Dwadzieścia lat. Tyle Wawrzyniec Kostrzewski potrzebował, by urealnić swój pomysł opowiedzenia historii Małgorzaty Sarzyńskiej – chemiczki z wykształcenia, malarki z powołania. Zrodził się on już w dniu pogrzebu artystki. Reżyser wciąż pamięta scenę z cmentarza w Komarnie, jak trumnę do grobu wciskali grabarze butem, gdyż okazało się, że wykopany dół jest za wąski. Pomyślał wtedy, że stoi za tym sama Małgorzata, że to wyraz jej niezgody na opuszczenie tego świata, pomimo wcale niełatwego życia, pomimo wielu trosk, niezrozumienia, ale i w niektórych sytuacjach braku akceptacji. Sarzyńska odeszła młodo. Miała zaledwie czterdzieści trzy lata. We wrześniu minęła dwudziesta rocznica jej śmierci. Obiecał malarce, tak, malarce, bo choć nie miała formalnego wykształcenia plastycznego, była malarką, że ocali ją od zapomnienia. Sam przed sobą złożył przysięgę, że nie spocznie dopóki nie zrealizuje swojego zamierzenia. Praca nad scenariuszem, tworzonym wespół z Małgorzatą Sikorską-Miszczuk, trwała trzynaście lat. Dzieła wybitne powstają długo. Nie chodzi tu wcale jedynie o samo pisanie, ale o proces dojrzewania, o namysł nad konwencją, o sposób wyrażenia myśli, o wiarygodne ukazanie istoty sprawy.
Przedpremierowy pokaz „Rudej” dowiódł, że spektakl został przygotowany z niezwykłą uważnością, troską, empatią i reżyserską rzetelnością. Dowiódł również, że twórcy zadali sobie wiele trudu, by była to opowieść jak najbardziej prawdziwa (choć z założenia była jedynie inspirowana życiem Małgorzaty Sarzyńskiej – „Rudej”, Olga Sarzyńska, córka artystki, przyznała, że zachowane zostały wszelkie szczegóły z życia bohaterki; niemalże jak rosyjskie točka v točku, czyli nasze kropka w kropkę). Za kanwę opowieści posłużył pamiętnik malarki. Nie bez znaczenia były wspomnienia rodziny i znajomych czy przeprowadzone kwerendy.
Kostrzewski chciał najpierw wyreżyserować film. Z różnych względów rzecz nie doszła do skutku. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że dobrze się stało. Trudno bowiem wyobrazić sobie inną, lepszą – nie należy bać się tego słowa, przestrzeń na opowiedzenie tak osobistej historii niż Teatr Telewizji. Konfrontacja z przeszłością, zarówno reżysera, jak i odtwórczyni roli Małgosi – Olgi Sarzyńskiej, zyskała przez to bardzo intymny charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... More. Można było odnieść wrażenie, że dokonuje się ona gdzieś między jawą a snem, a nawet na pograniczu mitu i legendy. Bywa też i onirycznie. W trakcie rozmowy z twórcami po spektaklu Joanna Biernacka-Płoska zaryzykowała stwierdzenie, że przedstawienie utrzymane zostało w konwencji małego realizmu. Polemizowałbym z prowadzącą, gdyż, po pierwsze, Sikorska-Miszczuk i Kostrzewski nie podjęli się w spektaklu opisania przeciętnej postaci (trudno natchnioną artystycznie Sarzyńską zrównać z przeciętnością, nawet jeśli realia jej codziennego życia pozbawione były cudowności, a zdaje się, że przede wszystkim o tym aspekcie myślała Biernacka-Płoska, wypowiadając swoją opinię), po drugie – twórcy pokusili się o głęboki osąd społeczny, co prawda bez epatowania wzniosłymi słowami, ale jednak zawarli refleksję dotyczącą niesprawiedliwości, nierówności, wykluczenia (nie tylko w kontekście tytułowej bohaterki) i w końcu po trzecie, zdaje się, że ani Kostrzewski, ani Sikorska-Miszczuk nie zaakceptowali stereotypowego podejścia do kobiety-malarki, a więc i nie zaaprobowali mechanizmów działania ówczesnego środowiska plastycznego. Ich spektakl jest raczej wyrazem buntu przeciw takiemu porządkowi i niezgody na niszczenie ludzi szczególnie utalentowanych. Jeśli jest inaczej, oznaczać to będzie, że nie zrozumiałem podwalin i nie uchwyciłem przesłania. Zgodzić się jednak wypada, że zastosowany został, w pewnym sensie, minimalizm poznawczy: ekonomiczność słów, ale bez szkody dla przekazu (skróty myślowe – pod krótkim „To się udało!” skrywają się dokonane wydarzenia, których unaocznianie znacznie wydłużyłoby czas trwania spektaklu, żeby nie napisać – uczyniłoby go rozwlekłym i tym samym nudnym), dokładny, dosyć dokładny obraz rzeczywistości, insynuacje czy ironia.
Początek spektaklu zwiastuje natychmiast jego powodzenie. Uwaga koncentruje się już na pierwszym ujęciu. Widzom ukazuje się Olga Sarzyńska, jak już wspomniałem, odtwórczyni tytułowej roli. To raczej niespotykane w teatrze, by córka aktorka tworzyła w przedstawieniu kreację swojej matki. Rzecz jest nadzwyczajna. Można zwątpić w to, kto jest kim: Olga Sarzyńska córką Olgą czy Olga Sarzyńska matką Małgorzatą? A może Olga Sarzyńska spaja je sobą obie? To dodaje przedstawieniu fantastyczności (niezwykłości) i niejednoznaczności. Każe jednocześnie wzmożyć czujność. Sarzyńska wygłasza przeszywający prolog, stojąc na krawędzi życia. Następuje bardzo istotne wyznanie: malarska pasja działała czy działa jak lecznicza maść. Nawet niezorientowany w biografii malarki widz szybko zrozumie, że będzie miał do czynienia z kobietą poranioną, obolałą czy bardziej dobitnie – naznaczoną tragizmem, skutą kajdanami czasów, wewnętrznie sprzeczną i dalej – pragnącą osiągnąć więcej niż umożliwia jej życie, przez co i niedocenioną. Zastosowany został zabieg retrospekcji. Pojawia się w międzyczasie ważna perspektywa dziecka.
Widz staje się też świadkiem ślubu Małgorzaty i Grzegorza. Od tego momentu zaczyna się właściwy bieg wydarzeń. Od tego momentu też warto dokładnie przyglądać się niepewnej swojej decyzji Małgorzacie. Ślub przedstawiony zostaje jako swoisty teatr, w którym każdy ma odegrania jakąś rolę. Skupia też jak w soczewce śmieszność państwa, ale i też sposób postrzegania go przez zdystansowanych i niepokornych artystów. Kostrzewski odziera tę chwilę z powagi, a niepoważność oddaje konstrukcją przerysowanej urzędniczki stanu cywilnego. Za sprawą Marii Ciunelis, ucharakteryzowanej nieco na Annę Marię Wesołowską (a może to przypadek?), tworzącej znakomity epizod(gr. epeisódios = wtrącony), 1. scena w dramacie, niemają... More, podbity zostaje groteskowy charakter zaślubin. Scena ślubu ukazuje również, iż w tak naprawdę smutnej opowieści, nie zabraknie humoru (przysięga małżeńska), który jest niezbędny, bo pozwala na zachowanie dystansu. Nie jest prymitywnie śmiesznie. „Ruda” jest spektaklem wymagającym, zbudowanym z wielu środków, a zwłaszcza z obrazów, które przesuwają się jak klatka po klatce, tworząc pełną i arcyciekawą opowieść. Kostrzewski ponadto znakomicie operuje ironią, nie stroni od sarkazmu czy scen spowitych wspomnianą już groteską. Uwypukla w ten sposób najważniejsze problemy.
Wróćmy do sceny ślubu. Istotna jest nie tylko ze względu na doniosły moment w życiu Małgorzaty, ale również na wydźwięk. Oto na oczach widzów zdemaskowani zostają poszczególni goście. Obnażona zostaje dwulicowość: „Kto by taką chciał?”. W pytaniu tym zawarła się cała sytuacja rodzinna Małgorzaty: córka „królowej bazaru”, kochającej pieniądze, których nigdy nie miała. Narratorką opowieści jest „Ruda”. Mamy tu do czynienia z czymś na kształt dwugłosu. Warto się w niego bezwzględnie wsłuchać. Olga Sarzyńska od pierwszej wypowiedzianej kwestii wzbudza zachwyt nienaganną dykcją, imponuje świadomością i odwagą. Trzeba być odważną kobietą, by chcieć stawić czoła przeszłości, skonfrontować się z nią i zmierzyć z oceną opinii publicznej. Aktorka nie posunęła się do ekshibicjonizmu. Wręcz przeciwnie. Dała piękne świadectwo pamięci, w dodatku na bardzo wysokim poziomie artystycznym.
Rola Małgosi pochłonęła Olgę Sarzyńską całkowicie. Odegrała ją z ogromnym entuzjazmem, wypełniła bez reszty ekspresją. Znakomicie poradziła sobie z wyeksponowaniem dwoistości Małgosi – jako malarki i jako matki. Cechuje aktorkę zachwycająca naturalność i dziecięca naiwność. Wierzy każdemu wypowiadanemu słowu. Buduje swoją postać jako wiarygodną, pragnącą wolności i marzącą o wyrwaniu się z biedy. Tak. Spektakl opowiada o między innymi o drodze do sukcesu, a przede wszystkim do doskonałości. Traktuje o poszukiwaniu i odkrywaniu samej siebie oraz o stawianiu czoła wyzwaniom. To również niebanalne spotkanie z twórczością malarki i próba ocalenia od zapomnienia. Powtarzam pewne sformułowania z premedytacją i pełną odpowiedzialnością. To w końcu pomnik, nie tylko dla Małgosi, ale dla wszystkich silnych kobiet. Przedstawienie stanowi również doskonałe studium psychologiczne. Małgosia chce być wolna, ale i doskonała. Droga ta jednak nie jest łatwa. Świat jej raczej nie sprzyja. Nie pozwala jej na bycie sobą, z czym się bezwzględnie nie zgadza. Nie pozwala jej być wyzwoloną Fridą, choć nie brakuje jej samozaparcia meksykańskiej artystki. Zmusi przecież Kuratorkę do obejrzenia swoich prac tak, jak Kahlo zmusiła Diego Riverę. Zapłaci za ten indywidualizm wysoką cenę. Przepłaci go zdrowiem. Malarz (Mariusz Bonaszewski, aktor(łac. actor), osoba grająca jakąś rolę w teatrze lub fi... More, który za każdym razem zachwyca prawdziwością i teatralnym kunsztem), mędrzec, mistrz udziela jej rad, jak zostać dobrą malarką, kiedy ona chce być malarką osobną, tworzyć po swojemu i nie gubić z oczu swoich pragnień. Wie, że jej epoka to gotyk, że lubi strzelistość. Chce malować to, co czuje, nie to, co modne czy wznoszące na wyżyny. Kuratorka (Agata Kulesza wyśmienicie odnajdująca się w rolach wyrachowanych i bezwzględnych kobiet) nie chce wystawić prac Małgosi w galerii, gdyż ta jest zwykłą amatorką, bez plastycznego wykształcenia. Zdeterminowana malarka decyduje się stworzyć galeryjkę prywatną, we własnym mieszkaniu. W końcu „kobiety sukcesu są już na okładkach”. Organizuje wernisaż. Przed widzami, zaraz po wystąpieniu artystki, niezwykła scena zbiorowa. Goście rozpływają się w rytmicznym tańcu. Ich twarze zdradzają towarzyszące im stany emocjonalne. Ten rytmiczny taniec dokonuje się w jakimś transie. Co on symbolizuje? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Trochę szyderczy, trochę euforyczny? A może chocholi? A może to aluzja do walca Kilara z „Trędowatej” Hoffmana i masek? Gdzie melodramat, gdzie poważny spektakl?! Ale może? A może to taniec inicjujący? Dla mnie ta scena to majstersztyk. Pozostaję pod ogromnym wrażeniem choreografii(gr. choreia = taniec + grapho = piszę), sztuka tworzenia u... More. Prace malarki trafiają za chwilę do galerii Kuratorki. W tym miejscu należy docenić muzykę Piotra Łabonarskiego. Trzeba potraktować ją jako osobną bohaterkę spektaklu. Każdy dźwięk oddaje charakter danej sytuacji. Na uwagę zasługują również efekty wizualne. Spektakl Kostrzewskiego udowadnia, że tradycja może iść w parze z nowoczesnością i uzupełniać się wzajemnie. Nie bez znaczenia są kostiumy Ewy Krauze, zawsze adekwatne do nastroju danej sceny. Nie inaczej jest ze scenografią Ewy Gdowiok.
Zrozumienie znajduje „Ruda” jedynie wśród swoich – malarzy odrzuconych, niedocenionych, borykających się problemami życia codziennego, walczących z biedą, doprowadzanych w konsekwencji samoeliminacji. „To nie jest kraj dla artystów” – dochodzą do smutnego wniosku. Jednym z przyjaciół jest Janek, malarz, niespełniony, żyjący w świecie iluzji, rozdający swoje prace za darmo, gdyż nikt nie chce ich kupić. W tej roli Rafał Cieluch, aktor teatralny, który należał do jednych z najznakomitszych aktorów Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. W przedstawieniu Kostrzewskiego trudno mu tej znakomitości odmówić. Tworzy bohatera wzruszającego, naszpikowanego skrajnymi emocjami i do granic prawdziwego. Płynnie przechodzi od frustracji do obłąkania. Przed Cieluchem Teatr Telewizji powinien otworzyć swoje drzwi na oścież. To aktor, który nawet niewielką rolę potrafi przekuć w kreację.
Osią konstrukcyjną spektaklu jest, tak w każdym razie to widzę, relacja Małgorzaty Sarzyńskiej z matką Wiesławą Sarzyńską z domu Mielczarek. „Wieśka”, tak była nazywana, pochodziła z biednej chłopskiej rodziny, gdzieś spod Częstochowy. Z powodu trudnej sytuacji rodzinnej, będąc młodą dziewczyną, uciekła z domu. Do Jeleniej Góry. Najpierw pracowała w kuchni, później zajmowała się handlem. Ojciec w życiu Małgosi był nieobecny. Przyszła malarka, wychowywana przez matkę walczącą o byt, czuła się samotna, a nawet opuszczona. Matka, zdana tylko na siebie, nie miała łatwego charakteru. W spektaklu ukazana została jako antypatyczna, toksyczna, zazdroszcząca, momentami wręcz wredna i zaborcza. Nie chciała, by córka studiowała malarstwo. Marzyła, by pracowała na poczcie i miała zajęcie, dzięki któremu się samodzielnie utrzyma. Nie może więc dziwić, że kontakt między matką a córką był pełen napięć. Kostrzewski bardzo tę relację uwydatnia. Czyni ją ważną. Z jednej strony pokazuje, jak destrukcyjnie wpływała ona na Małgosię (a także na jej późniejsze relacje z własną córką), z drugiej – jaką dawała jej siłę, bo przeciwstawiała się decyzjom i poglądom matki. Kostrzewski zdaje się stawiać również pytanie zasadnicze. Czy w relacji matki i córki było miejsce na miłość? Znamienna jest jedna ze scen finałowych, kiedy „Wieśka” leży na łożu śmierci. Dokonuje w niej rozrachunku z przeszłością. Ocenia również postawę córki. Tak czy inaczej nie znajdziemy w spektaklu jednoznacznego rozstrzygnięcia kwestii wzajemnej miłości. Małgosia na pewno chciałaby być kochaną (również przez mężczyzn), wspieraną i docenianą. W roli matki – Maria Maj. W pierwszej chwili trudno ją rozpoznać. Ucharakteryzowana została na „Wieśkę” wręcz fenomenalnie. Wystarczy spojrzeć na dostępne zdjęcia babki Sarzyńskiej, by się o tym przekonać. Nie zabrakło nawet szala z lisa – symbolu luksusu w PRL-u. Dość groteskowo prezentuje się on w zestawieniu z domową biedą. Maria Maj gra ją tak, jakby była diablicą albo przynajmniej czarownicą. Maluje portret bohaterki nie tylko dając „Wieśce” fizjonomię (ta ucharakteryzowana twarz, to spojrzenie, te oczy przyprawiają widza o trwogę i wzbudzają jednocześnie współczucie wobec Małgosi), ale i wyposażając ją w diaboliczny głos i złowrogi śmiech. Aktorka nie ma łatwego zadania. Musi zbudować swoją bohaterkę, siedzącą niemalże przez cały czas na krześle przy kuchennym stole. Stworzyła postać niezwykle charakterystyczną, pełnokrwistą, taką jaką miała prawdopodobnie być – złą. Z rozmowy po spektaklu można było dowiedzieć się, że pomimo charakteru „Wieśki”, bardzo ją polubiła. Może dlatego stworzyła kreację tak wybitną? Może podjęła wysiłek zrozumienia motywacji swojej bohaterki? Maria Maj wiedzie w przedstawieniu aktorski prym. Rolą tą zasłużyła na nie jedną, ale kilka teatralnych nagród. Małgosia nie uwolni się od „Wieśki”. Przerażająca jest scena (Olga Sarzyńska dała w niej wyraz swojego zawodowstwa), w której w stanie obłąkania krzyczy: „Matka we mnie wstąpiła. Teraz już zawsze będziemy razem!”. Ten demoniczny moment na pewno zostanie z widzami na długo. Później „Ruda” trafia do zakładu dla psychicznie chorych. Później rozważa ucieczkę. Później opiekuje się nią Grzesiek, mąż, alkoholik, przemocowiec, który nie był dla niej wsparciem (sam siebie nazywa potworem: „Potrzebujesz potwora, by było na kogo zrzucić winę…”.). Później umiera…
Małgosia „stworzyła wszechświat obrazów”. To jej nagroda za dzieciństwo. Do dzieciństwa zresztą nastąpi powrót w scenach finałowych. W życiu chodzi o to, by się nazwać, by się pozbierać, by się odnaleźć, by odnaleźć swoją tożsamość, by odrzucić wszystko, co ciąży, by postawić na siebie. To spektakl zajmujący, przejmujący, wielowarstwowy i bardzo refleksyjny. Dla wrażliwych. To spektakl, w którym twórcy stają po stronie kobiet – ich prawa do decydowania o sobie (rozwój zawodowy, aborcja, związki partnerskie, prawo do szacunku, równouprawnienie, prawo do ochrony i obrony przed przemocą). To spektakl, w którym ścierają się racje, w którym jest miejsce na dylematy. To spektakl, który w swojej prostocie emanuje magicznością i mądrością. Zbudowany został pięknymi obrazami, zmontowany przez Jakuba Motylewskiego z niezwykłą precyzją, z zachowaniem rytmiczności opowieści. „Sztuka jest ucieczką od życia”. Dotyczy to nie tylko Małgosi.
Grzegorz Ćwiertniewicz – doktor nauk humanistycznych, historyk filmu i teatru polskiego, polonista, wykładowca akademicki, autor książek: „Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko”, (2015), „Grażyna Barszczewska. Amantka z pieprzem” (2019), „Taniec z Melpomeną. Szkice teatralne” (2025) oraz wywiadów z ludźmi ze świata kultury, recenzji, artykułów o tematyce teatralnej. Należy do Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT/IATC), a także do Kapituły Nagrody im. S. Treugutta przyznawanej przez PSMSKT (AICTMiędzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków Teatralnych (Associ... More/IATC) za osiągnięcia w Teatrze Telewizji; członek jury festiwali i przeglądów teatrów młodzieżowych, a także rad teatralnych i muzealnych. Publikuje m.in. w „Polonistyce”, „Teatrze”, „Śląsku”, „Odrze”, „Presto”, „Przeglądzie” i w „Yoricku”, a także w kilku wortalach kulturalnych; zainicjował autorski cykl „teatr na ekranie”; członek Stowarzyszenia „Unia Literacka”; mieszka we Wrocławiu.
