Proszę Państwa, mamy w naszym kochanym kraju przedziwny kult „artysty”. Kult ten przybiera formy chwilami groteskowe, zwłaszcza gdy mowa o teatrze. Teatr to ma być, rzecz jasna, „świątynia sztuki”, miejsce „metafizycznego przeżycia”, ewentualnie „laboratorium społecznej zmiany”. Słyszymy o „kreacjach”, „nowych odczytaniach”, „odważnej wizji reżysera” i „transgresji”. Recenzenci pękają z zachwytu nad „głębią psychologiczną” Hamleta, a publiczność roni łzy nad losem bohaterki.
Wszystko pięknie. Tyle że ten cały „Duch” i ta cała „Metafizyka” fruwałyby pod sufitem w kompletnej próżni, gdyby nie ludzie, o których nikt nigdy nie pisze, którym nikt nie bije braw i których nazwisk nie drukuje się na plakatach tłustym drukiem. Mówię o tej armii „nieartystycznych” – co za absurdalne słowo! – bez których żadna „kreacja” nie wyszłaby poza głowę reżysera.
Bo co nam po „odważnej wizji”, jeśli pan Kazio ze stolarni nie skręci tej „symbolicznej” platformy, na której owa wizja ma się rozgrywać? Reżyser może sobie marzyć o „brechtowskim chłodzie”, ale to pan Kazio musi tak wbić gwóźdź, żeby aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More, wygłaszając swój rewolucyjny monolog, nie wylądował z tym gwoździem w stopie. To jest, proszę Państwa, dialektyka w praktyce: idea zderzona z materią, czyli z dyktą i śrubokrętem.
Wszyscy podziwiają aktorkę, która w finale „płacze prawdziwymi łzami”. Ale ja się pytam: kto uprał i wyprasował jej suknię po wczorajszym spektaklu, na którym też płakała „prawdziwymi łzami”, a do tego upadła w sztuczne błoto? Pani Basia z garderoby. To ona dba, by „prawda sceniczna” nie pachniała, za przeproszeniem, wczorajszym potem. To ona wie, że „metafizyka” wymaga czystego kołnierzyka.
Idźmy dalej. Wielki aktor ma monolog szeptem, który słychać w ostatnim rzędzie balkonu. Cud? Nie, po prostu pan od akustyki precyzyjnie ustawił mikroport i suwaki na mikserze. Tenże sam pan mógłby jednym ruchem gałki zrobić z tenora parodię, a z wielkiego tragika – piskliwą mysz. Kto tu ma realną władzę nad „przeżyciem”?
A światło? Reżyser mówi o „rebrandtowskim mroku” i „symbolicznym cieniu”. A potem pan elektryk przez pięć godzin wisi pod sufitem, ustawiając reflektory co do centymetra. To on decyduje, czy zobaczymy „głębię spojrzenia” aktora, czy tylko jego spocone czoło. To rzemieślnik, artysta precyzji, a nie żaden „pracownik techniczny”.
Mamy w teatrze do czynienia z dziwacznym, chyba jeszcze post-feudalnym, podziałem. Jest „dwór” – czyli natchnieni artyści, którzy „tworzą” – i jest „służba”, która zasuwa, żeby ten dwór miał w czym i na czym tworzyć. A przecież teatr jest systemem naczyń połączonych, organizmem. Jest, nie bójmy się tego słowa, przedsiębiorstwem.
I tak sobie myślę, że największą „transgresją” w dzisiejszym teatrze nie byłoby wcale wystawienie „Dziadów” na golasa, tylko wyczytanie podczas ukłonów, obok nazwisk aktorów, nazwisk wszystkich pań z pralni, wszystkich panów z maszynerii i całej księgowości. Bo ta ostatnia, proszę Państwa, to dopiero jest sztuka! Zbilansować budżet na te wszystkie „odważne wizje” – to jest dramaturgia(gr. dramatourgia), 1. twórczość dramatyczna, ogół utwo... More finansowa najwyższej próby.
Kłaniamy się więc artystom, owszem. Ale ukłońmy się też nisko tym, którzy pilnują, by w tej świątyni sztuki nie przeciekał dach, nie zgasło światło i żeby dekoracja(łac. decoratio), zasadnicza część (por.:) scenografii, ... More nie zwaliła się „twórcy” na głowę. Bez nich cała ta „sztuka wysoka” byłaby tylko rozmową w pustym, ciemnym i brudnym pokoju. I tyle.
Konrad Szczebiot
