O utrwalającym się novum
Związek Artystów Scen Polskich (ZASP, określany – podobnie jak w Łodzi – z domieszką uroczej środowiskowej nostalgii – jako Spatif) oraz Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawski (SPP), organizują – wspólnie od trzech lat – regularne przedstawienia, przeznaczone dla swoich członków oraz innych, zaprzyjaźnionych osób: określone jako „Czytanie nowego dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More”. Pieczę nad nimi sprawują zwłaszcza – jak dostrzegam – Krzysztof Nowik (aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More) oraz mniej widoczny Andrzej Chichłowski (aktor, reżyser, dramaturg1. autor dramatu (-tów); 2. w teatrze rosyjskim stanowisko ... More, scenarzysta).
Te właśnie – jak wynika z ich dotychczasowego i coraz bardziej docenianego oddziaływania: tak w środowisku literackim, jak teatralnym – specyficzne, istotne i oryginalne pod względem inscenizacyjnym spektakle, usytuowane są na peryferiach peryferii, z dala od głównych oraz mniej istotnych, awangardowych nurtów współczesnego teatru – zróżnicowanych pod względem założeń architektonicznych, scenicznych, estetycznych i artystycznych. Nie korzystają z dostępnych, szerokich możliwości – miej lub bardziej atrakcyjnych środków podaży, zróżnicowanych form ekspresji – zaistniałych w teatrze współczesnym. Ich premiery odbywają się na dwóch odległych malutkich, jakby pokątnych scenach, dostosowanych funkcjonalnie do niewielkich, pod względem przestrzennym, skromnych występów estradowych, usytuowanych w:
a) restauracji warszawskiego budynku ZASP (ul. Aleje Ujazdowskie 45),
b) oraz w Domu Literatury SPP (ul. Krakowskie Przedmieście 87/89).
Współtworzą i utrwalają one stopniowo jedną z wielu, ale istotną w tym wypadku, nowatorską, postać teatru poza teatrem. Każda jego premiera jest zarazem nieodwołalnie ostatnim spektaklem: do niedawna zaskakującym quasi-dziwolągiem, a obecnie interesującą formą sceniczną. Brawa dla osób, które wszczęły i kontynuują wytrwale to teatralne – ryzykowne na początku – przedsięwzięcie.
Każda premiera wskazanych czytań, tj. charakterystyczna dla nich forma sceniczna: cechuje się celową – poniekąd „tandetną”, jakby niezborną brzydotą. Nasycone są one – z założenia – umyślnie i zawsze ryzykowną, turpistyczną i konsekwentną „bylejakością”, która stanowi – jak dotąd – ich istotny wyróżnik gatunkowy (genologiczny). Odnosi się to głównie do rzucającego się w oczy, optymalnie gołosłownego czytania: gołosłownego z punktu widzenia naocznych (wizualnych) założeń tradycyjnego teatru dramatycznego. Te zadziwiające i wyjątkowe spektakle przedstawiają na jakiejś – z założenia nieatrakcyjnej, gołej (pozbawionej scenografii),a więc ogołoconej, byle jakiej scenie, wypowiadane przez czytających aktorów, ulotne -pozbawione całkowicie stosownych scenograficznych oraz innych niezbędnych zazwyczaj elementów teatralnej oprawy – gołe słowa, tzn. kwestie (dialogi, monologi):
– nie konweniujące zupełnie z ich materialnym, wzrokowo dostępnym otoczeniem;
– wypowiadane z założenia niezależnie od zasugerowanych w dramacie – koniecznych z autorskiego punktu widzenia – towarzyszących im okoliczności: m.in. o behawioralnym i relacyjnym wydźwięku, zachodzących między postaciami, umocowanymi w odczytywanych fragmentach dramatu.
Mimo to – mimo, niezgodnych z intencją dramaturga, scenicznych rozwiązań – mamy jednak do czynienia z rzeczywistą prezentacją dramatu, tj. z taką specyficzną formą teatru dramatycznego, który odrzuca konsekwentnie charakterystyczne dla niego, dotychczasowe konwencje, tradycyjne rozwiązania sceniczne oraz zapisane w dramacie istotne wskazówki, postulaty.
Czytanie
Każdorazowym czytaniem nowego dramatu zajmuje się niewielu, tj. zaledwie kilkoro aktorów, przyodzianych we własne niezbyt atrakcyjne teatralnie, nieco znoszone, codzienne ubrania i często sportowe – lekko wysłużone – obuwie… Owo kostiumowe rozwiązanie istotnie obniża koszty przedstawienia. Przedostatnio wystąpiło aż siedmioro aktorów (ostatniego spektaklu nie oglądałem). Nie wpłynęło to jakościowo na atrakcyjność czytania. Zależy ona bowiem przede wszystkim od talentu autora i zawartości dramatu. Wzbogaciły je natomiast – pod względem informacyjnym, pomocne w odbiorze sztuki, oddziałujące na wyobraźnię – jej didaskalia(gr.), inaczej: tekst poboczny dramatu. Warstwa tekstu drama... More: przedstawiane przez jednego z aktorów. Brzmiały jednak (i poniekąd) jak radiowe, słuchowiskowe komunikaty.
Inscenizatorzy wskazanych czytań rezygnują od początku, programowo – czego nie da się ukryć – z rekwizytów i scenografii, związanych z treścią sztuki. Utrudnia to również – podobnie jak nietypowe miejsce prezentacji oraz brak stosownych kostiumów – przekaz istotnych wartości, zaimplementowanych w tradycyjnie sformułowanych dramatach.
Nie współgrały także przedostatnio z jego zawartością oraz z bieżącą (trwającą) inscenizacją – tak treściowo, jak artystycznie – umieszczone na przodzie, ale z boku sceny i przodem do widowni, rzucające się w oczy (miłe memu sercu) – trzy obszerne plakaty o uproszczonych rozwiązaniach plastycznych – wskazujące, podczas przedstawienia na organizatorów tychże spotkań, tj. na: 1. Związek Artystów Scen Polskich. ZASP – Stowarzyszenie; 2. Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Oddział Warszawski; 3. Kwartalnik Literacki – 10 lat.
Kolejne akcenty genologiczne
Reżyserzy wskazanych spektakli, przedstawiają – zgodnie z przyjętą na stałe jak dotąd formą przedstawienia – jedynie aktorów usadowionych na krzesłach, dzierżących mikrofony przy ustach, patrzących w skupieniu na kwestie, zawarte na kolejnych, niekiedy szeleszczących stronach poszczególnych kopii dramatu, trzymanych cierpliwie w pobladłej, ciut zwiędniętej drugiej dłoni, wieńczącej lekkim zwisem rękę, opartą wdzięcznie i częściowo, spolegliwie i poręcznie, dzięki pijącemu łokciu, na usytuowanym nieco uniesionym, założonym na drugim – wrażliwym wszakże na ból – kolanie.
W tym zawiera się i na tym kończy zwięzła, poniekąd skryta, mimo że na krzesłach, ekspozycja(łac. expositio = wyłożenie), wprowadzenie w tematykę ut... More – nie rzucającej się zanadto w oczy, ściśle i konsekwentnie oszczędnościowej, maksymalnie zminimalizowanej, potocznej, jakby pozateatralnej dynamiki, w postaci trwale zadomowionej na scenie – powtarzanej z upodobaniem – sedentoryjnej ekspresji cielesnej, niemalże tak skąpej, jak w sztuce „Czekając na Godota” Samuela Becketa, podczas której widzowie wsłuchują się w sceniczne wypowiedzi, wpatrując się wyłącznie w jedynie dostępne, statycznie usytuowane, ale w pełni zwizualizowane, wyeksponowane en face, samodzielnie wypowiadające się aktorskie żywe głowy.
W prezentacjach w Spatifie oraz w Domu Literatury SPP, w Warszawie mamy natomiast do czynienia z nieco inaczej wyeksponowanymi głowami: wprawdzie umieszczonymi także en face, ale na wzrokowo dostępnych: ich własnych, wyrazistych, indywidualnych i osobistych, ściśle zjednoczonych: cielesnych i organicznych, tj. antropologicznych statywach, czyli aktorskich ciałach – usadowionych, jak inne na widowni – na pospolitych, sfatygowanych i pijących w pośladki krzesłach, trzeszczących pod ciężarnym naporem widzów i aktorów, zwłaszcza w Domu Literatury.
W przeprowadzonych czytaniach, nie współgrały nigdy pod względem scenicznym z treścią sztuk – niezbędne przy tych prezentacjach – wzmiankowane krzesła oraz kopie maszynopisów i dzierżone mikrofony.
W związku z powyższymi wywodami – stwierdzam optymistycznie – ale tylko na podstawie moich ograniczonych teatralnych i około scenicznych doświadczeń, że w Spatifiei w Domu Literatury mieliśmy do czynienia ze skrajnie, ale umiejętnie uporządkowaną i zadomowioną – audiowizualną formą – niezwykłej, optymalnie urzeczywistnionej, inscenizacyjnej ascezy. Stanowi ona rzeczywisty – uprzystępniony wielokrotnie – zwiastun zaistniałej już, ale wciąż przyczajonej i marginalnej, w istocie peryferyjnej formy teatralnej, oczekującej skromnie (nie tylko na obrzeżach scenicznych), na dionizyjskie dowartościowanie, a w związku z tym na pozbawioną kompleksów coraz częstszą i pełniejszą jej obiektywizację oraz emancypację, niezależną genologicznie (gatunkowo) od odwiecznych, bardziej wyrazistych – nie tylko pod względem ruchowym – tradycyjnych ekspozycji scenicznych.
Nawiasem mówiąc, aktorzy biorący udział w tych literacko-spatifowskich przedstawieniach, wyglądają poniekąd – zwłaszcza na wstępie – jak jacyś niepewni swego zatroskani skazańcy, siedzący w napięciu z pochyloną w dół głową, wpatrzeni w scenopis: pilnie i dociekliwie obserwowani przez skupionych, jakby skłonnych do rozliczeń, widzów – narażonych zaocznie – na dobre i złe. Towarzyszy im bowiem – co oczywiste – istotna niepewność… dotycząca tego, co i tak się wydarzy. Odnosi się to do zawartości: a) niezapoznanego jeszcze – usytuowanego długo i niechcący, w jakimś pajęczynowym zakamarku zamkniętej i stęchłej szuflady; b) czy zupełnie nowego, niezaszufladkowanego dotąd dramatu.
Przedostatnio (25.11.2025 r.) mieliśmy do czynienia z farsą w siedmiu scenach pt. „Para roku” napisaną przez nieznaną mi autorkę 20 lat temu. Wybrzmiała ona – niezła sztuka – mimo towarzyszących jej ówczesnych, nieco przebrzmiałych społecznych okoliczności – ponadczasowo oraz intrygująco i tylko z jednym wiekowym (czyli po setce), niczego sobie, śpiącym widzem. Bo to dobre przedstawienie było.
Najlepsze sztuki, przedstawił był do tej pory – jak sądzę – Andrzej Chichłowski. A zdarzało się i pobrzmiewało – niezależnie od dykcji – różnie… Najbardziej – jak dotąd – zawiódł, moim zdaniem, polskojęzyczny gość z Wielkiej Brytanii…. Sfrustrowany i zakłopotany (podobno ciężko i twórczo doświadczony) dramatopisarz, ale z otwartą przyłbicą, potwierdził autokrytycznie – po niedopracowanej, zlekceważonej i schałturzonej prezentacji – zdecydowanie i krótko, nie tylko w rozmowie ze mną, że zgotował był, tj. skompilował, sklecił ot tak: naprędce z licznych napisanych wcześniej, rozsianych gdzieniegdzie fragmentów, ten swój „oryginalny” co prawda, ale zaiste i wszelako uciążliwy, na wskroś dramatyczny blamaż.
Nie ma co tej wpadki rozpamiętywać. Osoby związane z ZASP oraz z SPP doświadczyły bowiem niejedno: i poza, i podczas wielu zaprezentowanych czytań. Nic ich nie zaskoczy (no chyba że…). Dostrzegają bowiem – jak żadne inne grono odbiorców – złożone właściwości: zalety i ułomności w debiutach poszczególnych dramatów, tudzież satysfakcje i niepokoje wewnętrzne oraz środowiskowe: zawarte w książkowych wspomnieniach, prezentowanych – a jakże – również w Spatifie oraz Domu Literatury podczas wieczorów autorskich.
Od razu wiedzą, co w trawie piszczy. No kto, jak nie ci widzowie? Cierpliwość i życzliwość mają w genach. A dramaturdzy – ci utalentowani – mogą w ciemno liczyć na ich rzeczywiste środowiskowe wsparcie. Dotyczy to także wzmiankowanych, autobiograficznych wspomnień rozmaitych teatralnych twórców, w tym także aktorów. Nie są one – zazwyczaj – przejawem literatury wysokiej. Stanowią jednak istotny – nie tylko dla znajomych – dokument dotyczący ulotnych, nie tylko kolorowych i radosnych, zdarzeń oraz przeżyć, związanych z ich najbliższym oraz ogólnopolskim środowiskiem zawodowym. Powinny być – zwłaszcza dlatego – publikowane i wspomagane pod względem redakcyjnym i finansowym przez ZASP, ale po stosownych rekomendacjach profesjonalnych i spolegliwych recenzentów.
Jerzy Kosiewicz
[Na zdj.: Czytanie dramatu Krystyny Kofty „Para roku”. Czytają: Marta Żmuda-Trzebiatowska, Ewa Kania, Justyna Kowalska, Robert Cezbotar, Mateusz Kwiecień i Tomasz Olejnik. Reżyseria: Ewa Serwa. , fot. Facebook]
