Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Tęsknić za domem

Tomasz Miłkowski o Warszawskich Spotkaniach Teatralnych pisze w tygodniku „Przegląd”:

Aktorzy często powtarzają, że teatr to ich dom. Trochę to trąci banałem albo bywa wygodną maską rzeczywistości teatralnej, niekoniecznie przypominającej idealizowany dom. Tak czy owak, tegoroczne 45. Warszawskie Spotkania Teatralne, tradycyjnie orgnizowane przez Teatr Dramatyczny, rozbudziły tęsknotę za teatrem.

Paradoksalnie za teatrem dramatycznym, w którego istnienie (przynajmniej festiwalowe) zaczęto powątpiewać. W programie bowiem tegorocznych spotkań znalazły się zaledwie dwa dramaty – klasyczne Wesele Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Mai Kleczewskiej z Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie i Tęsknię za domem, współczesny dramat Radosława Maciąga, wyróżniony w roku ubiegłym Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną. Ale to właśnie one wzbudziły największe emocje, przypominając, że teatr bliżej ma do serca niż rozumu. Inne spektakle oparte były na scenariuszach korzystających z rozmaitych źródeł (powieści, faktografii), imitujących dramaty, ale jednak nie będących dramatami – jedynie spektakl Susan Sontag z Tetaru im. Stefana Jaracza w Olsztynie, nawiązujący do biografii tytułowej bohaterki, zbliżył się temperaturą emocjonalną do tej wytworzonej przez Wesele czy Tęsknię za domem, a to za sprawą wyrazistego finału. Nie chcę powiedzieć, że nie było w tych wystudzonych spektaklach ciekawych myśli czy frapujących rozwiązań scenicznych, czasem bardzo dowcipnych czy zaskakujących, ale w zderzeniu z „prawdziwymi” dramatami okazywały pewną bezradność.

Przewaga Wyspiańskiego nad teatralnymi dramaturgami nie budzi zdumienia, niewielu mieliśmy w historii takich wizjonerów teatralnych. Może bardziej zdumiewa zwycięska siła zwykłego dramatu Maciąga, wbrew nawet pewnej obronie widzów przed akceptacją tak wydawałoby się już zużytej formy opowiadania. Jeden z młodszych kolegów-recenzentów z wielką trafnością zauważył, że ludzie wstydzą się przyznać, że taki teatr im się podoba. Może za wcześnie został (?) złożony do grobu.

Nie tak źle jednak z tym dramatem, skoro królem przeglądu warszawskiego okazał się Wyspiański. Co to za demoniczne teksty, wciąż aktualne, jakby pisane wczoraj? „Wesele” i „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego zdają się idealnie przylegać do rytmu polskiego życia w każdych okolicznościach.

Zwłaszcza kiedy tekst interpretują aktorzy tak wyborni, jak w Słowackim. Wtedy okazuje się, że nie ma lepszego komentarza o gorączce wyborczej od Wesela. Aktorzy potrafią jeszcze dorzucić od siebie aktualne akcenty. Choćby takie, jak charakterystyczny ociężały sposób mówienia jednego z kandydatów na prezydenta, wydobyty przez Dziennikarza, czy też gest ze snusem przywołujący uzależnienie innego kandydata. Wywołuje to zrozumiałą wesołość widowni. Ale są po temu poważniejsze impulsy. Po wizycie Wernyhory Kuba powiada w zachwycie: „Jak zyje/ jeszczem takiego Polaka nie ujzoł”. Na co z godnością i przechwałką w głosie odpowiada Gospodarz (w tej roli wyśmienity Juliusz Chrząstowski): „Bo żyjesz mało;/ jeszcze duża takich Polaków zostało,/ co są piękni”. Kuba nie daje za wygraną i pyta dociekliwie: „A kaz się to wszyćko kryje?”.

I to dość, aby publiczność zareagowała śmiechem zaprawionym goryczą.

Czasem to tylko spostrzeżenie, którego nie można uniknąć. Kiedy Czepiec (witalna kreacja Marcina Kalisza) obdarza Radczynię siarczystym całusem, Radczyni (jak zawsze niezawodna Lidia Bogaczówna), gdy tylko chłop się oddali, starannie wyciera usta, nie kryjąc odrazy. Zresztą wystarczy, że Radczyni pojawi się w swoim rozległym jak zagon białej kapusty kapeluszu z piór, aby wywołać stosowny dystans i rozbawienie.

Więcej tu jednak powodów do smutku niż śmiechu. Wesele Mai Kleczewskiej to bodaj najsmutniejsza z inscenizacji tego dramatu. Przepojone poczuciem lęku i rozpaczy, mimo że początek zapowiada się malowniczo bujnym roztańczeniem, które trwać będzie przez cały akt pierwszy; tańcownicy nie będą znikać ze sceny, aby wybrzmiały dialogi poszczególnych par, ale przedzierać się będą do uszu przez zgiełk, ogłuszające dźwięki muzyki, gwar. To zaledwie fragmenty toczonych rozmów. Może to nawet irytować, ale zabieg wydaje się celowy – reżyserce zależy na wywołaniu wrażenia męczącego mozołu, tumultu, w gruncie rzeczy nieznośnego w swojej formie zdarzenia. Niby wesoło, a już smutno.

Zrobi się jednak dopiero smutno wtedy, kiedy pojawią się osoby dramatu. Tym razem nie będą to napomnienia, przestrogi czy nawiązania do wzorców z przeszłości, ale lęki, obsesje, koszmary. Wszystkie zjawy nawiedzające bohaterów wesela niosą ze sobą albo ból, albo strach, albo poczucie zagrożenia. Stańczyk już nie jest mędrcem – w kabaretowym ujęciu Krzysztofa Głuchowskiego to zblazowany błazen, nienasycony obżartuch zasiadający do stołu, wykrętny komentator. Hetman to chodzący jak bomba zdrajca, któremu zaufać niepodobna. Rycerz okaże się żołnierzem wyklętym, z tych, których raczej wykląć by trzeba – to on urządzi na scenie egzekucję Żydów. Nawet Wernyhora okaże się kimś innym – to żaden lirnik łączący dawne i nowe czasy, ale wysłanniczka udręczonej wojną Ukrainy – Anna Syrbu śpiewająca „Pływe kacza po Tysyni”, pieśń pamięci ofiar Majdanu. Gospodarz jej przybyciem jest nie tyle zaskoczony, ile osaczony, wyczuwa grozę sytuacji i nie potrafi jej sprostać.

Ten spektakl nie ucieka od trudnych spraw i rozliczeń. Nie pozbywa się jak w wielu wystawieniach Wesela sporu arendarza i księdza o należności kosztem łupionego chłopa. Rachela staje się tu figurą umęczonego narodu i holocaustu – pojawi się pod koniec w zakrwawionej koszuli po gwałcie. Poeta swoją pamiętną kwestię o Polsce kryjącej się w sercu wypowiada, leżąc spity w łóżku i krztusząc się niemal ze śmiechu. To wszystko jak smagnięcie biczem. To już nie jest „historia wesoła, a ogromnie przez to smutna”. Tymczasem nazajutrz Kraków płonie (widać to na ekranie), chłopi z kosami znów nastają na pany, Chochoł w choreograficznym apokaliptycznym wcieleniu wielokrotnie upada, aby na koniec podpalić garść słomy (jak w obrzędzie Dziadów). Tyle tylko, że słoma się nie zapala, a wątły płomyk gaśnie. Tym razem jeszcze udało się uniknąć najgorszego. To Weselełatwej pociechy nie przynosi, choć cytując śpiewaną przez cały zespół pieśń ludową A jak przyjdzie słońce i pogoda, otwiera furtkę przejścia polonezem do krainy Pana Tadeusza. Kto wie, może jest jakaś szansa. Mocne, emocjonalne, rozedrgane przedstawienie, którego siła udziela się widzom. Aż dreszcz przechodzi.

Tymczasem Pan Tadeusz przywieziony przez Teatr Polski z Poznania, nowy, bo rapowy, w reżyserii i wedle scenariusza Kamila Białaszka, nie okazał się wytęsknioną ostoją ładu. Przeciwnie, to spektakl wywrotowy. Straszno tu i śmieszno. Bo kto wie, kto wie, ale może ten ostatni zajazd na Litwie to była ustawka? Przyjmuję to do wiadomości, ale się nie zachwycam, jak to czynili niemal chóralnie recenzenci premierowych pokazów w Poznaniu. Owszem, jako jednorazowe „wywrócenie estetycznego stolika”, może to okazać się przydatne do otrzeźwienia w kółko się kręcących autotematycznych teatrzyków. W końcu to jest o czymś. Odstręczające Bingo z pytaniem „Co doprowadzi do upadku Polski” nie pozwala spokojnie patrzeć nie tylko na to, co gadają i robią neoszlachcice, ale i zapomnieć o tym, co czai się za oknem. A do tego jeszcze przykre odkrycie, że polski prowincjonalizm ma głębokie korzenie, że blockersi jakby wczoraj wyszli z zaścianka.

A jednak to nie jest – w moim przekonaniu – droga do wyzwolenia z krępujących więzów. Wiadra bluzgów, narodowy kicz, rapowy tumult i hałas mieszają się tu z dość powierzchownym obrazem świata i ludzi wypchniętych na margines, a postacie i epizody z epopei Mickiewicza służą jako rusztowanie do słabo kontrolowanych rozmaitych wariacji na współczesne tematy.

Największe wrażenie czyni finałowy, rzeczywiście złowieszczy polonez i poprzedzająca go pieśń Jankiela. Reszta jest przygotowaniem, dość ryzykownym dla widzów oczekujących większej dyscypliny intelektualnej, choć – jak odnotowuję dla porządku – z entuzjazmem odbieranym przez młodą i bardzo młodą część widowni.

Emocjonalny, ale nie wywrotowy, okazał się spektakl z Teatru Powszechnego z Radomia Tęsknię za domem, reżyserowany przez autora. Aktorzy potwierdzili regułę, że dobra literatura pozostaje podstawą sukcesu.

Powstał spektakl, dający obraz polskiego społeczeństwa portretowany z perspektywy życia rodzinnego. Daleko tu do kapitalistycznego raju.

Na scenie parter domu urządzony w stylu późnego PRL. Meblościanka na wysoki połysk z nowoczesną wieżą radiową, stół fornirowany z tapicerowanymi krzesłami, w drugim pokoju kanapa z kapą, fotel i ława, wejście do kuchni i łazienki, na ścianie święty obraz. Typowy pejzaż, w którym rozgrywa się rodzinny dramat

Ojciec tydzień temu próbował się powiesić. Z Warszawy nadciąga na odsiecz młodszy syn po studiach w ASP z misją przywrócenia ładu w rodzinie. Ale nie zapowiada się, że będzie to łatwe. Lata wspólnego pomieszkiwania rodziców z rodziną starszego brata, zajmującą piętro, emerytura zgorzkniałego ojca, który nie umie sobie znaleźć miejeca, Babcia z postępującym Alzheimerem i wiecznie urągająca światu i najbliższym Matka to nie najlepszy akompaniament do „prostowania” życia innym, zwłaszcza wtedy, kiedy ma się i w swoim spory bałagan. Historia jest na pozór banalna, ale przenikliwa w swej prostocie, doskonale rozpisana na dialogi, zakotwiczona w języku prowincji. Budzi gorzkie rozbawienie i wzrusza. Przeraża i pozbawia nadziei, choć tkwi w niej tytułowa „tęsknota za domem”. Aktorzy wykorzystują szansę, jaką daje im wyborny tekst. Wyborny dzięki zawartej w niej prawdzie. Ojciec Piotra Kondrata od pierwszego kroku, ociężały i lekko zamroczony nadużywaniem piwa sprawia wrażenie człowieka, któremu brak motywacji, aby rano wstać z łóżka. Matka Izabeli Brejtkop (wybitna rola) wciąż w ruchu, zagoniona codziennymi obowiązkami, gderliwa i podminowana, nie może usiedzieć na miejscu. Starszy brat jak nieodbezpieczony granat, który musi wybuchnąć i jego na pozór potulna żona, Babcia oderwana o rzeczywistości i wreszcie wracający do domu syn Maciek (Filip Łannik), z trudem tłumiący swój sprzeciw wobec rodzinnych kleszczy. Jak wszyscy inni zagubiony, z raną w sercu.

Obraz rodziny we wnętrzu wywiedziony z osobistych obserwacji autora tchnie prawdą i przytrzymuje uwagę widowni tak dalece, że reżyser nie boi się przerwy, po której w mgnieniu oka odbudowuje gęstą atmosferę części pierwszej. Ten tradycyjny teatr, z opowiadaną historią, postaciami, autentyzmem miejsca (rodzinne Pionki autora) wychodzi zwycięsko w konfrontacji z mglistymi migawkami i strzępkami postnowoczesnych narracji.

Co nie znaczy, żeby ogłaszać rugi zagradzające drogę eksperymentom czy prowokacjom. Na ich brak na tym festiwalu nie można było narzekać. Jeszcze przed oficjalnym otwarciem Teatr Dramatyczny dał na scenie Przodownik mocno osadzony w realiach, ale formalnie wyrafinowany spektakl o wojnie w Ukrainie – Będzie trzeba, to pójdę na wojnę Magdy Szpecht. Bohaterka, pisarka, a dzisiaj żołnierka, jeszcze niedawno mieszkała w Polsce i innych krajach europejskich, informując ludzi o tym, co dzieje się w jej kraju. Wreszcie postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i sama wkroczyć na plac walki o wolność i zostać żołnierką. Gorąca opowieść ukazana w zaskakujący sposób.

Charakter artystycznej prowokacji miały też spektakle zaproszone z zagranicy, gruziński bezpruderyjny Liberte w reżyserii Daty Tavadze i Medea’s Children (Dzieci Medei) szwajcarskiego reżysera Milo Rau’a, w której to inscenizacji litry krwi (cukierniczej) nikogo jednak nie wystaszyly, ale otworzyły pole skojarzeń wiążących się z przemocą, okrucieństwem dzieci i wciąż budzącą trwogę zbrodnią Medei i jej współczesnych nasladowczyń. Data Tavadze otacza nimb twórcy niezależnego, Milo Rau uchodzi za jednego najbardziej kontrowersyjnych reżyserów europejskich. Obecność ich przedstawień na tegorocznych WST to znak, że dyrekcja Dramatycznego szuka szerszego kontekstu dla pokazywanych w Warszawie spektakli z całej Polski.

Na koniec jeszcze jedna godna podkreślenia zdobycz 45 WST. Wyszły one poza strefę teatralnych VIP-ów. Bohaterami spotkań stały się spektakle z Radomia i Olsztyna (aż dwa), a więc z teatrów, które nie bywały na przeglądy warszawskie zapraszane.

Tomasz Miłkowski

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.