Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

„Dziadek-morderca”. Spektakl „Winny” w Teatrze Telewizji

Zanim „Winny” Stanisława Brejdyganta przyjął kształt spektaklu telewizyjnego, grany był przez autora i w jego reżyserii w formule monodramu. Premiera miała miejsce 8 czerwca 2018 roku w warszawskim Teatrze Polonia. Zbiegła się ona rocznikowo, zupełnie przypadkiem, z premierą „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego. Wspominam o tym, gdyż do związku pomiędzy przedstawieniem a filmem zamierzam jeszcze powrócić. „Winny” cieszył się, jako cykliczne wydarzenie gościnne, niemałym zainteresowaniem. Brał nawet udział w 25. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Brejdygant oparł opowieść na przeczytanej w prasie notce o mężczyźnie, który przyznał się do złych czynów popełnionych w czasie wojny i zażądał wymierzenia należytej kary. Sytuacja, wypada przyznać, tyleż imponująca, co zaskakująca, a na pewno dziwna. Trzeba zaznaczyć, że informacja prasowa stała się dla autora jedynie pretekstem. Przyniosła pytanie, ilu ludzi byłoby w stanie zdobyć się na taki gest. Notkę należy zatem ograniczyć do dostarczenia impulsu. Historię wysnuł autor sam.

Nie można zapominać, iż poza tym, że Brejdygant należy do grona najwybitniejszych aktorów teatralnych, jest również dramaturgiem i pisarzem, niebywale inteligentnym, czujnym, bezpośrednim, trafiającym w sedno sprawy, niestroniącym od trudnych tematów. Zajmuje się również reżyserią. Sprawność w wielu obszarach pozwala mu na kompleksową realizację zamierzonego celu. Dla humanisty, dysponującego wiedzą w zakresie historii, bacznego obserwatora rzeczywistości, oceniającego ją raczej bezkompromisowo, potrafiącego osądzić przeszłość, stworzenie zręcznej fabuły nie jest wyzwaniem nastręczającym trudności. Dowodzi tego właśnie choćby „Winny”.

Kiedy monodramem zainteresował się Teatr Telewizji, Brejdygant nie miał wątpliwości, że reżyserem, który odda istotę, wydobędzie kwintesencję, wyeksponuje ideę czy – bardziej dosadnie – dostanie się przez mięso do kośćca, będzie Wojciech Smarzowski. Problematyka spektaklu jest zbyt ważka, żeby realizacją mógł zająć się reżyser, któremu przynajmniej w części bliskie nie są podejmowane tematy. Wspólnym mianownikiem dla obu twórców jest konsekwencja w dążeniu do prawdy i nieugiętość w jej głoszeniu. Brejdygant, wybierając pomiędzy prawdą fikcji a fikcją prawdy, zawsze wybiera to pierwsze. To świadczy o jego nieugiętości wobec fałszu, obłudy czy podwójnych standardów. Smarzowski również dał się poznać jako nieprzejednany demaskator. Spektakl telewizyjny, który ostatecznie został przedpremierowo zaprezentowany krytyce, a za chwilę obejrzą go premierowo widzowie, miał według pierwszego zamysłu wyglądać zupełnie inaczej. Smarzowski zamierzał zarejestrować monodram trzema kamerami i na tym poprzestać. Trudno ocenić czy spektakl zyskałby, czy stracił. Na pewno byłby mniej rozbudowany. Reżyser, ze względu na wielowątkowość, rozszerzył obsadę. Zważywszy na podjęty motyw pedofilii w Kościele, zaprosił do spektaklu Dariusza Toczka, który w „Klerze” odgrywał rolę mężczyzny szukającego sprawiedliwości. W spektaklu również stanie po właściwej stronie – jako ksiądz (wnuk głównego bohatera). Bezwzględnym nadużyciem będzie stwierdzenie, że przedstawienie jest kontynuacją wątków z filmu. W żadnym razie tak się nie dzieje. Powtarza się wspomniany motyw rozliczania Kościoła, ale należy założyć, że pisarze czy twórcy filmowi i teatralni sięgną po niego jeszcze wiele razy. Można jednak odnaleźć jeden ważny łącznik konstrukcyjny. Dariusz Toczek, w „Klerze” grający bohatera tłamszonego przez duchowieństwo, w spektaklu otrzymuje rolę księdza i może wprost przeciwstawić się demoralizacji kaznodziejów, potępiając ich zachowanie, a zwłaszcza ich dewiacje seksualne. Ksiądz Marcin nie ulega próbom szantażu oraz nie zamierza kryć zwyrodnialców. Zdecydowanie opowiada się za koniecznością dokonania przez księży rachunku sumienia i za rozliczeniem tych, którzy dopuścili się pedofilii. Odsunięcie od pracy z dziećmi i odesłanie do czynienia posługi w domu seniora, to niewystarczająca kara, to nieadekwatne konsekwencje. Znamienny, bardzo ważny, jest moment mszy świętej, podczas której Marcin nie tylko demaskuje Kościół, ale i dokonuje coming outu. Wychodzi na jaw ludzka dwulicowość, hipokryzja wierzących, a nawet uwydatnia się wstecznictwo połączone z moralnym analfabetyzmem. W scenie tej, jak w soczewce, skupia się obraz polskiego społeczeństwa. Daleki jestem od generalizowania, ale jeśli chodzi o fundamentalne kwestie, nie mam złudzeń – ugrzęźliśmy, pomimo światowego postępu, na cywilizacyjnej mieliźnie. Pojedyncze głosy nie są na tyle słyszalne, by mogły odmienić sytuację.

Spektakl Smarzowskiego rozpoczyna się od sceny umiejscowionej na początku lat siedemdziesiątych – od prowadzenia Bartka Sowińskiego, starszego mężczyzny, którego gra Stanisław Brejdygant, do jakiejś więziennej celi: krzesło, stół, na nim jakaś lampa i magnetofon. W pierwszej chwili można odnieść podwójne wrażenie: albo bohater został dopiero osadzony w więzieniu, albo prowadzony jest na przesłuchanie. Oba wrażenia są mylne. Sowiński poprosił o możliwość nagrania „listu” do wnuka Marcina. Ma na to tylko godzinę. Nie traci więc czasu. Od „Marcinku…” rozpoczyna wiadomość skierowaną do syna swojego syna. Najpierw wydaje się, że będzie to kilka zdań, raczej opisujących żywot więźnia, zwieńczonych pozdrowieniami. Szybko jednak można zorientować się, że to „list-wyznanie”, ewidentne przyznanie się do winy, uznanie się za winnego, jakaś próba rozrachunku z samym sobą, wyjawienie prawdy o sobie, zwrócenie na siebie uwagi jako na człowieka godnego potępienia. Zastanawiam się nad oczyszczającym charakterem tego aktu odwagi, ale raczej nie łączyłbym go z katharsis. Bohaterowi nie zależy też, zdaje się, na obmyciu z win. Nie idzie chyba też o chrześcijańskie oczyszczenie z grzechów. Wręcz przeciwnie. Słowami „stchórzyłem” i „kłamałem” domaga się napomnienia. „Zabiłem dwoje niewinnych ludzi. Bezbronnych. Ufali mi. Trzeba będzie od początku…”. To moment przełomowy. Najtrudniejszy. Nastąpiło przyznanie się do winy, nie przed prokuratorem czy sądem, ale przed wnukiem, co było chyba ważniejsze. Nie będzie chyba przesady w założeniu, że monolog Sowińskiego mógł przyjąć formułę spowiedzi. Może przedśmiertnej? Akcja prowadzona jest dwutorowo – Bartek nagrywa, a niemalże w tym samym momencie Marcin odsłuchuje. Musi się to, rzecz jasna, dziać w różnych perspektywach czasowych. Dziadek nagrywa wspomnienia dla dwuletniego wnuka. Kiedy Marcin otrzymuje nagranie, jest już ponad pięćdziesięcioletnim mężczyzną (księdzem) i zmaga się ze swoimi problemami (dokonuje również rozrachunku ze swoim „ja”). Sceny przeplatają się, bo akcja dzieje się w dwóch planach: przeszłość i świat współczesny. Zostało to zaaranżowane w sposób, pozwalający w konsekwencji widzowi sądzić, że przysłuchuje się spowiedzi. Nie ma ona jednak charakteru kościelnego. To bardzo osobiste wyznanie, w którym bohater stawia wiele pytań o mechanizmy swojego działania, o jego motywację. Sprawny montaż, jak na Smarzowskiego przystało – momentami ciosany, momentami „szyty” za grubymi nićmi, zapewnił połączenie oddzielnych planów (różne światy, różne historie) w całość.

Sowiński jest więźniem. Analogicznie do informacji z notki prasowej przeczytanej przez Brejdyganta, sam, po wielu latach, zgłosił się do prokuratury i wymusił skazanie za zabójstwo, którego dopuścił się podczas wojny. Zbyt długo zmagał się z ciężarem okropnej tajemnicy. Prokurator nie chciał przyjąć zeznania, powołując się na zamierzchłe czasy. Sugerował, że za chwilę nastąpi przedawnienie, a w okolicznościach wojennych człowiek zmuszany był do różnych działań. Sowiński nie ustąpił. Nie ustąpił, bo pamięć była wciąż żywa ze względu na kontekst osobisty. W marcu 1943 roku zamordował dwoje Żydów – Sarę i Samuela, nazywanego Szymonem. Sarę kochał i nigdy nie przestał. Wciąż pamięta jej spojrzenie – bez lęku. Jej obraz będzie ukazywał się Bartkowi dość często. Trochę jak jego demon. Sowiński wyrzuca sobie, że najpierw ich ukrywał w swoim domu przed Niemcami, by ocaleli, a później zabił. Za korzyści majątkowe. Nazywa siebie Judaszem i Zdrajcą.

Brejdygnat prezentuje aktorstwo najwyższej próby. Waży starannie każde wypowiadane słowo, każde odpowiednio intonuje. Opowiada tragiczną historię, trzymając widza w napięciu od pierwszej do ostatniej sceny, ale nie histeryzuje. Udziela się mądrość aktora. Nie bez znaczenia jest jego dystans wobec życia i miotających tym życiem okoliczności. Jego bohater skupia się na analizie własnych myśli i uczuć. Nie jest jednak introwertykiem. Nie odważyłby się przecież wtedy choćby na taki kontakt z wnukiem. Brejdygant buduje postać od środka – na emocjach. Tylko po każdym wypowiedzianym słowie można zorientować się, że cierpi, że nigdy nie pogodził się z czynem, którego się dopuścił. Na zewnątrz jego bohater to dość silny, stabilny, zdecydowany mężczyzna, pochylający się nieco na skutek wieku i życiowych doświadczeń (między innymi samotnością – żona Maria odeszła, kiedy dowiedziała się o kłamstwie). Aktor rzadko podnosi głos, by wyrazić uczucia, ale mimo wszystko czuć, że rozsadza go od wewnątrz ekspresja (czuć, że w ten sposób doznaje siebie). Częściej komunikuje się z widzami za pomocą mimiki czy gestu. Bartek to postać zbudowana na zasadzie kontrastu – z jednej strony jest zły, bo zabił, z drugiej – wrażliwy, bo refleksyjnie analizujący swoje zachowanie i próbujący udowodnić, że potrafił kochać. Z kontrastem mamy do czynienia również w scenach spowiedzi wiernych – jeden kopnął psa, drugi, bodajże, przeklinał. Dzięki temu zabiegowi udało się uchwycić jeszcze bardziej tragiczność sytuacji Bartka, wyeksponować czyn. On nie spowiada się ze szturchnięcia przechodnia na chodniku. On zabił. Moment definitywnego uświadomienia sobie zabójstwa, a może bardziej, wypowiedzenia, że go dokonał, zdaje się być ponad siły. „Zabiłem moich Żydów. Dlaczego?” – zapyta. „Zamordowałem dwoje potomków Mojżesza i Jezusa. Wstąpiło we mnie zło” – to wyznanie potęguje jego świadomość. Niezwykle przejmujące są sceny, w których bohater opowiada krok po kroku, jak do zabójstwa doszło, czyli jak stał się „dziadkiem-mordercą”, a także jak obchodził się ze zwłokami. Te szczegóły są niezwykle ważne dla przeniknięcia postrzegania przez niego sytuacji, w której znalazł się na skutek popełnionej zbrodni. Pewne obrazy zostaną w jego pamięci już do śmierci. Brejdygant zbudował postać pełną sprzeczności. Stworzył portret człowieka, który zbłądził i któremu można zacząć w pewnym momencie współczuć. Nie da się jednak usprawiedliwić haniebnego przestępstwa. Można jedynie zastanowić się, na ile sam podjął rzutującą na całe jego życie decyzję, a na ile podsycana była przez innych, prawdziwie nienawidzących Żydów. Warto w tym miejscu podkreślić, iż pomimo, że w spektaklu występują inni aktorzy, w dalszym ciągu jest to monodram Brejdyganta. Wątki narastają, robi się zawile, ale najważniejsze, że przez cały spektakl widz nie traci z oczu bohatera – Bartka Sowińskiego.

Pozostali bohaterowie to „postaci pomocnicze”. Z jednym wyjątkiem – księdzem Marcinem kreowanym przez Dariusza Toczka. Jego cechą charakterystyczną, a jednocześnie znakiem szczególnym jest twarz, którą w sposób fenomenalny potrafi oddawać stany emocjonalne ludzi skomplikowanych psychicznie. Bardzo dobrze radzi sobie z eksponowaniem strachu, niepewności, lęku, a nawet obłędu. Tylko czekać aż wykorzysta ten atut jakiś reżyser i zaproponuje Toczkowi rolę człowieka do granic możliwości pokiereszowanego psychicznie lub pozostającego pod wpływem silnego opętania. Nie mam wątpliwości, że stworzyłby wybitną kreację. Wróćmy do roli Marcina. Dla aktora, który deklaruje, że jest katolikiem, to rola wręcz wymarzona – może z pełną świadomością i odpowiedzialnością wypowiedzieć się w sprawie i zresztą czyni to w sposób dosadny. Wypowiedź jego bohatera, o tym, że Kościół nie rozumie ludzi (nie tylko w kontekście LGBT), może być wręcz jego własną. „Zawiedliśmy was i wciąż zawodzimy. Zawodzimy samych siebie – mówimy o prawdzie, ale jedno mówimy, drugie robimy” – tymi słowami dokonuje ksiądz Marcin oceny duchowieństwa. Czy można wyobrazić sobie bardziej jednoznaczny osąd? Toczek sprawia wrażenie bardzo przejętego rolą, co pozwala mu wykreować bardzo autentyczną postać. Nawet w scenach niemych przeszywa swoim aktorstwem. Czuć, że gra, że istnieje, że współodczuwa. Powtarza, że jego orężem są emocje. Potwierdza to również rolą w „Winnym”.

Niezależenie od kontekstu przywołanego w opowieści, spektakl ma charakter uniwersalny. Koncentruje się bowiem na prawdzie. Stawia pytanie, na ile jest ona w stanie człowieka wyzwolić i komu jest potrzebna. Zmusza ponadto do refleksji nad mechanizmem zła. Każe zastanowić się, dlaczego Bartek posunął się do tak ohydnego czynu. Smarzowski ponadto trafnie diagnozuje kondycję polskiego społeczeństwa, wskazując na jego główne grzechy. Udziela też zajmującej lekcji historii: nie ma narodu bez skazy, nie ma narodu, który nie popełniłby w przeszłości błędów. Ważne, by sobie narodowe wady uświadamiać i próbować je niwelować. Smarzowski wadzi się również z Kościołem – z Kościołem, nie z religią. Obnaża sukcesywnie hipokryzję duchowieństwa. Za karykaturalną należy uznać scenę, w której to przeniesiony do domu opieki ks. Woźniak, za wątpliwą karę zresztą, śpiewa z seniorami pieśń „Idzie Jezus, spójrz jak kroczy…”. Przez pryzmat postawy arcybiskupa Jędruszewskiego (epizod znakomicie odegrany przez Zdzisława Wardejna) ukazuje zamknięcie Kościoła na potrzeby ludzi, niezrozumienie cywilizacyjnego biegu, arogancję i agresję (nie ma „czerwonej zarazy”, ale jest „tęczowa”). To wszystko dowodzi, że mamy do czynienia z Kościołem-falsyfikatem, w którym już dawno nie ma Boga (jeśli w ogóle kiedykolwiek w tej wspólnocie był).

„Winny” to spektakl, w którym przeplatają się różne wątki: społeczne, polityczne czy obyczajowe. Każdy jest tak samo ważny, bo i każdy odkrywa jakieś mechanizmy, pozwala zrozumieć stan rzeczy czy wyciągnąć odpowiednie wnioski. Smarzowski, zdaje się, zmusza widza również do zastanowienia się, na ile historia może zdeterminować działania człowieka i sprawić, że stanie się on jej ofiarą, będąc tym samym ofiarą swoich czasów. Nie można zgubić i tej perspektywy, oglądając to ważne i potrzebne przedstawienie.

Grzegorz Ćwiertniewicz – doktor nauk humanistycznych, historyk filmu i teatru polskiego, polonista, wykładowca akademicki, autor książek: „Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko”, (2015) i „Grażyna Barszczewska. Amantka z pieprzem” (2019) oraz wywiadów z ludźmi ze świata kultury, recenzji, artykułów o tematyce teatralnej. Należy do Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICT/IATC), a także do Kapituły Nagrody im. S. Treugutta przyznawanej przez PSMSKT (AICT/IATC) za osiągnięcia w Teatrze Telewizji. Zasiada w jury festiwali i przeglądów teatrów młodzieżowych, a także w radach teatralnych i muzealnych. Publikuje m.in. w „Polonistyce”, „Teatrze”, „Śląsku”, „Odrze”, „Presto”, „Przeglądzie” i w „Yoricku”, a także w kilku wortalach kulturalnych; zainicjował autorski cykl „teatr na ekranie”; mieszka we Wrocławiu.

[Fot. Arsen Petrovych/ TVP]

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.