W dwóch teatrach stołecznych na afiszu porywające spektakle o Warszawie. Jeden w tonacji serio w Teatrze-galerii Studio, drugi w tonacji buffo w Teatrze Komedia.
Na pozór wszystko te spektakle dzieli, „Mahagonny” opiera się na songspielu Brechta(1898-1956) niemiecki poeta, prozaik, dramaturg i inscenizat... More/Weilla (1927), potem rozbudowanym w widowisko operowe, „Karnawał warszawski” Cyryla Danielewskiego korzysta ze starego wodewilu (prapremiera w roku 1905). Ale oba spektakle snują opowieść o wielkim mieście. Mieście-potworze, pełnym przemocy, które pochłania swoich mieszkańców, przemienia ich i niewoli, i o mieście-marzeniu, które przynosi swobodny oddech i wolność. Dwie odmienne perspektywy albo dwie strony medalu tego samego przecież miasta.
Songspiel Brechta/Weilla nie opowiada o Warszawie, ale o mieście wyimaginowanym, tytułowym Mahagonny, które wiele obiecuje, a potem niszczy skuszonych perspektywą sukcesu. Jego znakiem rozpoznawczym stał się „Alabama song” – w Studiu śpiewa go porywająco Ewa Błaszczyk:
„Potrzebny nam byle jaki bar
Żeby można w nim whisky chlać i gin
Inaczej tylko grób inaczej tylko grób
Inaczej inaczej inaczej tylko grób„.
Śmiały pomysł połączenia „Mahagonny” ze współczesnym songspielem „Afterparty” Kasi Głowickiej i songami do tekstów Bartosza „Fisza” Waglewskiego sprawia jednak, że i „Mahagonny” można traktować jako figurę każdego wielkiego miasta, a więc i Warszawy. Tak zachwala swoją produkcję sam teatr: „Mahagonny, fikcyjne miasto w Europie lat 30. XX wieku i współczesna Warszawa. Rewolucja przemysłowa, galopująca nowoczesność, wszechogarniający postęp. Muzyka i śpiew”.
Na scenie Teatru Studio i Mahagonny, i Warszawę symbolizuje fitness club, w którym rozgrywa się ta opowieść o życiu bez barier, czerpaniu pełnymi garściami z przyjemności, ale i o cierpieniu, które za tym się kryje. Bohaterowie niezmordowanie poddają próbie swoją kondycję, tak ważną w pogoni za sukcesem. Ich utrudzenie słychać wyraziście zwłaszcza w części drugiej widowiska, skomponowanej przez Głowicką, i w tekstach Waglewskiego. Dochodzi w nich do głosu krańcowe przemęczenie, utrata złudzeń, poczucie nienadążania za tempem życia narzucanym przez wielkie miasto – w szczególności czyni silne wrażenie song influenserki fenomenalnie wykonywany przez Natalię Rybicką. Obietnica wielkiego miasta okazuje się więc złudą, majakiem, utopią. Ten spektakl ma na widoku przebudzenie, zachętę do bacznego przyglądania się światu i stawianie sobie innych wymagań, z myślą o zagrożonej przyszłości.
Od takiego odstręczającego wizerunku Warszawy najwyraźniej stronił Danielewski. W spektaklu Studia wielkie miasto, Warszawa niewoli przybyszy, w Komedii – wyzwala. Teksty utworów Brechta i Danielewskiego powstały mniej więcej w tym samym czasie, dzieli je zaledwie 20 lat, ale jednocześnie dzieli przepaść. Łączy niemal kompletne zapomnienie. Wprawdzie wersja operowa „Mahagonny’, czyli trzyaktowa sztuka „Rozkwit i upadek miasta Mahagonny” trafia co pewien czas na afisz w Polsce (po raz ostatni w Teatrze Muzycznym w Gdyni, 1982), ale wcześniejsza wersja koncertowa raczej nie. W zacisze archiwum odszedł też „Karnawał warszawski”, po raz ostatni grany w roku 1964 w reżyserii Czesława Szpakowicza. Miało to miejsce w tym samym Teatrze Komedia na warszawskim Żoliborzu.
Krytyka po premierze kręciła nosem, nawet życzliwie usposobiona do teatru Karolina Beylin, stała recenzentka „Expressu Wieczornego”, nie mogła się nadziwić, że ktoś sobie przypomniał o tej ramocie. „Sądziłam, że mało jest ludzi, którzy tamtych widowisk żałują” – pisała zdumiona, nawiązując do międzywojennego repertuaru lekkich teatrzyków. I dodawała kąśliwą uwagę o „Karnawale”, że Bałucki „wydał nam się przy tym widowisku arcydziełem dowcipu”. Niemniej odnotowała, że publiczność bawiła się świetnie, a Benigna Sojecka „dowcipnie i z wdziękiem ujmująca rolę Michasi dostawała oszałamiające brawa przy otwartej kurtynie za każdą ze swoich piosenek”. Słowem przewidywała, że spektakl będzie się cieszył się niebywałym powodzeniem. Tak się też stało, ale nie spowodowało to renesansu zainteresowania „Karnawałem warszawskim”, którego premiera sprzed niemal 60 lat okazała się jego ostatnim tchnieniem.
Nie takim ostatnim jednak, skoro Sławomir Narloch sięgnął po ten zapomniany utwór i odnalazł w nim inspirację do swojego spektaklu. Nie jest to w żadnym razie rekonstrukcja niegdysiejszego przedstawienia w Komedii, ale zupełnie nowa interpretacja z lekkim nalotem pastiszu, która pozostając w zgodzie z librettem, wprowadza do widowiska nowy liryczny akcent, zderzając wodewilowe polowanie na mężów z poetyckim oczekiwaniem na prawdziwą miłość. Narloch, wydawałoby się, wiąże ogień z wodą, ale odnosi sukces, w dużej mierze dzięki świetnej obsadzie, która sprostała temu niełatwemu wyzwaniu.
Z jednej strony mamy więc do czynienia z żywiołową, farsową akcją, z drugiej z subtelną opowieścią o poszukiwaniu nieskłamanego uczucia. Co więcej, karykaturalnie zarysowane postaci „Karnawału” przynoszą nie tylko radość widzom swoimi zachowaniami, budząc niesłychane rozbawienie, ale odkrywają podszewkę niekoniecznie tak słodką i idiotyczną, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Za zwariowaną opowieścią o pięciu pannach Brzeskich na wydaniu i do tego niezamężnej kuchareczce czekającej na swoje szczęście kryją się wcale poważne motywacje bohaterek: ich lęk przed samotnością, biedą, odrzuceniem, niepewnością jutra, lęk przed przemocą i uprzedmiotowieniem kobiety (mówi o tym wprost niby zabawna, a tak naprawdę ponura w wymowie piosenka z radami dla młodej mężatki, jak zapobiec przemocy ze strony męża). Nie wszystko więc w tej zabawnej karnawałowej fabule jest takie słodkie tak jak nie wszystko w „Mahagonny” gorzkie. W „Karnawale” na tyle opakowane dowcipem, tańcem i piosenką, że nie pozbawia oglądającego bezpiecznego dystansu.
Świetnym pomysłem okazało się powierzenie ośmioosobowej obsadzie kilkunastu ról – dzięki temu większość aktorów gra po dwie albo i więcej postaci, przy czym nie ma tu rozróżnienia ze względu na płeć, panowie grają panie i na odwrót – w zależności od potrzeb. Wywołuje to dodatkowe efekty komicznie, osobliwie w piosenkach-numerach romantycznych, w których w pary kojarzeni są niekiedy panowie, odtwarzający role panien Brzeskich i och fatygantów. Przy czym sceny te są pozbawione jakichkolwiek akcentów mających na widoku przedrzeźnianie zachowań homoerotycznych.
Akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc... More toczy się wartko, płynnie nabierając tempa, aby w drugim akcie osiągnąć apogeum. Ale już akt(łac. actus = czyn) część dramatu, będąca względnie s... More pierwszy, w którym państwo Brzescy przenoszą się z Pipidówki do Warszawy i rozpoczynają wielkie polowanie na mężów dla swych córek, kończy się brawurową grą w Podróżnika. To seria teneczno-muzycznych numerów, oddających ducha rozmaitych miast, od Berlina po Rio de Janeiro, z choreograficznym rozmachem, w której cały zespół błyszczy techniczną sprawnością, a Krzysztof Szczepaniak jako wodzirej zachwyca. W akcie drugim polowanie nabiera tempa, a tym samym, kiedy bal karnawałowy przechodzi w drugi bal, a drugi bal w trzeci, kiedy towarzyskie spotkanie zaczepia się o następne, doprowadzając do karnawałowego karambolu, podczas którego wyczerpany papa Brzeski (Kacper Kuszewski) opada z sił. Niezmordowana pozostaje mama Brzeska – Magdalena Smalara, która od początku nadaje ton i kierunek akcji. Jej dyspozycje wokalne i niebywała vis comica robi swoje – nie przypadkiem nazywano tę rolę neo-Dulską, a Smalara to potwierdza. Ona tu rządzi i rozdaje role. Skądinąd zastanawia, czemu Danielewski nazwał centralną postać swojego „Karnawału” imieniem i nazwiskiem bohaterki „Emancypantek” Bolesława Prusa. Musiał znać tę powieść, tak jak znał z pewnością „Trzy siostry” Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... More, tęskniące za Moskwą, a zastąpione tu przez pięć sióstr Brzeskich (i szóstą kucharcię) tęskniących za Warszawą. Siostrom Prozorow przenosiny się nie udały, ale siostrom Brzeskim wyszły na dobre, a Warszawa ich nie rozczarowała. Zresztą literackich nawiązań u Danielewskiego jest więcej, by dodać tylko „Dom otwarty” czy „Pana Burmistrza z Pipidówki” Michała Bałuckiego.
Pretendentek i pretendentów do odgrywania pierwszych skrzypiec jest w „Karnawale warszawskim” więcej. To przede wszystkim najmłodsza z panien Brzeskich, Michasia brawurowo interpretowana przez Helenę Englert, która na zmianę błyszczy w scenach farsowych i lirycznych, a także imponuje przygotowaniem choreograficznym. To również Barbara Kurdej-Szatan jako kochliwa i przedsiębiorcza kucharka Frania. Ale i pełni werwy podchorążowie Szkoły Pożarniczej jednający sobie sympatię publiczności.
Tajemnica sukcesu tego widowiska jest jasna jak słońce – poważne, profesjonalne podejście do zbudowania spektaklu, który kręci się jak doskonale naoliwiona karuzela. Wszystko tu się zgadza: od idealnego brzmienia partii chóralnych, przez porywający taniec, po rytm spektaklu z prawdziwym zapałem oddanego Warszawie.
Tomasz Miłkowski
MAHAGONNY. EIN SONGSPIEL/ AFTER PARTY, Bertolta Brechta, Kurta Weilla i Kasi Głowickiej, Bartosza „Fisza” Waglewskiego, reż., scenografia Krystian Lada, dyrygentka Lilianna Krych, kostiumy Tomasz Armada, Teatr-galeria Studio, premiera 8 grudnia 2024.
KARNAWAŁ WARSZAWSKI Cyryla Danielewskiego, reżyseria i adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li... More Sławomir Narloch, muzyka Jakub Gawlik, scenografia Martyna Kander, kostiumy Anna Adanek, choreografia(gr. choreia = taniec + grapho = piszę), sztuka tworzenia u... More Michał Cyran, Teatr Komedia w Warszawie, premiera 3 stycznia 2025.
[[Fot. Marta Ankiersztejn/ Teatr Komedia]
