Śląsk ludziom zamkniętym na odkrywanie nowego wciąż jawi się jako kraina kopalni, spowita czarnym kłębem dymu, w której żywot swój toczą mieszkańcy o czarnych sercach, najczęściej górnicy. Śląsk dla ludzi myślących stereotypowo to przede wszystkim region chłoporobotniczy, w którym inteligenci stanowią śladowy promil. Dla niektórych to swoisty skansen, a nawet, można spotkać się i z takimi określeniami – rezerwat, który można zwiedzać, najlepiej z lornetką, by nie podchodzić za blisko. Zwiedzić i wyjechać. Na pewno nie zostać. Za dziwny jest, by pędzić w nim życie. Jakież to krzywdzące i niesprawiedliwe myślenie. Jak źle świadczy o tych, którzy uważają je za właściwe.
Śląsk to z jednej strony ostoja tradycji, pielęgnowanej z pokolenia na pokolenie, ale i pamięci, kultywowanej pieczołowicie, z drugiej – prężnie rozwijająca się część naszego kraju, w której wysoko stawia się poprzeczkę choćby w obszarze kultury. Celnie i interesująco pisze o tych dwóch stronach (a może i światach?) Szczepan Twardoch w „Drachu”, przeniesionym zresztą przez Roberta Talarczyka na scenę Teatru Śląskiego. Katowice dzisiaj, nie będzie w tym przesady, można z pełną odpowiedzialnością uznać za kulturalną stolicę – nie ma tu miejsca na snobizm, niekończące się rozmowy o niczym czy owijanie w bawełnę. Jest za to miejsce na działanie w ważnych sprawach – szczere, bez ogródek, bez koloryzowania. By ukazać, jak wzrasta poziom kultury na Śląsku, wystarczy wskazać na wyróżniający się teatr, dostrzegane również poza granicami kraju osiągnięcia muzykologiczne (instrumentalistyka jazzowa to tylko jeden z przykładów), znakomitą literaturę, troskę o muzealnictwo, dbałość o budynki kulturalnej użyteczności (wciąż powstają nowe) czy stale rosnącą liczbę festiwali.
Ten wstęp, być może w pierwszej chwili zdający się nie pasować do recenzji spektaklu, jest uzasadniony. „Toć”, choć będzie to na pewno uogólnienie, powstał prawdopodobnie z chęci pokazania, że Śląsk utkany z przeszłości, również tej bolesnej, która rzutuje na dzisiejsze problemy tożsamościowe, odważnie stawia czoła przyszłości, radzi sobie świetnie w teraźniejszości i nie tylko nie potrzebuje litości, ale wręcz oczekuje zaprzestania stygmatyzowania i wzywa do szacunku dla tradycji i gwary śląskiej, która jest żywym zapisem kultury. I te oczekiwania wybrzmiewają ze sceny, choć bardziej niż żądaniem są cichą prośbą, próbą przemówienia do rozsądku. Bohaterkami są cztery młode kobiety, które dokonują w pewnym sensie rozrachunku ze swoją śląskością, ale w tym przypadku przede wszystkim przez pryzmat języka. Używać śląskiego czy też nie używać? Oto jest pytanie. Bohaterki, co prawda, przekonane są, że nie należy wzbraniać się przed posługiwaniem się nim nie tylko w zaciszu domowego ogniska, ale również w przestrzeniach publicznych. O ile ta pierwsza jest przyjazna, bo swoja, ta druga wydaje się już nie do końca bezpieczną. Dlaczego? Istnieje realna szansa obśmiania, niezrozumienia, a nawet odrzucenia. Reakcje ludzi niezwiązanych ze Śląskiem bywają bardzo różne, najczęściej prześmiewcze. Często kpią, szydzą, ironizują… Bohaterki podkreślają, że najgorsze jest obniżanie poczucia ich wartości, a także wskazywanie na inność. Wolą w pociągu, tramwaju, autobusie czy metrze ściszyć głos, aniżeli być obiektem żartów lub, co gorsze, być uznanym za dziwoląga. Żeby była jasność. Spektakl nie jest utrzymany w formie skargi. Podnosi raczej problem niezrozumienia. Dziewczyny potrafią również uśmiechnąć się do swojej śląskości, a i nie brakuje im zapału, by walczyć z uprzedzaniami społeczeństwa. Można odnieść wrażenie, że przedstawienie jest w pewnym sensie czymś na kształt ablucji (choć może to przesada) albo przynajmniej publicznym obmyciem ze wstydu, pierwszym poważnym krokiem w kierunku wyswobodzenia się z pęt nieśmiałości i zerwaniem w konsekwencji z myśleniem o swoim języku w kategorii obciachu.
W mojej opinii nie można dać się zwieść dość swobodnej formule przedstawienia, w której rzeczywiście zamiast patetyczności dominował humor z domieszką inteligentnej ironii. Nie. Ewa Mikuła, reżyserka przedstawienia, ale i autorka scenariusza (powstałego podczas kursu teatru dokumentalnego, odbywającego się w Instytucie Grotowskiego w ramach projektu „Teatr na Faktach”) schroniła się w takim sposobie wypowiadania się przed nieżyczliwością odbiorców, którzy mogliby nie zrozumieć intencji twórczyni tej ważnej opowieści. Zapewniła nim również poczucie bezpieczeństwa najpierw Ślązaczkom (scenariusz powstał na podstawie przeprowadzonych z nimi rozmów), a następnie aktorkom, odgrywającym ich role. Ta lekkość to zasłona dymna. To kamuflaż. Temat był, jest i będzie nazbyt poważny, by rozważać go z przymrużeniem oka. Zwłaszcza że dotyczył, dotyczy i dotyczył będzie języka, który dla Ślązaczek stanowi sferę intymności. Oczywiście, zważywszy, że uczestniczkami rozmów były młode kobiety, bardziej zdystansowane wobec problemu niż ich babki czy matki, to postrzeganie jest na pewno inne. Młode Ślązaczki są obecnie obywatelkami świata. Wykształcone. Bardziej odważne. Świadome swojej wartości. Często wyjeżdżają ze Śląska i osiedlają się na przykład w Warszawie i wychodzą za mąż za mieszkańców innych regionów kraju. Ale przez wzgląd na przeszłość, przez powszechne swego czasu wykluczanie z przestrzeni publicznej czy zakazywanie porozumiewania się gwarą, nie da się rozprawiać na ten temat niepoważnie. Ta lekka formuła to swoisty asekuracyjny krok do tyłu. Jeśli tak, to bardzo przemyślany. Można, rzecz jasna, polemizować i wykazać, że reżyserce naprawdę zależało na tym, by było ludycznie i przyjemnie, ale doceniając jej dotychczasowy dorobek i zaangażowanie w kwestie społeczne, wydaje się to niemożliwe.
„Toć” to w gwarze śląskiej potwierdzenie czyjejś wypowiedzi, zgoda na coś, przyznanie racji. To ulubione słowo babki reżyserki. Widz dowiaduje się o tym ze sceny, z wypowiedzi aktorki, jak udało mi się zorientować, odgrywającej rolę samej twórczyni przedstawienia. Ta aktorka to Malwina Brych, absolwentka Wydziału Aktorskiego Akademii Sztuk Teatralnej (filia we Wrocławiu), związana z Teatrem im. Wojciecha Bogusławskiego(1757-1829), aktor, reżyser, dramatopisarz, trzykrotny dyre... More w Kaliszu. To z nią, jako pierwszą, widz wchodzi w teatralną interakcję, zresztą bardzo udaną. Brych doskonale odnajduje się w nawiązywaniu relacji z widownią bez werbalnego angażowania jej w akcję. Od pierwszej chwili skupia na sobie uwagę i potrafi utrzymać ją do ostatniego wypowiedzianego przez siebie słowa. Napisać, że jest filarem tego przedstawienia, to nic nie napisać. Znakomicie podawane słowa (wzorowa dykcjawymowa aktorska; dykcja teatralna wymaga szczególnie staran... More), opanowane do perfekcji wyrażanie emocji – interesująca mimika twarzy, przemyślane gesty, fascynujący ton głosu – wszystko to powodowało, że z niebywałą precyzją wyrażała radość, smutek, złość czy strach. Do tego niezwykle profesjonalnie odnajduje się w relacjach z innymi aktorkami. Zapamiętajmy jej nazwisko, bo będzie o niej głośno. Na uwagę zasługuje również Magdalena Lamża, również absolwentka wrocławskiej filii szkoły aktorskiej, dysponująca bardzo szerokim wachlarzem aktorskich możliwości, z których na pierwszy plan wysuwają się predyspozycje komediowe – szafowanie tonem głosu, charakterystyczna mimika, sceniczna lekkość, skuteczność w budowaniu postaci zdystansowanej wobec rzeczywistości, z gracją wypowiadającą przypisane jej partie tekstu. W spektaklu występują również Żaneta Górecka i Marta Wiśniewska-Slabik – związane na co dzień ze środowiskiem teatralnym. Kreacyjnie nie wiodą prymu, co nie oznacza, że ich obecność nie jest ważna. Podobnie jak Brych i Lamża wypowiadają się w imieniu bohaterek-Ślązaczek, ale ich gra jest obciążona jakimś fałszem, który prawdopodobnie jest konsekwencją nienaturalności – recytują swoje kwestie, zamiast podawać je zwinnie, zwyczajnie, jak zwyczajne są grane przez nie postaci, brakuje im swobody. Wszystko to sprawia, że nie są przekonujące tak, jak ich sceniczne partnerki.
Scenariusz obfituje w liczne dialogi, zgrabnie ze sobą powiązane. Toczą się między bohaterkami spektaklu wartko i to z nich widzowie dowiadują się o pojedynczych historiach, emocjach, wątpliwościach czy przemyśleniach. Problemy zarysowują się bardzo wyraźnie. Portrety poszczególnych postaci również. Najważniejszym tworzywem tego przedstawienia jest język. Na nim Mikuła oparła cały pokaz (to chyba odpowiednie słowo na określenie całości), rezygnując z majestatycznej, zatopionej w śląskości, scenografii. Ma to swoje zalety. Scenografię tworzy widz samodzielnie, w wyobraźni, na skutek podawanych przez aktorki opisów. Powtórzę, najważniejsze dla spektaklu było/jest słowo. I to ono ma zrobić na odbiorcach wrażenie. I zdaje się, tak się dzieje. Głos młodych kobiet jest słyszalny.
Grzegorz Ćwiertniewicz – doktor nauk humanistycznych, historyk filmu i teatru polskiego, polonista, wykładowca akademicki, autor książek: „Krystyna Sienkiewicz. Różowe zjawisko”, (2015) i „Amantka z pieprzem” (2019) oraz wywiadów z ludźmi ze świata kultury, recenzji, artykułów o tematyce teatralnej, a także z zakresu prawa i zarządzania. Należy do Polskiej Sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych (AICTMiędzynarodowe Stowarzyszenie Krytyków Teatralnych (Associ... More/IATC), a także do Kapituły Nagrody im. S. Treugutta przyznawanej przez PSMSKT (AICT/IATC) za osiągnięcia w Teatrze Telewizji. Zasiada w jury festiwali i przeglądów teatrów młodzieżowych, a także w radach teatralnych i muzealnych. Publikuje m.in. w „Polonistyce”, „Teatrze”, „Śląsku”, „Odrze”, „Presto”, „Przeglądzie”, „Yoricku”, „Dyrektorze Szkoły” czy „Kwartalniku Edukacyjnym”, a także w kilku wortalach kulturalnych. Mieszka we Wrocławiu
