Śląska opera za trzy grosze, czyli aktorska arytmetyka
A cóż to za nowe przedstawienia raczą nasze oczy na scenie polskiego życia publicznego? Oto aktorzy Teatru Śląskiego, mieniący się kapłanami wysokiej kultury, wychodzą przed kurtynę z transparentem, którego przezroczystość zdaje się sugerować równie przejrzyste intencje: „Jestem aktorem teatralnym, zarabiam najniższą krajową”. O tempora, o mores! Dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More! Co tam dramat? Tragedia!!! Publiczność leje potoki łez, dziennikarze pilnie notują, a władza… cóż, władza zawsze jest „przejęta”, zwłaszcza przed kamerami.
I ja chciałem włączyć się w lamentujący chór(gr. choros, łac. chorus), zespół osób wypowiadających ... More. Niestety, bywają ludzie chorobliwie nadgorliwi. Należy do nich niejaka Alina Czyżewska, która korzystając z obywatelskiego prawa do informacji publicznej (że też dotychczas nikt tego szkodliwego przepisu nie zniósł), zajrzała za kulisy tego nagłego spektaklu.
Cóż tam zastała? Ano to, że przeciętne wynagrodzenie w protestującym teatrze, jak donoszą wiarygodne źródła (a nie aktorskie lamenty), oscyluje wokół 8500 złotych brutto (mediana), a nie ustawowego minimum, które, jeśli mnie pamięć nie myli, jest znacznie niższe od tejże kwoty. Co więcej, niektórzy z gardłujących na tej scenie artystów inkasują apanaże sięgające nawet 12-14 tysięcy złotych miesięcznie. A ci najmniej uposażeni muszą się zadowolić „jedynie” kwotą bliską 6 tysiącom. Cóż za nędza! Cóż za upodlenie! Doprawdy, serce się kraje… niczym portfel hrabiego, który w wielkim kryzysie musiał sprzedać jedno ze swoich trzech aut i teraz biada, jakże to on do opery dojedzie.
A najzabawniejszy akt(łac. actus = czyn) część dramatu, będąca względnie s... More tej farsy? Otóż protestujący kierują swoje żale do resortu kultury, który nie ma narzędzi do regulacji płac w ich teatrze. Może jedynie przyznać dotację na ekstraordynaryjny projekt artystyczny. O budżecie decyduje jednak samorząd, a z tego budżetu płace wykraja dyrektor. Do nich więc należy kierować te lamenty. To tak logiczne, jakbym ja pisał list do prezydenta z reklamacją na fuszerkę mojego hydraulika. Logika? A komu ona potrzebna, gdy w grę wchodzi dobry, medialny spektakl nagłaśniający przygotowywaną właśnie przypadkiem premierę?
Jednakże bawi mnie niezmiernie, że najgłośniej krzyczą ci, których kieszenie są najpełniejsze. Protestują przeciwko nierównościom, zdając się nie zauważać, że sami są beneficjentami tychże nierówności! Bo różnica między najlepiej a najgorzej zarabiającym aktorem wynosi – bagatela! – blisko 7 tysięcy złotych. Za tę sumę niejeden Polak musi przeżyć miesiąc!
Ta teatralna burza w szklance wody doskonale ilustruje pewien polski paradoks: im więcej kto posiada, tym głośniej lamentuje, że mu zabierają. Nasi aktorzy robią więc to, co im najlepiej wychodzi – grają.
Gdy zatem usłyszycie Państwo lament o najniższej krajowej, warto najpierw sprawdzić, czy przypadkiem nie wydobywa się on z ust kogoś, kto zarabia dwa razy więcej niż przeciętny obywatel tego kraju. Bo jak mawiali starożytni Rzymianie: Pecunia non olet – pieniądze nie śmierdzą. Ale hipokr… chciałem napisać: marketing kultury, Panie i Panowie, i to w wydaniu wirtuozerskim, już owszem.
Konrad Szczebiot
POST SCRIPTUM
Mam świadomość, jak niewiele w niektórych teatrach się zarabia i jak niewiele się o tym mówi, a jeszcze mniej z tym robi. Temat jest ważny, a został niestety na długie miesiące, a może i lata, spalony w oczach tak zwanej opinii publicznej. I to jest, niestety, największy skandal w całej tej sprawie.
