Tomasz Miłkowski o nowym rozdziale w bujnej historii Teatru TV pisze w tygodniku „Przegląd”
Sceptycy powątpiewali, czy uda się zrestartować Teatr TV, który przecież lata dominacji ma za sobą. Czasy niewyobrażalnej dzisiaj oglądalności minęły, ale dotyczy to bez mała całej produkcji telewizyjnej, może wyjąwszy najważniejsze wydarzenia sportowe czy polityczne.
Milionowa (czasem nawet kilkumilionowa) widownia Teatru TV to dawne dzieje. Teraz oglądalność niektórych spektakli zbliża się w chwilach szczytu do pół miliona widzów. To jednak wynik zgoła fantastyczny, jeśli pamiętać o parokrotnie niższej średniej oglądalności teatru małego ekranu w ostatnim sezonie za poprzedniego kierownictwa (189 tysięcy).
Fascynująca technicznie transmisja musicalu „1989” z Teatru im. Słowackiego w Krakowie (koprodukcja Teatru Szekspirowskiego) zebrała Bawet w najwyższym momencie oglądalności ponad 800 tys. widzów. Aby taki wynik osiągnąć, teatr tzw. żywego planu o przeciętnej pojemności 250 miejsc na widowni musiałby nieprzerwanie grać przez rok przy kompletach każdego wieczoru. Wiadomo, że to nieosiągalne, a więc słowa powtarzane po każdej emisji teatru telewizyjnego przez prowadzącą rozmowy pospektaklowe: „witam po premierze w największym polskim teatrze”, znajdują pełne potwierdzenie w rzeczywistości.
Jednak liczy się nie tylko ilość, a przynajmniej nie musi być wcale kryterium najważniejszym, bardziej waży
nowa jakość
oferowanej produkcji. Już widać wyraźną zmianę jakościową – na ekranie pojawiły się od dawna niewidziane gwiazdy, wrócili nieobecni przez lata twórcy spektakli – dość przypomnieć znaczący monodram Krystyny Jandy „Zapiski z wygnania”, wzbogacił się repertuar. Kierownictwo TVP w likwidacji (o, paradoksie!), nie szczędzi sił i środków, aby tchnąć w Teatr TV nowego ducha i zapewnić mu godziwe warunki rozwoju. Wreszcie skończył się czas, kiedy prezesi TVP przy każdej okazji, kiedy tylko bywała mowa o misji, wychwalali się realizacjami w Teatrze Telewizji, ale jednocześnie nie ustawali w wysiłkach, aby tę produkcję zepchnąć w kąt, a najlepiej ukrócić.
Na razie zmiany są zachęcające. Wprawdzie malkontenci wyrzekają, że znaczna część pokazywanych tytułów to rejestracje spektakli zrealizowanych w teatrach publicznych, a nawet prywatnych, a produkcje własne dopiero zaczęły o sobie dawać znać, ale nie podzielam tej dziwnej troski.
Nie ma nic nagannego w tym, że najciekawsze (często najlepsze) spektakle żywego planu zostają dzięki temu zapisane nie tylko dla historii, ale także dla współczesnej publiczności. Przeciwnie, dzięki tym zapisom ci, którzy nigdy by tych przedstawień nie obejrzeli, choćby ze względu na wykluczenie komunikacyjne, mają teraz szansę spotkania z produkcjami wzbudzającymi szeroki oddźwięk. A nadto te „cudze”, eksportowane przez telewizję publiczną spektakle, wyprodukowane przez polskie teatry, ukazują się w formie odległej od biernej rejestracji. Praktycznie wszystkie przedstawienia przeniesione na mały ekran przybierają odmienny kształt, dostosowany do warunków telewizyjnego przekazu. Tak więc nie są to transmisje spektakli teatralnych, jak to bywało u zarania historii Teatru TV, kiedy widownia telewizyjna oglądała spektakl razem z widzami zgromadzonymi w teatrze. Nie są to także spektakle pokazywane „na żywo”, co było pewną ideą fix poprzedniego prezesa TVP, jednak okazało się, że sama zasada grania na żywo bez odpowiedniego przygotowania i przetworzenia wcale nie przynosi spodziewanych wyników. Przeciwnie, wiele spektakli realizowanych żywo sprawiało wrażenie martwych.
Tymczasem wszystkie wspomniane przeniesienia spektakli żywego planu na ekran telewizyjny – już po objęciu kierownictwa Teatru TV przez Michała Kotańskiego i Wojciecha Majcherka – wywołały dobre echo, począwszy od wspomnianych „Zapisków z wygnania”, nawiązujących do wymuszonej emigracji polskich Żydów w marcu 1968 roku. Zaciekawienie i dobre recenzje zebrał także wspomniany musical „1989” Katarzyny Szyngiery (reżyseria), którego perfekcyjna retransmisja uwydatniła się w pracy kilkunastu kamer zintegrowanych zamysłem realizatora telewizyjnego Józefa Kowalewskiego. Podobnie rzecz się ma z monodramem Agnieszki Przepiórskiej „W maju się nie umiera” o dramacie Barbary Sadowskiej, matki zamordowanego Grzegorza Przemyka.
Już w nowym sezonie zapisały się w pamięci dwa przeniesione z teatrów spektakle Gombrowiczowskie Macieja Wojtyszki, ukazujące relacje Witolda Gombrowicza z innymi wybitnymi pisarzami. Telewizyjny zapis tych spektakli wiązał się z ogłoszonym przez Senat Rokiem Gombrowicza w 120 rocznicę jego urodzin. Teatr TV sięgnął po gotowe warszawskie przedstawienia w Teatrze Narodowym i Teatrze Polskim. Był to krok
do źródeł wolności
„Dowód na istnienie drugiego” miał premierę już 10 lat temu (2014) na scenie przy Wierzbowej Teatru Narodowego, „Deprawator” został wystawiony na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego cztery lata później (2018) i nadal pozostaje w repertuarze tego teatru. Nie są to więc nowe produkcje, ale wyborne, idealnie wpisujące się w nurt dramatów o wolności, które od lat uprawia Wojtyszko, odwołując się do czołowych postaci europejskiej kultury. Spektakle, których premiery teatralne dzieliły cztery late, widzowie telewizyjni mogli obejrzeć niemal tydzień po tygodniu. Zyskali przy tym wyjątkową okazję obcowania z dwoma wybitnymi rysunkami postaci Witolda Gombrowicza w wykonaniu Jana Englerta i Andrzeja Seweryna. Obie kreacje tchnęły autentyzmem, potwierdzając złożony charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i... More osobowości pisarza.
„Dowód na istnienie drugiego” to rzecz o relacji Gombrowicz-Mrożek. Dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More nawiązuje do romantycznej legendy rywalizacji Mickiewicza i Słowackiego. „Dwa na słońcach swych przeciwnych – Bogi”, tak o tym konflikcie pisał Słowacki w Beniowskim. Wprawdzie stosunki Gombrowicza z Mrożkiem nigdy tak otwarcie się nie skrystalizowały, ale analogia wydaje się uzasadniona. Z jednej strony ekstrawertyk Gombrowicz, z drugiej introwertyk Mrożek. Z jednej strony triumfująca witalność, z drugiej powściągliwość. Tu potrzeba dominacji, tu – izolacji. Wojtyszko stworzył pełnokrwiste portrety bohaterów w intrygującej opowieści o ich spotkaniach i odkrywaniu tajemnicy (przez każdego z nich) tego Drugiego.
Mrożek obywa się bez słów. Spektakl do pewnego stopnia jest o tym, jak uruchomić Mrożka, żeby przemówił, żeby nie opędzał się zdawkowymi odpowiedziami. Do tego zmierza Gombrowicz, nim pojmie, że porozumienie z panem Mrożkiem można osiągnąć inaczej, niekoniecznie przez typowy dialog(gr. dialogos = rozmowa), 1. podstawowa forma wypowiedzi w d... More, czasem przez monolog okraszany drobnymi wypowiedziami.
Głodny wiedzy o ludziach Gombrowicz szuka okazji, aby wedrzeć się im do świadomości, zaleźć za skórę i zachować swoją wszechwładzę. Jan Englert sięga po cały katalog środków, od kabotyństwa po bezbronną szczerość, aby rozszyfrować swego partnera. Czasem pokpiwa, czasem żartuje, czasem szydzi, prawie zawsze przewodzi. Nawet wtedy, kiedy Mrożek ma ugotować obiad.
W „Deprawatorze” partnerem Gombrowicza jest Czesław Miłosz, a w tle pojawia się nadto Zbigniew Herbert. Trzeba niezwykłego talentu i umiejętności rozkładania akcentów, aby nie stroniąc od słabostek wielkich artystów, kabotyństwa Gombrowicza i skłonności do butelki Miłosza, ukazać ich zawiłą przyjaźń. Nie tylko dowcipnie, ale z należną wagą dla intelektualistów, którzy potrafili mierzyć się z prawdą o własnym narodzie.
Gombrowicz Seweryna jest artystą u schyłku życia, wciąż niesytym należnego uznania. Prowadzi grę z otoczeniem, aranżuje przy gościach odebranie „niespodziewanej” wiadomości o przyznanej mu ważnej nagrodzie literackiej. Kiedy Miłosz (Wojciech Malajkat) składa mu spontaniczne gratulacje, na twarzy aktora maluje się rozczarowanie: oto ktoś, kto nie jest zazdrosny, kto potrafi cieszyć się sukcesem przyjaciela. W zanadrzu Gombrowicz ma na koniec jeszcze jedną wskazówkę dla potomnych: Nie lawiruj, płyń prosto pod wiatr – to jego ostatnie słowa w „Deprawatorze” niczym przepustka do wolności.
Michał Kotański zapowiadał, że Teatr TV będzie podejmować
tematy społecznie nośnie
i to już widać we wspomnianych przeniesieniach. Ton społecznej doniosłości wybrzmiewa być może jeszcze mocniej w autorskim spektaklu Mateusza Pakuły „Jak niezabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”, przygotowanym przez Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie i Teatr Dramatyczny im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, a także w duodramie Joanny Szczepkowskiej „ADHD i inne cudowne zjawiska”. To coś więcej niż przedstawienia, w których już sama dbałość o jakość wykonania mogłaby wystarczyć za powód prezentacji. To zaproszenia do wspólnego namysłu nad sprawami, które dotyczą nie tylko elitarnego grona teatromanów.
Spektakl Mateusza Pakuły, oparty na jego książce (pod tym samym tytułem), a co ważniejsze czerpiący impulsy z osobistych doświadczeń stawia na ostrzu noża pytanie o sens utrzymywania zakazu eutanazji. Odtwarzając w spektaklu czas umierania ojca, cierpiącego na raka trzustki, twórca z bezwzględną szczerością, bólem i wewnętrznym buntem odsłania dramat cierpienia ojca i jego najbliższych, a także swój własny dramat, syna bezradnego wobec terminalnej choroby. Opowieść wywiera wstrząsające wrażenie, choć tonowana jest odpowiednio dozowanym komizmem, który pojawia się na marginesie walki nie tyle o życie, ile możliwie lekką śmierć. W roli oskarżonych, ukazywanych karykaturalną kreską pojawiają się lekarze, pracownicy medyczni, księża katoliccy i życzliwi krewni (ich sparodiowane i zarazem groźne sylwetki sugestywnie naszkicował Szymon Mysłakowski). Realizacja telewizyjna wiernie oddała klimat tego wybitnego spektaklu, zagranego na najwyższym poziomie, w poczuciu udziału w ważnej dyskusji o przyszłości godnego umierania w Polsce.
Także spektakl Joanny Szczepkowskiej, choć przy zastosowaniu skromniejszych środków, utrzymany w konwencji spotkania edukacyjnego, podejmuje ważny problem, ukazując wszystkim, którzy jeszcze tego nie dostrzegli, jakie psychiczne cierpienia niesie lekceważenie objawów ADHD i lekceważenie potrzeb ludzi dotkniętych tą chorobą.
Nowe, własne produkcje Teatru TV zapewne ułożą się w jakiś wyraźniej dający się ująć kształt, ale już teraz zwraca uwagę
nieoczywistość wyborów
repertuarowych – dość odległych do utartych ścieżek myślowych. Stąd na początku nowej samodzielności scena telewizyjna zaproponowała spotkanie z autorami rzadko goszczącymi na małym ekranie: Oskarem Wildle’em (1854-1900) i Ödönem von Horváthem (1901-1938).
Prawdę mówiąc, dramat „Wiara nadzieja miłość” Horvátha w reżyserii Agnieszki Glińskiej to jego pierwsza sztuka, która zagościła w Teatrze TV. Starsi telewidzowi pamiętają zapewne Horvatha – jako narratora w spektaklu „Opowieści Hollywoodu” (1987) Christophera Hamptona w reżyserii Kazimierza Kutza – fascynującą rolę pisarza (a właściwie jego fikcyjne alter ego) stworzył wówczas Janusz Gajos.
Spuścizna austriackiego dramaturga węgierskiego pochodzenia, tropiciela społecznej niesprawiedliwości, czującego narastanie nastrojów faszystowskich, przeżywa w ostatnich dekadach renesans obecności na polskich scenach. W dużym stopniu dzięki Agnieszce Glińskiej, która zdążyła już zrealizować kilka jego sztuk, m.in. najsłynniejsze „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” w Teatrze Ateneum (1998).
Tym razem sięgnęła po mniej znany utwór, odsłaniający los samotnej i ambitnej kobiety, która wywodząc się z niższych warstw, pozbawiona majątku, niesłusznie oskarżona o oszustwo, skazana jest na życiową klęskę. Trudno w jej losach (świetnie sportretowanych przez Marię Kanię) nie dostrzec paraleli do położenia kobiet w społeczeństwach patriarchalnych. Sztuka sprzed 90. lat (1933) okazuje się zadziwiająco współczesna.
Współcześnie zabrzmiała też nowa wersja „Brata marnotrawnego” przełożonego pod tytułem „Pełna powaga”. Młody reżyser Tadeusz Kabicz ukazał losy młodych ludzi, próbujących zrozumieć siebie w środowisku elity poddanej żelaznym rygorom interesu. Nowe tłumaczenie Maciej Stroiński opatrzył przewrotnym podtytułem: „Komedia dla ludzi bez poczucia humoru”. Chyba dlatego, że nawet ponuracy znajdą w niej momenty dowcipne. Świetnie zagrana, subtelnie dowcipna, dowiodła, że w repertuarze telewizyjnej sceny nie powinno zabraknąć smakowicie przyrządzonych komedii – a to już zapewniła obsada, w której błyszczały Danuta Stenka i Dorota Segda. Powaga potrzebuje czasem wesołego kompana.
A więc – stało się. Nowy rozdział w bujnej historii Teatru TV uważam za otwarty.
Tomasz Miłkowski
