Molier „Świętoszek” albo nagłe zastępstwo
„Tartuffe” dzięki Izie był spektaklem proroczym. Hipokryzja ludzi udających wiarę i wierność religii miała się dopiero ujawnić w pełnym wymiarze za jakiś czas. Jako narzędzie badania ludzkich charakterów sztuka Moliera była bardzo na czasie. Znów pojawił się problem, jak wygląda świat, który oglądamy na scenie. Weryzm czy jakieś odmiany realizmu sięgającego do „codziennego życia” też nie pasowały. I tak powstała przestrzeń, będąca swoistym żartem z panującego wówczas w architekturze postmodernizmu, ale postmodernizmu naruszonego zębem czasu z powodu szaleństwa Orgona. Byliśmy więc gdzieś w niedalekiej przyszłości.
Brakowało do spektaklu muzyki. Podkładane pod akcję różne kompozycje, mniej czy bardziej popularne, albo okazywały się zbyt ilustracyjne, albo nie pasowały, stawały się przeszkodą w oglądaniu. Oglądałem próby tragiczno-groteskowych scen i zaproponowałem Izie mojego ulubionego Dmitrija Szostakowicza. – Zwariowałeś? – Iza zniecierpliwiona szukaniem odpowiedniej muzyki nawet nie chciała dyskutować. Następnym razem więc przywiozłem moje płyty z muzyką genialnego Rosjanina z domieszką krwi polskiej i zacząłem puszczać. O tu, z V symfonii – motyw wejścia Tartuffa, o tu z IV symfonii – motyw samotności Elwiry, o tu z VII symfonii motyw zagrożenia … i tak dalej. Zaczęliśmy te fragmenty puszczać na próbach, i Iza się w Szostakowiczu zakochała. Nie było podówczas przepisów o prawach autorskich, płyty były wydane w ZSRR, miałem wyrzuty sumienia, ale… muzyka pasowała idealnie, nikt Szostakowicza nie znał, wszyscy się dopytywali, kto jest kompozytorem, więc jakby nie było propagowałem jego twórczość. No i wspaniali aktorzy. Jerzy Stasiuk jako Orgon był genialny (narysowałem też jego częściowy portret jako plakat do spektaklu, część twarzy była zasłonięta „wstydliwie” chusteczką), Danuta Stenka – odkrycie Izy – jako Elwira była wspaniała, podobnie Tartuffe kreowany przez Michała Grudzińskiego.
Nastąpiły wybory 4 czerwca 1989. Napięcia roku 1989 dawały się już we znaki, i diagnoza Izy wyartykułowana w „Świętoszku” zaczynała się sprawdzać, gdy któregoś ranka moja Droga Przyjaciółka zadzwoniła do mnie i bez wstępów powiedziała:
– Jedziemy do Omska.
Zaniemówiłem.
– Dzwoni do mnie dyrektor z Omska i mówi, że musimy u niego zrobić Tartuffa, że on wszystko załatwi, że gdzieś widział nasz spektakl i musi go mieć u siebie. Pojedziesz?
– Pojadę.
Kilka tygodni później siedzieliśmy w samolocie Aerofłotu do Moskwy, gdzie mieliśmy przesiadkę. Byliśmy pod specjalnym nadzorem, wprowadzani do samolotu oddzielnie, sadzani w pierwszym rzędzie, bez kontaktu z innymi pasażerami. Na lotnisku w Moskwie zostaliśmy przewiezieni na lotnisko krajowe i usadzeni w pustej poczekalni dla „inostranców”, czyli cudzoziemców. Opiekował się nami pogranicznik – gej, w patetycznym mundurze, z podmalowanymi oczami i rumieńcami, widać odgórnie odkomenderowany do obsługi zdemoralizowanych obcych. Jak poprzednio zostaliśmy wprowadzeni do samolotu pierwsi i usadzeni w pierwszym rzędzie. Samolot wystartował w noc, której lecieliśmy naprzeciwko i nad skrzydłem pojawił się księżyc. Miałem wrażenie, że lecę z Małgorzatą na jakieś diabelskie panoptikum. Omsk był podówczas miastem zamkniętym (na horyzoncie dymiły największe w ZSRR zakłady produkujące gumę i opony dla wojska) i zostaliśmy tam przyjęci nielegalnie, o czym wszyscy wiedzieli. Kolacja powitalna była wystawna na przekór rzeczywistości, poznaliśmy dyrektora, Borysa Mezdricza, jednego ze wspaniałej grupy rosyjskich Żydów, dla którego nie było sprawy nie do załatwienia, i Sławę Kokorina, głównego reżysera, z pochodzenia tatarskiego, niewysokiego, ale o wspaniałym potężnym basso-profondo i wielkim talencie. Wspaniali ludzie, ciepli, serdeczni. Zamieszkaliśmy w tajnym hotelu partyjnym bez nazwy i adresu, nad brzegiem Irtyszu, a na naszą cześć opróżniono jedno piętro. Rano zeszliśmy do stołówki, i gdy kucharcia w wielkim białym czepku, fartuchu i białych skarpetach bez pantofli postawiła przed nami coś na kształt befsztyka tatarskiego bez dodatków, uciekliśmy, by nigdy tam nie wrócić. Za to bufet teatru był zaopatrzony świetnie, szło się doń koło wielkiej niewiasty dyżurującej przy wejściu do teatru, ubranej w wywatowaną marynarkę obwieszoną dziesiątkami medali i odznaczeń. Toalety teatru w postaci dziury w podłodze i dwóch zagłębień na stopy niewątpliwie przeszły przez walki II wojny, a w podziemiach zobaczyłem szereg sedesów bez desek, oddzielonych ściankami do wysokości pasa. Nie pytałem Izy, jak sobie radziła, ja chodziłem w krzaki.

Poznaliśmy aktorów, od pierwszej próby było widać, że są świetni i bardzo kontaktowni. Iza przegoniła tłumaczkę, ewidentnie z wiadomej instytucji i tendencyjnie tłumaczącą, i zaczęła się praca. W niedzielę aktorzy zabrali nas na wieś, do chaty jednego z byłych aktorów, który zapisał ją teatrowi. Wioseczka była położona na brzegu wielkiej skarpy – koryta Irtyszu. Drewniane chatynki nasuwały pytanie, jak oni żyją w mrozie minus czterdzieści, zasypani śniegiem po dach. Wziąłem rozklekotany rower i zjechałem na dół, na brzeg rzeki. Wieś znikła za plecami. Stojąc na brzegu i nie widząc drugiego brzegu poczułem nagle skurcz w sercu. Byłem sam. Jak u Gogola: choćbym trzy tygodnie na tym rowerze jechał w dowolną stronę, nie dojechałbym nigdzie. Sto kilometrów od Omska był przysiółek bez nazwy, w którym moja Mama, wywieziona w 1939 z Lwowa na Syberię spędziła trzy lata, póki ją i jej rodziców oraz rodzeństwa nie uratowała w ostatniej chwili Armia Andersa. Po wyprawie w tajgę pełną białych brzóz jak u Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... More i zbieraniu grzybów wracaliśmy, mijając krowy z połamanymi nogami (by nie uciekły), pomiędzy polami po horyzont marnych słoneczników, które rosły co kilka metrów, rozdzielone bujnymi chwastami. W polu, kilometry od ludzkich siedzib, stał niewykończony budynek w stylu socrealistycznym, z galerią metaforycznych rzeźb kołchoźników na gzymsie dachu.

Sielanka z nowo poznanymi przyjaciółmi nie trwała długo. Po kilku dniach o piątej rano obudził mnie telefon od Izy [na zdj. od lewej: Paweł Dobrzycki, Izabella Cywińska, Edward Krasowski, z tyłu dyrektor teatrudawniej (por.) anterprener, organizator pracy artystycznej z... More w Omsku Borys Mezdricz].
– Przyjdź, jest u mnie kapitan KGB.
Przerażony i otumaniony (zmiana czasu dawała się we znaki) wszedłem do pokoju Izy, która dała mi bez słowa nieduży kawałek kratkowanego papieru, na którym było napisane ołówkiem, po rosyjsku „premier Mazowiecki prosi o pilny telefon”. Przeczytałem na głos, bo Iza nie była pewna, co tam jest napisane. Kapitan patrzył na nas spokojnie.
– Musiał pan, panie kapitanie, o piątej rano? – spytałem.
Kapitan się uśmiechnął i odpowiedział: – Kazali natychmiast, my tak zawsze.
I poszedł.
Popatrzyłem na bladą Izę w białej koszuli nocnej i narzuconej na ramiona kołdrze i mnie olśniło:
– Iza, będziesz ministrem kultury!
– Zwariowałeś?
– No to po co Cię Mazowiecki szuka w Omsku?
– Nie wiem.
Nie spaliśmy już tej nocy. Rano zaczęła się walka o telefon do Polski. Nie dość, że Omsk był miastem zamkniętym, to rozmowy do Polski zamawiało się z tygodniowym wyprzedzeniem. Próba była odwołana, sztab kryzysowy zasiadł w gabinecie Borysa, który ciągle gdzieś dzwonił. W końcu po kilku nerwowych godzinach ktoś przyniósł jakiś telefon z kablem, taki sam, jak inne (potem się okazało, że był to telefon KGB) i po dłuższej chwili, po paru próbach, udało się nawiązać połączenie z inną cywilizacją. W gabinecie zapadła głucha cisza.
– Dzień dobry Panie Premierze.
…
– Tak Panie Premierze
…
– Ale ja nie wiem Panie Premierze
…
– Muszę się spytać
…
– Rozumiem, że nie ma czasu, ale
…
– Tak, panie premierze.
Iza odłożyła słuchawkę, popatrzyła na nas i powiedziała: – Muszę natychmiast wrócić do Polski.
Zawrzało w gabinecie, wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Iza obiecała solennie dyrektorom i aktorom, że na pewno wróci i dokończy spektakl. Ludzie w teatrze oszaleli, reżyser z Polski nagle został ministrem pierwszego niezależnego rządu polskiego. Borys załatwił bilety i następnego dnia lecieliśmy przez Moskwę do Warszawy, jeszcze bardziej pilnowani i izolowani. Odbierał nas na lotnisku w Moskwie całkowicie przerażony przedstawicielem nowej władzy pracownik polskiej ambasady, bodaj attaché kulturalny.
– Nie wie Pani, co myśmy przeżyli tutaj.
– Co? – spytała Iza.
– Były dziesiątki telefonów z Polski, gdzie Pani jest. Najpierw Rosjanie odpowiadali, że Pani nie ma w ZSRR. Myśmy w ambasadzie nic nie wiedzieli. W końcu szef poszedł do jednego z kierowców, i spytał wprost: Sasza, my wiemy, że ty jesteś z KGB. Gdzie jest Cywińska? A ten bez wahania odparł: W Omsku.
Po Izę wyjechał na lotnisko w Warszawie Waldek Dąbrowski. Zanim wysiadłem, usłyszałem, jak wiele jest do zrobienia w nowym rządzie.
Iza zadzwoniła do mnie po dwóch dniach. Kończyłem projekt scenografii i szkice kostiumów.
– Zrobisz ten spektakl sam? Musisz. Nie mogę wrócić, Mazowiecki powiedział, że to wykluczone. Musisz go zrobić. Nie wypada inaczej, obiecałam. – głos Izy był pełny determinacji, ale też energii.
– No tak, zrobię. – byłem przerażony.
– Nie mam czasu teraz. Wiesz wszystko o spektaklu. Wysyłam Ci mój egzemplarztekst dramatu opracowany na użytek konkretnego wystawienia;... More. Pilnuj sensów – słuchawka zamilkła.
Tego samego dnia Jurek Satanowski odmówił wyjazdu. Wziąłem pod pachę projekt, mój zestaw płyt Szostakowicza i wróciłem do Omska sam. Tym razem nikt mnie nie pilnował. W samolocie z Moskwy siedziałem wśród Rosjan, przy przejściu. Ludzie w wygaszonej całkowicie kabinie spali. Na dziwny dźwięk za plecami odwróciłem się. Po przejściu między fotelami kilka rzędów dalej spacerowała kura. Wsadzą mnie do szpitala wariatów, jak Mistrza, pomyślałem. Za oknem, dokładnie na wprost, świecił księżyc w pełni, niemal na wyciągnięcie ręki. Powiedziałem sobie kilka słów absolutnie nie do druku. Dotarłem do pokoju hotelowego nad ranem, właściwie trzeba było się zbierać do teatru. Mimo kartki leżącej na stole: „posługiwać się grzałką w pokoju zabrania się” wsadziłem grzałkę do dużego szklanego wazonu i zrobiłem sobie herbatę. Włączyłem telewizor, uzdrowiciel Kaszpirowski nadawał z Moskwy fluidy, które miały pomóc zasnąć. (Na następny dzień wazon pękł i musiałem stanąć do raportu przed dyrektorką hotelu, która mnie zwyzywała po rosyjsku od najgorszych. Pojechałem do teatru i oświadczyłem dyrekcji, że „przyjechała polska swołocz i zniszczyła radziecki wazon, spłakana ze śmiechu dyrekcja tego samego dnia zainstalowała mi w pokoju 30 litrowy samowar, z trudem się mieszczący na stoliku. Odtąd dyrektorka hotelu stawała przede mną na baczność). Kaszpirowski sprawił, że otrzeźwiałem w mgnieniu oka, ukryłem grzałkę, spakowałem się i zszedłem na dół, gdzie już czekała na mnie wielka czarna Wołga. Na kałużach lśnił lód. Tak było co dzień. Rano lód na kałużach, w południe prawie trzydzieści stopni.
W teatrze trwał remont toalet i gorączkowe przygotowania na przyjazd polskiego ministra kultury. Aktorzy słuchali w milczeniu, oglądali projekty. Opisywałem z słownikiem w ręku kształt kolejnej sceny, przegadywałem to ze Sławą i szliśmy na próbę. Sława był nieoceniony. Wielki i niezwykle uzdolniony reżyser, który nagle z pełną pokorą stał się moim asystentem i tłumaczył na rosyjski mój rosyjskopodobny bełkot. Szybko się przekonałem, że dla nich „Tartuffe” znaczy zupełnie co innego niż w Polsce, gdzie hipokryzja zachowała podtekst religijny i moralny. W Rosji hipokryzja miała zabarwienie czysto polityczne, pozamoralne, a religia nie stanowiła odniesienia. Po siedemdziesięciu latach walki z religią Rosjanie musieli sobie stworzyć własny, prywatny wzorzec moralności, niezależny od oficjalnej „moralności socjalistycznej”. Tartuffa grał Jurij Ickow [na zdj. popremierowym w białym kostiumie, w pozycji półleżącej], niewątpliwie najlepszy aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More z całej ekipy, o twarzy mordercy. Elwira, znakomita skądinąd aktorka, urodę miała „nienachalną”, trudno było się w niej zakochać, ale była „zasłużoną ludową artystką ZSRR”. To tworzyło dodatkowe napięcia. Rosyjscy aktorzy (szkoła Stanisławskiego) zawsze tworzyli zespół, gdy następowały zmiany w jakiejś scenie, aktorzy następnych scen je uwzględniali podczas swoich prób. Pracowaliśmy ciężko, czasu było bardzo mało. Między próbami robiłem światła, nocami z akustykiem teatru, który ciął i sklejał taśmę magnetofonową kleiłem ścieżkę dźwiękową z muzyki Szostakowicza. Ze zmęczenia zapadłem na jakąś infekcję. Od inspicjentek, które zawsze mi przynosiły piekielnie mocną herbatę w czajniczku, szklankę w uchwycie i bryłki cukru, dostałem konfiturę z „kljukwy”, wspaniałej borówki syberyjskiej, która, jak to było oczywiste, miała najwięcej na świecie witamin. Uleczyła mnie.
W niedzielę przed tygodniem premierowym wyszedłem przez furtkę ogrodzenia, by po skarpie zejść na piaszczysty brzeg Irtyszu i się przespacerować. Na zboczu wysokiej i stromej skarpy leżało dużo różnych rzeczy: deski, okna, skrzynki, jakieś płachty. Pomyślałem, że woda musi tutaj czasem płynąć bardzo wysoko. Drugiego brzegu prawie nie było widać. Z daleka zobaczyłem dziwny, jakby falujący kształt, stojący na brzegu. Szedłem długo. Zanurzona w piasku do osi stała na brzegu ciężarówka. Na wietrze falowały poskręcane płaty farby, częściowo odspojone od metalu karoserii. Widok był surrealny. Ciężarówka ogołocona ze wszystkiego, co się dało, była produkcji amerykańskiej i pochodziła z czasów II wojny. Przypominała sławną filiżankę z futra surrealistki Meret Oppenheim. Ciężarówka przeniesiona do galerii Londynu lub Nowego Yorku kosztowałaby jako „readymade” miliony. W teatrze wpadli w przerażenie, gdy dowiedzieli się o moim spacerze. W skarpie rzeki za owymi pudłami, oknami i płachtami mieszkali „bezprizornyje”, ludzie bez paszportu, dezerterzy, mordercy, kryminaliści, mogący zabić za jednego rubla, co się zdarzało. Prawdopodobnie myśleli, że czuwa nade mną jako partyjnym notablem z daleka obstawa z hotelu… Miałem wielkie szczęście.

Iza zdołała przyjechać dopiero na premierę, była to oficjalna wizyta państwowa. Teatr lśnił czystością, na widowni siedziały same tuzy i VIPy z Polski i Rosji. Iza trzymała mnie z nerwów za rękę. Nie do końca była pewna, co ogląda, bo nie było to zwykłe przeniesienie, oglądała nowy spektakl, niewątpliwie zakorzeniony w przedstawieniu poznańskim, ale inny. Czułem się nieco winny, ale musiałem pójść za rosyjskim odczuwaniem tematu. Spektakl był ostry, szybki, trzymał napięcie do końca. Szostakowicz, którego użyciu wszyscy się dziwili, bardzo pomógł i wtopił się w akcję. (Na premierze się dowiedziałem, że młody akustyk, który mi pomagał zrobić collage z Szostakowicza według moich wskazówek, jest z wykształcenia… kompozytorem. Zaczął się śmiać, gdy go przepraszałem za moją bezczelność wydawania mu poleceń przy montażu muzyki, ale podobało mu się użycie dzieł Wielkiego Mistrza i swobodne podejście do praw autorskich. Dziś jest wziętym kompozytorem w Izraelu). Owacje, brawa, kwiaty, toasty, prawdziwe święto teatru. Rozpromieniony gubernator Omskiej „obłasti” zafundował wspaniały bankiet. Po kilku kieliszkach przestrzegł nas, byśmy nie chodzili nad Irtysz, bo często płynie tamtędy radioaktywna woda z nuklearnego poligonu w Semipałatyńsku… Spektakl pobił potem wszystkie rekordy i był w repertuarze Dramteatru w Omsku siedem lat. Gospodarze uszczęśliwieni obecnością Pani Minister, sugerowali, byśmy przyjechali jeszcze raz, to znowu awansujemy…. Ja zaś nagle awansowałem na drugą osobę w delegacji, tym bardziej, że z nerwów zacząłem się posługiwać rosyjskim całkiem sprawnie. Jeździliśmy wielką dyplomatyczną Czajką. I znów namawiający do snu jak co dzień nad ranem Kaszpirowskij w telewizorze, i wyjazd na samolot do Moskwy. Iza za swoje honorarium kupiła jakieś złoto, ja – aparat fotograficzny, a stary lutnik zrobił mi wspaniale brzmiącą do dziś siedmiostrunową gitarę z cisu syberyjskiego, którą skleił i polakierował uwarzonymi przez siebie klejami i lakierami z ryb bajkalskich. (Miałem jeszcze potem za resztę honorarium, którego nie można było wymienić ani wywieźć, dostać kolorowy radziecki telewizor. Komuś, kto go wiózł, wybuchł w samolocie). Cały sześciogodzinny lot rozmawialiśmy, będąc pod ogromnym wrażeniem tego, co się stało, i jak wspaniałych ludzi spotkaliśmy. Gdzieś nad Uralem namówiłem Izę, by dała Teatr Nowy Eugeniuszowi Korinowi.
W Moskwie zostaliśmy z honorami, wielką dyplomatyczną Czajką o gabarytach czołgu do wielkiego hotelu nad rzeką Moskwą, którego ogromny, ciągnący się na długość całego budynku hall był zadziwiającą rozmiarem oranżerią, pełną wysokich palm, egzotycznych roślin i ryb, pływających w stawach. Wszystkie meble były Ludwikami XVI. Nie wierzyłem własnym oczom. Zacząłem oczywiście macać. Wszystko to, palmy, rośliny, kwiaty, kamień fontann, meble – było plastikowe. Tak samo było w pokojach, czy raczej apartamentach. Pracownicy ambasady polskiej byli kompletnie zdezorientowani i przerażeni tym, co będzie, to było pierwsze ich spotkanie z niekomunistycznym ministrem. Obiad dyplomatyczny, siedzę po prawicy Izy, naprzeciwko minister kultury Rosji, wybitny pisarz, i jego zastępca. Jadłem pono trzy najdroższe ryby na świecie z ich najdroższym kawiorem, ale która była którą – nie wiedziałem. Padły zapewnienia o współpracy, zaproszenia do teatrów już rosyjskich, nie radzieckich, i szereg ciepłych słów. Byłem świadkiem nie tylko dyplomatycznego, ale autentycznego zbliżenia i relacji między Polską a Rosją, siedzieli naprzeciwko siebie wybitni artyści, polityka miała być podporządkowana wyższym celom… co za żal, że ten historyczny moment nie przetrwał próby czasu.
Uroczyste przekazanie dyrekcji Teatru Nowego miało się odbyć podczas premiery „Drzewa” Wiesława Myśliwskiego. To była ostatnia decyzja Izy, która zaprosiła do reżyserii Krzysztofa Nazara, wsławionego kilkoma znakomitymi realizacjami Teatru Telewizji. To była jego pierwsza praca w teatrze żywego planu, i spadł na nas ciężar wprowadzania Krzysztofa w tę materię. Jego błyskotliwe pomysły musieliśmy wspólnymi siłami tłumaczyć na język teatru. Krzysztof często obracał się do mnie i mówił: – Słuchaj, wystaw tę ścianę na proscenium – albo – przybliż mi to drzewo – albo – czemu to, k…a, jest tak głęboko – odpowiadałem – Krzysiu, tu były grane przedtem sceny i będą potem, jak to postawimy tutaj, to zablokujemy pół sceny, nie będzie gdzie grać – Krzysztof miotał przekleństwa i mi ciężko złorzeczył. Był tak przyzwyczajony do planu filmowego czy telewizyjnego, że wciąż mu brakowało zbliżeń, najazdów, panoram, kadrowania, przestawiania dekoracji. Zaciskaliśmy wszyscy zęby, by nie sprawić zawodu zarówno jemu, Izie, jak i Korinowi. Jak to się często zdarza, próby były drogą przez mękę, ale spektakl okazał się znakomity.
Obraz sceniczny przedstawiał drogę w budowie, na estakadzie, idącą od tyłu sceny po jej osi, uciętą w poprzek i zatrzymaną przez tytułowe drzewo, niemal ostatnie drzewo na ziemi. Pod drogą pojawiły się sklecone z byle czego domki, resztki dawnej wsi – polski bałagan. Na drzewie broniąc go przed ścięciem siedział (przez cały spektakl) główny bohater, grany znakomicie przez Wojciecha Standełło. Parada żywych i zmarłych, różnych postaci z historii Polski, broniących „żywe”, symboliczne drzewo przed śmiercią, nakładała się na rzeczywistość otaczającą teatr. A główny bohater (na nazwisko miał Duda) broniący drzewa stawał się symbolem wszystkich na widowni, którzy stawiali opór w „minionej epoce”. Wojtek Standełło znalazł sposób na recenzowanie gry kolegów poniżej, gdy przynudzali, zasypiał w rozwidleniu konarów, trzeba było wspiąć się na drzewo i go budzić, by akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... More mogła iść dalej.
Po spektaklu spotkaliśmy się wszyscy na scenie, cały zespół, Iza już w randze ministra, mnóstwo zaproszonych gości. To była pierwsza premiera Teatru Nowego w wolnej, tak wytęsknionej Polsce, mieliśmy nasz rząd i naszego ministra, spotkanie na scenie i na bankiecie było pełne nadziei i planów na przyszłość.
Czuliśmy jednak wszyscy – co potwierdzał po cichu Janusz Michałowski w tajemnicy przed Izą – że żal im było opuszczać Teatr Nowy, a ludzie teatru żałowali ich odejścia. Iza w Poznaniu była ikoną. Jednak zawsze była i jest „państwowcem”, i gdy została wezwana do pełnienia misji, nie wahała się. Nie śmiem odpowiedzieć na pytanie, czy było warto. Iza dołączyła do wielkiej w każdym wymiarze grupy artystów, którzy swe talenty złożyli na ołtarzu potrzeb ojczyzny. Proszę wybaczyć patos, ale tak było. Po okresie pracy na niwie państwowej i społecznej Iza wróciła do pracy artystycznej, ale nie miała już swojego teatru. A powinna była mieć. Krótki okres dyrekcji w Ateneum, otwarty premierą „Odejść” Vaclava Havla, którą autor zaszczycił swoją obecnością, w reżyserii Izy i z moją scenografią, dawał nadzieję. Ale teatry warszawskie rządzą się innymi regułami…. Żal mi spektakli, które Cywińska mogła stworzyć, a ich nie zrobiła z nadmiaru pozaartystycznych zajęć.

Paweł Dobrzycki
[Na zdj.: Izabella Cywińska przed teatrem w Omsku, 1989]
