracy w teatrze.
Myślę, że Hanuszkiewicz dużo mi też pomógł w myśleniu filmowym. W jego teatrze trzeba było reagować błyskawicznie, szukać najlepszego rozwiązania. To szalenie mi się przydało również wtedy, gdy znalazłam się na planie.
W wywiadzie z lat siedemdziesiątych mówiła w „Filmie”:
Zarówno Hanuszkiewicz, jak i Wajda są dobrymi psychologami. Potrafią wydobyć z aktora to, czego sam by się po sobie nie spodziewał. Doskonale słyszą aktora, a jednocześnie obserwują człowieka, nie tylko w czasie pracy. To wszystko jest niesłychanie ważne.
Po wielu latach przerwy, w 1991 roku, spotkała się z Hanuszkiewiczem ponownie. W spektaklu Ubu Król, czyli Polacy. Improwizacje na podstawie sztuki Alfreda Jarry’ego zagrała Ubicę.
Henio Machalica widzi mnie na korytarzu Teatru Nowego i mówi: „O, wróciłaś”. Ja na to: „No wiesz, mistrzowi się nie odmawia, prawda?”. I pytam Henia: „No, ale jak tu jest, Heniu, powiedz, no jak?”. Usłyszałam: „Popracujesz, zobaczysz, ale to już nie jest to”. I rzeczywiście.
Ja już wcześniej znałam te wszystkie anegdoty, cudowne opowieści Adama. Hanuszkiewicz miał taki zwyczaj, że przez pierwszy miesiąc próby to były jego opowieści, anegdoty, coś mu się przypominało, słuchaliśmy muzyki i tak dalej, a potem w dwa tygodnie robił spektakl. Już nie miał innego wyjścia, termin premiery był wyznaczony, to już musiał. Koniec, kropka.
Minęło wtedy dziesięć lat, odkąd przestaliśmy razem pracować. Ja byłam już na innym etapie życia i zawodu. A on działał jak dawniej.
Słuchałam więc po raz setny tych samych anegdot, a czas mijał. W końcu zdobyłam się na odwagę: „Adam, musimy pracować, ja nie mogę wejść na scenę nieprzygotowana. Ja mam za mało prób, ja tak nie mogę”. Powiedział: „Dasz sobie radę, przestań”. Nie dałam się zbyć: „Ale wiesz co, ja już za dużo mam do stracenia. Jak coś robię, muszę być przygotowana”. Jakoś dobrnęłam do premiery. Ale potem, mimo całej miłości wielkiej do Adama, odmówiłam wystąpienia w jego nowej Balladynie: „To nie na moje nerwy. Ja cię kocham, uwielbiam, jestem wdzięczna za wszystko, ale nie dam rady”.
Za dyrekcji Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym Bożena Dykiel zetknęła się jeszcze z dwiema wybitnymi osobowościami reżyserskimi – Konradem Swinarskim i Helmutem Kajzarem.
W rozmowie z Krzysztofem Demidowiczem wspominała:
Ze Swinarskim spotkałam się tylko przy okazji Pluskwy Majakowskiego; grałam główną rolę kobiecą – Zoję. Pracy tej, jak wiadomo, nie zdążył dokończyć, bo zginął w wypadku samolotowym. Swinarski – tak ja go zapamiętałam – to dogłębna, drobiazgowa analiza „stolikowa”, zegarmistrzowska precyzja. Jego pasja przejawiała się nie w rozedrganiu, ale w wewnętrznym skupieniu, wyciszeniu. Jeśli chodzi o Kajzara, to grałam we wszystkich jego sztukach w Teatrze Małym. Jego nieobecności jako autora dramatycznego, reżysera, animatora życia teatralnego nikt w dzisiejszym teatrze nie jest w stanie wypełnić.
***
W filmie pracowała niemal ze wszystkimi ważnymi twórcami rodzimej kinematografii. Zarówno z wizjonerami, jak i autorami kultowych komedii. W filmografii Bożeny Dykiel znajdziemy nazwiska Janusza Zaorskiego, Janusza Morgensterna, Andrzeja Wajdy, Wojciecha Marczewskiego, Jerzego Antczaka, Jerzego Gruzy, Jana Łomnickiego, Krzysztofa Zanussiego, Piotra Szulkina, Jerzego Hoffmana, Stanisława Barei, Jacka Bromskiego, Ryszarda Bugajskiego, Andrzeja Barańskiego, Waldemara Krzystka, Wojciecha Jerzego Hasa czy Marka Koterskiego. Dream team.
W 1975 roku mówiła na łamach „Kina”:
Aktorstwa filmowego, a może raczej należałoby użyć sformułowania „przystosowania aktorstwa do warunków filmowych”, nauczyłam się dopiero w praktycznym działaniu, na planie, przy czym miałam to szczęście, że debiutowałam u Wajdy.
„Doskonały warsztat, niezwykły temperament, sceniczna intuicja i ogromne poczucie humoru”, zachwycała się Renata Gratkowska.
„Umie być dynamiczna i tym bardziej zachwyca, kiedy okazuje się, że potrafi być »taka mala« ”, czytamy w Leksykonie aktorów polskich.
„Zdecydowana większość ról filmowych Bożeny Dykiel ma charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... More komediowy. Jej bohaterki są zazwyczaj silne psychicznie, pyskate, krnąbrne, nawet wulgarne, ale mające jakże prawdziwy związek z polską rzeczywistością wymuszonych przesiedleń, środowiskowych przeszczepów kultury. Nawet w aktorskiej szarży wyśmienite epizody aktorki pozostaną w przyszłości socjologicznym znakiem dziwnych czasów”, pisał Jan Słodowski w poświęconym jej eseju pod wymownym tytułem Zadziorny temperament.
W rozmowie z Elżbietą Dolińską z „Filmu” Dykiel narzekała:
Ona może chodzić z warkoczem, z dwoma warkoczami – myślą o mnie reżyserzy. I proponują mi role dziewczyn wiejskich. Mało który reżyser zdecyduje się na obsadzenie aktora wbrew jego typowi, wbrew temu, z czym jego obraz kojarzy się tak zwanemu statystycznemu widzowi. A przecież właśnie ryzyko mogłoby dać bardzo ciekawe rezultaty.
Niestety, tego rodzaju ryzyko podjęli tylko nieliczni, dlatego też Dykiel grała najpierw przebojowe, energiczne dziewczyny – ucieleśnienie owej słowiańskiej panny z warkoczami – a następnie silne, bezpretensjonalne kobiety.
Przed laty powiedziała:
Aktorstwo filmowe bierze się po prostu z człowieka, z żywego instrumentu; szkoła teatralna i tak tego filmowego nerwu nikomu nie wszczepi. To trzeba mieć wrodzone. (…) Są to cechy trudne do opisania słowami, ale to się zwyczajnie widzi i stąd zapewne bierze się mówienie o biologicznym wręcz wyczuwaniu kamery przez wybitnie filmowych aktorów.
W rolach kinowych jako jeden z pierwszych obsadzał ją Janusz Zaorski – najpierw zagrała u niego epizod autostopowiczki w Uciec jak najbliżej.
Zaorski debiutował w tym filmie jako reżyser, Edek Kłosiński jako operator, ja jako aktorka. Kręciliśmy pod Wrocławiem. Jechałam podekscytowana, wracałam zdumiona. To tylko tyle? To całe kino? Jakoś nie przyszło mi wtedy do głowy, że kręcenie filmu polega głównie na czekaniu na ujęcie. Żadna tam ekstaza.
W Awansie (według Redlińskiego) z 1974 roku, również w reżyserii Zaorskiego, to była już główna rola. Jako Malwina – kochanka, a następnie żona orędownika głębokich reform (Marian Opania) w rodzinnej wsi Wydmuchowie – Dykiel znakomicie odnalazła się w niekiedy brutalnie tragikomicznej konwencji filmu. Było i śmiesznie – jak to u Redlińskiego – i trochę strasznie.
Kto wie czy nie najważniejszą kreację w karierze stworzyła ponownie u Andrzeja Wajdy. W Ziemi obiecanej – filmowym arcydziele reżysera, obok tria głównych bohaterów granych przez Daniela Olbrychskiego, Andrzeja Seweryna i Wojciecha Pszoniaka – ukazała bodaj najpełniejszą postać kobiecą. Podkochującą się w Karolu Borowieckim Niemkę, Madę Müller, Dykiel zagrała żywiołowo i odważnie. Typ bogatej nuworyszki, zbudowany przez aktorkę na granicy zadziorności i karykatury, zarazem trafnie oddawał mentalny stan ducha opisanej przez Reymonta młodej, niezbyt rozgarniętej, zakompleksionej dziewczyny z wielkimi rojeniami o szczęściu i spełnieniu macierzyńskim.
Reymont pisał o dziewczynie „ze złotymi rzęsami, które przy porcelanowoniebieskich oczach nadawały jej wygląd sztucznie nakręcanej lalki, firmowego jakby znaku fabryki Müllerów”. W filmie Wajdy, również za sprawą brawurowej gry Bożeny Dykiel, ta lalka znacząco się ożywiła względem powieści.
Dykiel zagrała na granicy aktorskiej szarży, ale nigdy owej granicy nie przekraczając. I co być może najważniejsze: spoza rodzajowego typu Mady na pierwszy plan – dzięki wyczuciu aktorki – wyłania się jej nieporadność, pragnienie ciepła i czułość.
Często powtarzała:
Właśnie tę rolę najbardziej lubię i darzę największym sentymentem.
Z Wajdą spotykała się jeszcze kilkakrotnie, po raz ostatni w Wielkim Tygodniu według opowiadania Jerzego Andrzejewskiego. Zagrała mocną, dwuznaczną moralnie postać Piotrowskiej.
Najpierw odmówiłam Wajdzie. Powiedziałam mu: „Słuchaj, bardzo dziękuję za propozycję, ale ja pracuję na swój wizerunek trzydzieści lat i nie chcę, żebyś mi to wszystko po prostu zburzył. Ja nie mogę zagrać aż tak wrednej baby. Przykro mi, Andrzeju, ale odmawiam”. Wtedy napisał do mnie wielki list, że zgadza się na wszystkie moje propozycje, żeby tę postać złagodzić. „Musisz to zagrać”.
W pierwotnym scenariuszu ta rola była ohydna, nigdy nie zagrałabym kogoś takiego. Spotkaliśmy się raz i drugi na próbach. Miałam mnóstwo pomysłów, jak zawsze. Zaczęłam je demonstrować: „Mogę zrobić tak i tak, albo jeszcze inaczej”. Wajda stoi, patrzy i mówi do mnie: „Wiesz co, tak naprawdę to powinienem nakręcić film o tym, jak ty pracujesz na planie – że masz tyle różnych propozycji”. Ja odpowiadam: „Ale te wszystkie propozycje tobie tylko pokazuję, bo ty masz gust. A znam paru takich reżyserów, którym w życiu bym nie pokazała, bo są bezguścia i wybiorą zawsze gówno. A ty zawsze wybierzesz w dychę, dlatego tobie pokazuję wszystko, co mi przychodzi do głowy”. I na tym polega praca z dobrym reżyserem, że aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More może mu pokazać wszystko, bo ma do niego zaufanie, że on wybierze to, co jest najlepsze.
Niedawno oglądałam Przesłuchanie Ryśka Bugajskiego. Nieskromnie powiem panu, że byłam zdumiona, że sama wpadłam na tak świetne pomysły. Przecież to ja wymyśliłam, żeby moja bohaterka pluła z okna. Ile to dodaje opowieści o tej dziewczynie, jak ją wzbogaca.
To samo mam, kiedy nieraz oglądam Ziemię obiecaną. Myślę sobie: cholera, co mi tam po tej głowie chodziło? W życiu bym tego teraz nie wymyśliła. Cała słynna scena w teatrze z Madą – przecież to był mój pomysł na wszystko.
Ma na koncie kilka produkcji zagranicznych, między innymi: nakręcony w ZSRR, rozgrywający się w średniowieczu film Jarosławna czy francuskie Biesy Andrzeja Wajdy według Dostojewskiego, z udziałem Isabelle Huppert, Bernarda Bliera, Omara Sharifa i Lamberta Wilsona.
W Biesach spotkałam się z Isabelle Huppert; grała główną rolę, Marię Szatow. Powiem panu, że ciężko się z nią pracowało. Była bardzo wyniosła, na każdym kroku dawała nam odczuć, że jest wielką międzynarodową gwiazdą, przy której wszyscy jesteśmy maluczcy. Byliśmy zaskoczeni, bo w polskim kinie nigdy czegoś podobnego nie było. Na przykład Daniel Olbrychski, który grał główne role we Francji i w Niemczech i zbierał nagrody, zawsze miał otwarte serce dla kolegów, dla ekipy, dla wszystkich. Zupełnie inny styl pracy. Główna bohaterka nie wyzwalała dobrej energii, może dlatego ten film nie odniósł wielkiego sukcesu.
Jedną z przygód jej życia, nie tylko zawodową, był udział w japońsko-polskim filmie Ognie są jeszcze żywe Nobito Abe o miłości Polki i Japończyka.
W 1975 roku, przed rozpoczęciem zdjęć, Dykiel zwierzała się w naszej prasie:
Dostałam propozycję zagrania polskiej studentki w filmie japońskim. Akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... More rozgrywa się w Japonii, we Francji i w Polsce. Współczesne impresje na temat Oświęcimia i Hiroszimy. Myślę, że będzie to dla mnie wspaniała przygoda.
Na planie tego filmu poznała pani męża, Ryszarda Kirejczyka, cenionego kierownika produkcji, a od dwudziestu lat szefa Związku Autorów i Producentów Audiowizualnych.
Tak się złożyło. Pan Rysio był kierownikiem produkcji i bardzo o mnie dbał. Podczas zdjęć w Paryżu zbliżyliśmy się do siebie. Prawdę mówiąc, ten japońsko-polski film był taki sobie; sam scenariusz beznadziejny, nie dało się go w żaden sposób uratować. No, ale dzięki Ogniom… mam małżonka już od czterdziestu lat, dwie udane córki, czwórkę wnuków – i to jest moje największe szczęście.
W Japonii spędziłam sześć długich tygodni i to w czasie, kiedy Europejczycy prawie w ogóle tam nie przyjeżdżali!
Dzieci japońskie, widząc mnie w dużych supermarketach albo na ulicy, ciągnęły mnie za rękę, pokazywały swoim mamom i mówiły, że widzą dużą żywą lalkę i że one chcą taką samą dostać od rodziców w prezencie. Duża biała lalka z długimi jasnymi włosami. Ja wtedy miałam włosy długie aż po pupę. Jasna blondynka, biała cera, dla Japończyków niewiarygodny widok.
Nikt nie wierzył, że jestem z Polski. Myśleli, że ewentualnie mogę być z Australii, ale z Europy? Skąd.
Zagrała w dwudziestu pięciu polskich serialach. I z reguły były to role zapamiętane. Zaczęło się od szlachcianki na weselu w Janosiku Passendorfera, potem były, między innymi: Walendziakowa w Czterdziestolatku Gruzy, Andzia w Nocach i dniach Antczaka, Halina Jańczak w Domu Jana Łomnickiego („potrafi zorganizować wszystko, ze świniobiciem włącznie, ale gdy trzeba, jest też czuła i liryczna”, pisał jeden z krytyków), Miećka Aniołowa w Alternatywy 4 Barei, Maryna w Rzece kłamstwa Jana Łomnickiego, kierowniczka stołówki w Balladzie o Januszku Henryka Bielskiego i grana już od dwunastu lat roli Maria Zięba w telenoweli Na Wspólnej.
Uwielbiałam Stasia Bareję. Zawsze dostawał tak mało pieniędzy na film, że musiał go robić bardzo szybko. Modlił się do taśmy – była dla niego bezcenna. I dlatego najpierw zarządzał w hali zdjęciowej dwa tygodnie prób, a dopiero potem wchodziliśmy na plan. Wszystko było jednak wcześniej wypróbowane, dokładnie wiedzieliśmy, co robić, dlatego można było pracować szybko, przy minimalnym zużyciu taśmy. Bruneta wieczorową porą Stasiu nakręcił w dwa tygodnie!
Tylu reżyserów chciało nawiązać do stylu Barei. Nie udało się nikomu. A jaki on był skromny, jaki delikatny. W Alternatywy 4 początkowo miałam grać inną rolę, lokatorkę w bloku. I dopiero po pierwszych próbach podchodzi do mnie Bareja: „Wiesz co, Bożenko, zrobiliśmy błąd, Anioł musi mieć żonę. Może zagrasz żonę?”. Ja mówię: „A ile to będzie dni zdjęciowych?”. „No, więcej niż zakładaliśmy dla twojej poprzedniej postaci”. „No dobra, biorę”. „A jak byś się chciała nazywać?”. Pytam: „Co przez to rozumiesz?”. „No, jak chcesz mieć na imię jako postać filmowa?”. „Wiesz, Stasiu, mój małżonek jak chce mnie wkurzyć, to mówi do mnie Miecia”. „Wspaniale, to niech będzie Mietka”. No i została Mieczysława.
Otarła się pani o wizyjny świat Wojciecha Jerzego Hasa – w Niezwykłej podróży Baltazara Kobera zagrała pani Garganellę.
No, legenda, wielki reżyser, mistrz, ale to był już trochę inny Has, zmęczony, mocno chyba sfrustrowany. Ciężko się z nim pracowało, niezwykle był wymagający i taki, wie pan, trochę w stylu Sylwka Chęcińskiego. Cokolwiek by pan zagrał, ile razy to powtórzył, on i tak ma gdzieś zakodowane, że musi być z piętnaście, dwadzieścia dubli. I to jest męczarnia, bo przecież czasem trzeba sobie odpuścić, ale te stare fachury inaczej nie potrafią.
U Chęcińskiego grałam w Głośnej sprawie w Teatrze Telewizji. Jedna scena właściwie – jedno mieszkanko, jeden dzień. Mówię do małżonka: „No, idę na zdjęcia do Sylwka Chęcińskiego. Tutaj blisko kręcimy, na Stegnach – wtedy akurat mieszkaliśmy na Stegnach – góra za dwie godziny jestem z powrotem”.
Robiłam duble tej sceny do samego wieczora, od rana do wieczora.
Parę dni później rozmawiam z Jerzym Turkiem: „Wiesz co, miałam spotkanie z Sylwkiem Chęcińskim. Kochany, cudowny, ale co to za menda”. A on mówi tak: „Bo jeszcze nie pracowałaś z Tadeuszem Chmielewskim”. Pocieszył mnie.
Tacy byli ci dawni wielcy i wybitni twórcy.
Wysoko cenię wyciszone, subtelne role, jakże odmienne od pani żywiołowego emploi: Tamarę w Akcji pod Arsenałem Jana Łomnickiego, przede wszystkim zaś Malwinę w Dwóch księżycach w reżyserii Andrzeja Barańskiego. Wirówka historii: wojna, stalinizm, komunizm, wolna Polska – to wszystko dzieje się gdzieś obok, niezależnie. W kinie Barańskiego radość przynosi każdy nowy dobry dzień: ćma na firance, pęczniejące pomidory w zadbanym ogrodzie panny Malwiny czy tytułowa ogromna ryba w Dniu wielkiej ryby złapana na wędkę przez Jana (Jan Peszek) – dalekiego krewnego słynnego bohatera opowiadania Hemingwaya. Jak w kinie Rohmera.
No, u Barańskiego to ja sporo zagrałam – bo i w Kramarzu, i w Kobiecie z prowincji, i w Kawalerskim życiu na obczyźnie, i w Dwóch księżycach. To jego najlepsze filmy. A potem w ogóle o mnie zapomniał i nawet mu to wypomniałam przy jakimś tam spotkaniu, ponieważ tak bardzo czułam się jego aktorką, a on mnie od pewnego momentu nawet do żadnej pierdółki nie wziął. Powiedziałam mu: „Andrzej, nie rób tak. Ja tęsknię za pracą z tobą”.
Trochę żartuję, oczywiście. Barański doskonale wie, kogo angażuje, jest wielkim, niedocenianym należycie artystą. Czy pan wie, jak on jest zawsze przygotowany? Ma w zeszycie każdą scenę rozrysowaną w ujęciach. Wszystko rozpracowane, ujęcie po ujęciu. Przychodzi ze swoim zeszytem i mówi do mnie: „Tutaj będzie tak i tak”. Ja: „Andrzej, trochę ci to zburzę”. „Aha. No ale co?” „Wiesz, ja ci pokażę, a jak ci się nie będzie podobało, to zrobię tak, jak masz tutaj narysowane, ale jak ci się spodoba, to zostawisz. Co ty na to?” „No dobra”. Często stawało na moim.
Ja w ogóle uważam, że panna Malwina w Dwóch księżycach to obok Mady Müller w Ziemi obiecanej pani najwspanialsza rola filmowa. W zasadzie wstrząsająca opowieść o samotności, przywiązaniu do domu, który chyli się ku upadkowi. Ja wszystko o tej kobiecie wiem, rozumiem ją, ona mnie wzrusza. Rola dramatyczna, zagrana powściągliwie, introwertycznie. Nikt ani wcześniej, ani później nie zobaczył pani w taki sposób.
Pomidory, które rosły w ogrodzie Malwiny… Wie pan, ja do dziś czuję zapach tamtej naci pomidorowej.
***
W 1975 roku Bożena Dykiel – wraz z Anną Nehrebecką, Maciejem Rayzacherem, Maciejem Górajem i Małgorzatą Potocką – wzięła udział w ankiecie miesięcznika „Kino” przeprowadzonej wśród młodych, utalentowanych aktorów filmowych. Respondenci mieli opisać swoją sytuację zawodową, warunki pracy na planie, warunki wynagrodzenia oraz ocenić przygotowanie przez szkoły aktorskie do pracy w filmie.
Dykiel pisała:
Odczuwam szaloną frajdę z grania w filmie. Jestem aktorką dosyć niecierpliwą, lubię efekty natychmiastowe, ale film temu skutecznie przeciwdziała, i to dobrze.
Dodawała jednak:
Warunki są koszmarne. W warszawskiej wytwórni nie ma się gdzie przebrać, umyć, zjeść. W pomieszczeniu na kostiumy, gdzie na jednego człowieka przypada nawet nie metr kwadratowy, kilka osób przebiera się równocześnie. Podobne warunki panują we wszystkich trzech wytwórniach w kraju. (…) Honoraria są nieproporcjonalne w stosunku do wysiłku i trudów aktora podczas pracy w filmie: bywa, że na planie pracuje się po szesnaście godzin, niekiedy całą noc.
Mnie zaś mówi:
Gdzie pan to wynalazł? Słuchałam z zaciekawieniem. Mój stosunek do filmu się nie zmienił. Na szczęście. Stosunek polskiego filmu do aktora i warunków pracy zmienia się, chociaż nie zawsze i nie wszędzie. W serialach czasem pracuje się u nas jak w krajach trzeciego świata. Kręcimy po siedemnaście, osiemnaście scen dziennie. Jedna scena, druga, trzecia, przerwa obiadowa, jedna scena, druga. Zaczynamy o wpół do dziewiątej rano, kończymy o dwudziestej. To na pewno nie jest normalny, zdrowy układ.
Kilka lat temu tygodnik „Wprost” opublikował raport ujawniający tajne akta Służby Bezpieczeństwa, która miała doprowadzić do złamania kariery aktorce.
Dykiel mówiła wtedy we „Wprost”:
Na żadną Matę Hari się nie nadawałam. Chcieli mi złamać życie i karierę, choć im nic nie zrobiłam. Jeszcze dziś myślę o tym wszystkim ze wstrętem.
Tygodnik opisywał, jak SB uprzykrzało młodej aktorce życie, wówczas autentycznej gwieździe, tuż po zagraniu Goplany w Balladynie: „Poddali ją totalnej inwigilacji: śledzono każdy jej ruch, czytano korespondencję (jej oraz rodziny), otoczono ją szpiclami”.
Z dokumentów IPN jednoznacznie wynika, że mimo zastraszeń i szantaży Dykiel nigdy nie zdecydowała się na współpracę. Była ofiarą Służby Bezpieczeństwa.
Wystarczyło, że przyjaźniłam się kiedyś z wysokim urzędnikiem ambasady RFN. Okropne czasy, okropne. Staram się nie wracać do tego, bo to przypomina mi, że żyłam kilka lat w strachu, stresie i nerwach, że bez przerwy ktoś jeździ za mną samochodem. I nigdy nie wiedziałam, kiedy mnie do tego samochodu wciągną i gdzie potem wyląduję. Masakra. Aż w końcu mój ojciec mówi do mnie tak: „Nie odczepią się od ciebie. Oddaj im wszystkie dokumenty, oddaj im wszystko, niech robią, co chcą”. Zaniosłam to wszystko na Rakowiecką i się uciszyło.
Odgrzebał pan bardzo stare czasy. Trochę sobie powspominałam. To coś w rodzaju podsumowania.
Rozmawiając z panem, przypominałam sobie spotkania z Wajdą, z Andrzejem Barańskim, z Helmutem Kajzarem… Mam wrażenie, że wtedy nam wszystkim tak bardzo chciało się chcieć. Mieliśmy power, płonął w nas ogień. Dzisiaj, niestety, w ogóle tego nie widzę. Przeminęło z wiatrem.
Przed laty zapytana, czy wnosi do ról własny temperament, odpowiedziała:
Chyba tak, choć myślę, że dla aktora stworzenie postaci podobnej do niego samego jest zadaniem trudniejszym niż zagranie roli kogoś zupełnie odmiennego. A w każdym razie jest zadaniem bardziej ryzykownym, bo tworząc taką postać, aktor „odkrywa się”. Gra siebie i niejednokrotnie przed widzami ujawnia takie cechy osobowości, które znają tylko najbliżsi: rodzina, domownicy.
Przepraszam, ale muszę to w końcu powiedzieć: świetnie pani wygląda.
Trochę lepiej wyglądam, bo już mnie pan widzi po mojej Marylce, fryzjerce, która mi troszeczkę podcięła i uporządkowała włosy. No tak, staram się dbać o siebie. Chodzę do kosmetyczki, chodzę do fryzjera, ćwiczę codziennie, jeśli nie mam zdjęć. Trenuję sama w domu, na macie i z hantelkami. Żeby mieć dobrą figurę, żeby nie być zaniedbaną, bo nie ma nic gorszego niż po prostu patrzeć w lustro i siebie nie lubić, prawda? No, nie można się zapuścić. Ja uważam, że kobieta zapuszczona to jednocześnie jest zły dzwonek dla męża. Mąż musi mieć przyjemność patrzenia na ciebie w domu. Tłumaczę różnym kobietom, że to jest bardzo ważne, jak wyglądamy. Mówię do jednej ze swoich przyjaciółek: „Dlaczego tak się spasłaś? Tak nie można, trzeba o siebie zadbać”.
Moja mama jest prawie pani rówieśniczką. Ogromnie mi imponuje, że dba o siebie, zawsze jest świetnie ubrana, uczesana, umalowana. Żadna babcia w starym stylu.
I tak powinno być. Już nie wystarczy sama praca, trzeba sobie po prostu przygotować zestaw ćwiczeń dla starszej pani. Ja prawie godzinę codziennie ćwiczę.
A walczyła pani kiedykolwiek ze swoim temperamentem? Żeby, uznając zasady/ poprawności politycznej, często nie walić prosto z mostu, co się myśli. Ostatnio wszyscy mówią o pani ognistej filipice przeciw prezydenturze Bronisława Komorowskiego wygłoszonej na żywo w programie Świat się kręci.
Mówię, co myślę. Nie boję się konsekwencji i nie żałuję. Chciałam o tym powiedzieć, to powiedziałam. Ale czasem jak coś chlapnę w najlepszej wierze, to robi się dzika afera. Tak było ze sławnym „pożydzić” w TVN.
Nawet w książce o najnowszej polszczyźnie opisują to wydarzenie Miodek, Bralczyk i Markowski.
Bardzo mi przykro, że ktoś chciał wtedy zrobić jakąś aferę z moim udziałem. Nie wracajmy do tego.
Jest takie znane zdjęcie Zofii Nasierowskiej. Bożena Dykiel w wygodnym fotelu, a na jej kolanach dwie śliczne dziewczynki – wypisz, wymaluj idealne kopie mamy.
Wszyscy żartowali z mojego małżonka, który jest teraz łysy, ale kiedyś był ognistym brunetem, miał czarne oczy i bardzo śniadą cerę. Mówili: „No, panie Rysiu, stempli to ty na swoich dzieciach nie postawiłeś”. Ale za to wnuczka Marysia jest jego. Cały dziadek, kropka w kropkę – śniada, z czarnymi oczkami.
Czterdzieści lat w zgodnym małżeństwie – to trudna sztuka?
Rozmawiam często z moimi koleżankami, którym nie wychodziło w jednym małżeństwie, drugim, trzecim i tak dalej. Mówię im: „Słuchajcie, dlaczego u mnie jest normalnie? U mnie jest normalnie, ponieważ ja na pana Rysia poczekałam”. Nie może być tak, że po prostu pstryk, pierwszy lepszy i jest od razu twoim mężem. Trzeba spotkać kogoś, z kim chce się mieć dzieci, kogoś odpowiedzialnego. Pieniądze w naszym przypadku się nie liczyły, bo pieniądze obydwoje mieliśmy takie same, czyli żadne. Rodzice niebogaci, ani jedni, ani drudzy. Dali nam wykształcenie, a do wszystkiego doszliśmy pracą. I tylko sobie zawdzięczamy to, co mamy. Ja chciałam dla siebie normalnego człowieka. I trzeba być normalną kobietą, związać się z kimś, z kim chce się mieć dzieci, bo to jest najważniejsza rzecz w życiu. Musi zapalić się światełko – to ten. Miałam wcześniej różnych narzeczonych, przy żadnym światełko mi się nie zapaliło. A przy panu Rysiu owszem, tak. I od razu pomyślałam: o, z tym facetem mogłabym mieć dzieci. I widzi pan, jesteśmy ze sobą czterdzieści lat. Oczywiście, to są lata pełne burz, awantur i cudownych chwil. Życie nie jest usłane różami, ale i tak najważniejsze, że jesteśmy zdrowi, mamy zdrowe dzieci i zdrowe wnuki.
Jestem w takim momencie życia, że ja naprawdę już nic nie muszę. Ja tylko mojemu mężowi muszę jeszcze obiad zrobić.
