Potrzeba wielu lat, zanim przepracujemy tematy trudne dla Polaków. Mateusz Demski rozmawia z Mają Kleczewską i Grzegorzem Niziołkiem na łamach „Przeglądu”.
Mateusz Demski: Po 123 latach od prapremiery „Wesela” spektakl powrócił na scenę krakowskiego Teatru im. Słowackiego. Liczba symboliczna, bo na tyle też lat Polska zniknęła z map Europy. To kontekst ważny dla samego spektaklu?
Maja Kleczewska: – Rozmowy o „Weselu” rozpoczęliśmy z dyrektorem teatru Krzysztofem Głuchowskim przed październikowymi wyborami. Kiedy zapytał mnie o interpretację, powiedziałam, że będzie zależała od tego, w jakiej rzeczywistości obudzimy się po głosowaniu. „Wesele” to tekst, który reaguje na tu i teraz; na bieżącą sytuację.
Grzegorz Niziołek: – To nie jest okrągła rocznica, więc nie robimy spektaklu z okazji jubileuszu. Natomiast wiemy, że od premiery upłynęły 123 lata, a jeżeli jest to tekst uważany za kanoniczny, za jeden z najważniejszych dramatów narodowych, aktualny przez cały XX w., i ponoć nadal jest lustrem, w którym można się przejrzeć, to pozostaje sprawdzić tę aktualność – czy sztuka Wyspiańskiego pomieści historię, która tu się dzieje przez ponad sto lat, i podźwignie doświadczenia współczesne. Dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More wychodzi z tej konfrontacji zwycięsko. Wyspiański jest bezlitosnym obserwatorem społecznych mikrosytuacji, które wchłaniają współczesne konteksty. Bez potrzeby dopisywania lub dodawania innych tekstów.
Czy Wyspiański sam w sobie jest współczesny?
M.K.: – Na początku wydawało nam się, że nie jest; że może już nie uda nam się w tekście Wyspiańskiego przejrzeć. Drugi akt(łac. actus = czyn) część dramatu, będąca względnie s... More był szczególnie problematyczny przez to, że postacie, które przywołuje, dla autora były współczesne i żywe, ale dla nas takie nie są. Stańczyk odnosił się do stańczyków, czyli opcji politycznej w Galicji. Emocje związane z Branickim były wówczas czytelne, Rycerz Czarny był bohaterem utworu Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Wyspiański wprowadza te postacie, by wzbudzić w ówczesnym widzu emocje i opowiedzieć o przestrzeni zbiorowej nieświadomości, upiornym obciążeniu pamięcią. Szukaliśmy w tym porozumienia z naszym współczesnym doświadczeniem. By postacie te były nie tylko matejkowskimi figurami, historycznym cytatem czy sentymentalnym gestem.
G.N.: – Świetnie to przedstawia Franciszek Ziejka w książce o „Weselu” i mitach polskich, w której analizuje postacie widm jako symbole ówczesnych postaw politycznych, zwłaszcza konserwatywnych. Wernyhora wiąże się z dość mało realistyczną już wtedy wizją przyszłej Polski „od morza do morza”, w granicach dawnej Rzeczypospolitej, bez uwzględnienia ruchów narodowych Ukraińców czy Białorusinów, którzy wcale nie marzyli o powrocie pod polskie panowanie.
Pierwsze wrażenie było więc takie, że tamta rozmowa o Polsce jest anachroniczna, mocno osadzona w konkretnych realiach historii, w języku, w świadomości. Co więcej, „Wesele” jest napisane – co zauważono już wielokrotnie – z pozycji inteligenckiej. Z perspektywy miasta i panów. Szczegółowo przebadała to Maria Renata Mayenowa, wybitna teoretyczka literatury pochodzenia żydowskiego, w przedwojennym doktoracie napisanym pod nazwiskiem Rachela Kapłanowa. Choćby postać Szeli podtrzymuje stereotyp krwawego rzeźnika, ukształtowany w antychłopskiej, porabacyjnej propagandzie szlacheckiej.
Wyspiański pozwala sobie na nieco wyższościowy ton względem chłopskiego świata?
G.N.: – To widać chociażby po tym, ile tekstu zostaje przydzielone postaciom miejskim, a ile wiejskim – jak są widoczne i które są bardziej przez Wyspiańskiego eksponowane. To panowie charakteryzują i siebie, i chłopów. To oni wyznaczają horyzont społecznej samoświadomości.
M.K.: – Niewiele jest w „Weselu” miejsc, w których rozmawiają ze sobą wyłącznie chłopi. To np. scena Ojca z Dziadem czy Ojca z Marysią. Albo krótka rozmowa Marysi z Jagusią, czyli Panną Młodą. Pragnęliśmy te postacie – Czepca, Ojca, Dziada, ale i kobiece bohaterki – wyeksponować.
By nadać im szerszy, ludzki wymiar?
G.N.: – Jesteśmy w toku gorącej debaty o ludowej historii Polski. Temat chłopów powraca do nas na nowych zasadach, trzeba dotychczasowy sposób ich przedstawiania poddać rewizji, ponieważ opowieści o chłopach najczęściej były pisane przez panów lub z ich perspektywy i bywały oparte na różnego rodzaju resentymentach oraz lękach wobec tej grupy. Jeżeli „Wesele” miało zabrzmieć współcześnie, musieliśmy na tę dzisiejszą debatę odpowiedzieć. Przede wszystkim zmieniliśmy w istotny sposób przestrzeń pierwszego aktu – u Wyspiańskiego tworzą go prywatne rozmowy, toczone na boku, za kulisami zabawy. U nas wszystko dzieje się publicznie, z udziałem całej społeczności, z radykalnie poszerzonym spektrum społecznych reakcji na kolejne sytuacje.
M.K.: – Dużo rozmawialiśmy na próbach, że jesteśmy przecież po „Chłopkach”, literaturze, która próbuje zrozumieć kondycję polskiej wsi inaczej niż dotąd. Dlatego tak bardzo zadziwia mnie użycie w recenzjach naszego spektaklu takich słów, jak motłoch. Nigdy nie padło ono na próbach. Wprost przeciwnie – pragnęliśmy wszystkie historie, wewnętrzne dramaty i pęknięcia jak najrzetelniej opowiedzieć.
G.N.: – W słowie motłoch jest pogarda, ale też ujednolicenie, zglajchszaltowanie. Jak gdyby była to jakaś masa i trudno było odróżnić jednego bohatera od drugiego. Tak naprawdę wydobywamy te postacie, jest w tym wielka praca aktorów, każdej postaci dali intensywność, wyrazistość. Eksponujemy ich różnorodność, odmienność postaw, próbujemy utkać gęstą sieć relacji. Gdzie są relacje społeczne, tam nie ma motłochu. Ponadto energia, którą bohaterowie wnoszą, ich wola życia, pokazuje, że mają swoją godność, inteligencję, potrafią zareagować i odpowiedzieć na próby poniżania ich.
Proponują państwo w tym spektaklu różne uaktualnienia z poszanowaniem i zachowaniem ducha pierwowzoru.
G.N.: – Sprawa dotyczy głównie widm. Zachowaliśmy w tradycyjnej postaci dwa, czyli duchy ukazujące się chłopom: Szelę i Widmo, które nawiedza Marysię. Dla pozostałych, Stańczyka, Rycerza Czarnego i Hetmana, szukaliśmy odpowiedników w przyszłości, patrząc z perspektywy Wyspiańskiego. Po to, żeby zobaczyć, co się stało z pewnymi postawami politycznymi, które stały za tymi postaciami. Hetman jest u nas biznesmenem prowadzącym intratne interesy z Rosją, w warunkach panującej wojny. Słyszeliśmy, że to trywialne. Ale mogę zapytać: a co takiego w Hetmanie jest znowuż niezwykłego, czego ta postać została przez nas pozbawiona? Przecież prototyp postaci z dramatu(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More Wyspiańskiego był zdrajcą, który układał się z Rosją, ożenił się z jedną z podopiecznych Katarzyny II Wielkiej – po insurekcji kościuszkowskiej jego żona otrzymała od carycy majątki, które skonfiskowano tym, którzy w powstaniu uczestniczyli. Czy Stańczyk z kolei rzeczywiście przekazuje jakieś cenne myśli o Polsce, czy też zwodzi Dziennikarza frazesami? A czy marzenia o wielkiej zbrodni, jakie snuje Rycerz Czarny, nie domagają się dziś otrzeźwiającej kontry inscenizacyjnej, zwłaszcza wobec narastania – nie tylko u nas – postaw nacjonalistycznych i faszystowskich? Uznaliśmy, że nasza odpowiedź powinna być jasna i jednoznaczna.
A czy wydźwięk sam w sobie się zmienia? Stefan Kołaczkowski, krytyk literacki, tuż po premierze „Wesela” odnotował, że tragizm życia narodowego polega na błędnym kole: sam naród jest sobie przeszkodą ku wyzwoleniu; rozpisywał się o fatum narodu. Dla państwa jest to nadal terapia narodowa?
M.K.: – To takie podręcznikowe czytanie „Wesela”: naród, w kole, wszyscy tańczą chocholi taniec na zakończenie i sami dla siebie są przeszkodą. Próbowaliśmy unikać takiego myślenia, by nie dążyć do zapoznanego finału. Natrafiliśmy na inną myśl: historia i pamięć, póki nie zostaną przepracowane poprzez świadomy proces, będą przeszkodą. Albo będziemy ją wypierać, albo nazywać, jak nam pasuje, albo na inne sposoby unikać, zniekształcać, żeby utrwalić obraz narodu niewinnego. Nie da się robić polityki grubej kreski i odcinać np. od rabacji. To wraca nieustannie.
Pamiętajmy, że istotą małżeństwa Rydla i Jagusi jest pragnienie pojednania. Weselnicy spotykają się w jednej chacie, co stanowi wspaniałą okazję do zbliżenia. W tej żywiołowości objawia się zachwyt wspólnotą. Ta idea przyświecała i Rydlowi, i samemu Wyspiańskiemu. Włodzimierz Tetmajer malował „Panoramę Racławicką”, kosynierów, kościuszkowską wizję narodu pojednanego jako symbol braterstwa. Im więcej na początku dramatu jest marzenia i nadziei, tym większe jest poczucie klęski w finale. Bo to jedno wesele niczego nie zmieni; potrzeba wielu lat, zanim przepracujemy tematy trudne dla Polaków. Ludzie z reguły chcieliby zapomnieć, lecz nie mogą. Ci, którzy nie konfrontują się z przeszłością, nie zaznają spokoju. „Wesele” może się okazać pretekstem do dyskusji o tym, czego się lękamy w naszej historii.
G.N.: – Panuje mylne wyobrażenie, że po ukazaniu się kilku artykułów i książek na dany temat sprawę możemy uznać za zamkniętą. Jesteśmy zwolennikami idei fałszywego przepracowania, żeby tylko mieć spokój: najlepiej więc nie gadajmy już o tych chłopach, Żydach. Trzeba jednak postawić pytanie, jak głęboko wnika to w świadomość społeczną. Wyspiański pokazuje, a my za nim, że te głębokie osady, rzekomo już przepracowane, są żywe i nie trzeba wiele, żeby je przebudzić i żeby z całą mocą się odezwały. To nie jest często zła wola, ale po prostu siła ugruntowanych i bezrefleksyjnie powielanych postaw. Nie możemy się zająć tylko przyszłością, jak niektórzy nawołują, bo coś nam w tym stale przeszkadza.
M.K.: – Jeżeli ktoś czuje złość, oglądając scenę Rycerza Czarnego – który w naszym przedstawieniu jest wyniesionym do rangi bohatera żołnierzem wyklętym, za którym wloką się trupy ludzi zabitych w lesie – to znaczy, że temat nie został przepracowany. Dopóki nie staniemy twarzą w twarz z przeszłością i jej nie zaakceptujemy, za każdym razem będzie nam towarzyszyło poczucie irytacji.
G.N.: – W „Tygodniku Powszechnym” Dariusz Kosiński napisał o „kolejnym przypomnieniu rzekomo nierozliczonych polskich win z czasów Zagłady”. Uderzyło mnie słowo rzekomo. Bo rozumiem, że teza jest taka, że wszystko już zostało przepracowane i nie ma powodu tymi sprawami się zajmować. Jeżeli tak, to skąd wciąż tyle emocji z tym związanych? Czy naprawdę wątek mordowania Żydów przez Polaków, także przez żołnierzy podziemia – z taką mocą wydobyty w ostatnich latach przez historyków zajmujących się trzecią fazą Zagłady, czyli okresem wyłapywania i mordowania Żydów, którym udało się zbiec z gett, transportów, obozów – dotarł do świadomości społecznej? Czy ten wątek pojawia się w podręcznikach historii? W jakich filmach i przedstawieniach zostało to pokazane? Sprawa pozostaje żywa.
Szczególnie biorąc pod uwagę projekt ustawy o IPN, według którego za głoszenie tez o współudziale Polaków w eksterminacji Żydów groziła kara do trzech lat więzienia. Nie mówiąc o nagonce na Barbarę Engelking i innych badaczy zajmujących się Zagładą. Naukowcy, którzy podpisali list poparcia dla Engelking, byli straszeni konsekwencjami przez ministra Czarnka. Były też histeryczne reakcje i ataki na Jana Grabowskiego po tym, jak stwierdził, że Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców w czasie wojny. To wszystko wydarzyło się nie tak dawno temu. Jakże nieodpowiedzialne politycznie jest więc twierdzenie, że sprawę możemy uznać za zamkniętą.
Czy takie przepracowanie będzie kiedykolwiek możliwe?
M.K.: – Myślę, że tak. To kwestia kolejnego pokolenia, może dwóch, a może trzech – jak w przypadku Niemców, którzy zmierzyli się z prawdą o Holokauście. Społeczeństwa dojrzewają do uznania swojej winy. Trzeba powiedzieć: byliśmy współodpowiedzialni za krzywdę, to było złe. Tylko tyle. To nie jest jakaś wielka sprawa. Chodzi o to, by fakty stały się ważniejsze niż emocje i próba ochrony własnej niewinności za wszelką cenę.
Ważną postacią dla tego wątku jest Rachela, kojarzona zwykle z żydowską intelektualistką, tu oglądamy ją w zakrwawionej sukni – skrzywdzoną i zbrukaną. Staje się ona zwiastunką Zagłady podczas wojny, która ma dopiero nadejść.
G.N.: – Ten potencjał jest u Wyspiańskiego. Historycy literatury zwracali uwagę na to, że Rachela przynależy do dwóch światów – zjawia się na weselu trochę jak widmo.
M.K.: – Status Racheli jest specjalny, to ona ma pomysł, by otworzyć szczelinę i zaprosić na wesele duchy, dziwy, kwiaty, krzewy i Chochoła. Poeta się do niej przyłącza. Co więcej, ona z nikim oprócz niego nie rozmawia, jeszcze przez chwilę widzi ją tylko Pan Młody. Pozostałe postacie dramatu tak nie funkcjonują. Każdy ma kontakt z każdym, oprócz niej. Jest więc osobna na tle innych. Kiedy po dziewięciu latach wznowiłam „Dybuka”, jeszcze jedna rzecz mnie uderzyła. Wyspiański nie mógł czytać An-skiego, ale mógł znać tradycję, według której na wesela zapraszani są przez Żydów zmarli – najpierw idzie się na cmentarz i sprasza ciotki, wujków, dziadków, pradziadków, a dopiero potem się świętuje. Im więcej na początku dramatu jest marzenia i nadziei, tym większe jest poczucie klęski w finale.
Nie bez znaczenia jest kontekst postaci. Pierwowzorem Racheli była Józefa Singer, której udało się przeżyć wojnę.
G.N.: – Aktorzy interesowali się losem prototypów postaci z „Wesela”. Karolina Kazoń, która gra Marynę, przypomniała nam o jej śmierci: Maria Pareńska została zastrzelona w grupie profesorów lwowskich w 1941 r. Nasz spektakl podczas prób coraz bardziej nasiąkał tragicznymi zdarzeniami z polskiej historii. W przypadku Racheli interesowało nas to, co się działo z Pepą Singer w czasie wojny. Na początku okupacji została w Krakowie, ale ignorowała zarządzenia dotyczące Żydów. Nie przeniosła się do getta i nie nosiła opaski z gwiazdą Dawida. Udało się załatwić dla niej metrykę chrztu na inne nazwisko. Kiedy jednak zrobiło się niebezpiecznie, wylądowała w Warszawie, tam została napadnięta przez szmalcowników w swoim mieszkaniu, znowu musiała się ukrywać. Doświadczyła bycia na granicy życia i śmierci. Podczas okupacji cała, bardzo liczna rodzina Singerów została wymordowana. Ocaleli tylko Rachela i jej bratanek.
Jest to też spektakl o tym, co się dzieje za naszą wschodnią granicą.
M.K.: – Reagowaliśmy na to, co jest w dyskursie publicznym najbardziej palące; co było poruszane podczas prób jako sprawy najistotniejsze. Mam na myśli poczucie zagrożenia konfliktem zbrojnym, które robi się coraz bardziej wszechogarniające. To widmo wojny do nas przychodzi. W dramacie Wyspiański wprowadza postać Wernyhory, który przybywa „ponoć kajsi z Ukrainy”. Biorąc się do interpretacji „Wesela”, jeszcze przed wyborem obsady należy sobie odpowiedzieć na pytania: kto gra Wernyhorę, co ta postać wnosi i czym jest złoty róg.
G.N.: – W trzecim akcie pada u Wyspiańskiego fraza: „Kraków ogniami płonie”. Kiedy usłyszeliśmy to zdanie na nowo i dotarło do nas, jakie obrazy to dziś w nas wywołuje, zaczęliśmy zadawać sobie pytanie, w jakiej skali się poruszamy: czy chodzi o konflikty między dwiema grupami społecznymi, które nie mogą się dogadać, czy jednak te konflikty dotyczą znacznie szerszych spraw, a ich kontekst zmienił się w ostatnich latach? Kluczowe było obsadzenie przez Maję ukraińskiej aktorki Anny Syrbu w roli Wernyhory. Z Ukrainy przybywają do nas przecież głównie kobiety, podczas gdy mężczyźni są na froncie i walczą, a w każdym razie nie mogą opuszczać kraju. To one przychodzą z wieścią o wojnie. Wernyhora przybywa z żałobną pieśnią na ustach.
M.K.: – To pieśń ważna dla Ukrainy, jest obecnie śpiewana na wszystkich pogrzebach żołnierzy, którzy zginęli na froncie. Nosi tytuł „Plywe kacza po Tysyni”. Zaproponowała ją Ania Syrbu, której historia jest taka sama jak większości ukraińskich kobiet – wyjechała z Ukrainy, mieszka z synem w Krakowie, reszta rodziny została w Kijowie. Poprzez tę pieśń chciała przekazać cierpienie i ból. Pieśń ma formę ostatniej rozmowy. To lament matki opłakującej syna.
Powinniśmy być przygotowani do wojny?
M.K.: – Wieści z frontu są coraz tragiczniejsze. Brakuje żołnierzy, amunicji, trudno przewidzieć, jak długo jeszcze Ukraina będzie mogła się bronić. Premier Polski mówi, że nie jesteśmy w czasie powojennym, ale przedwojennym.
G.N.: – Coś, co wydaje się niewyobrażalne, szybko może się stać rzeczywistością. Przykład Ukrainy najlepiej o tym świadczy.
Jak w takim razie rozumieć reinterpretację chocholego tańca?
M.K.: – To nie jest taniec, który tańczą wszyscy goście. U nas Chochoł tańczy sam. Wpada w obłąkańczy wir, szał, wyrywa sobie serce. Witold Mrozek w „Gazecie Wyborczej” zastanawiał się, co ta „krwawa operacja” oznacza: amputację tradycyjnie rozumianej polskości, śmierć wizji polskiej wspólnoty?
G.N.: – Jeżeli chocholi taniec mówi o uśpieniu, zbiorowej niemocy, marazmie, tym ciągłym poruszaniu się w kółko, to nam zależało, by takiego przekazu nie powielać. Byliśmy raczej zainteresowani tym, co nas dzisiaj paraliżuje, co budzi trwogę, podobną do tej, którą odczuwa Jasiek w finale. Kaya Kołodziejczyk jako Chochoł stworzyła przejmujący performans. To nie opowieść o niemocy, ale ekspresja grozy, przerażenia doprowadzonych do ekstremum, wyrażonych bez hamulców. Kaya wchłonęła jakąś kwintesencję spektaklu i ujawniła ją w finale.
Czy prapremiera „Wesela” z 16 marca 1901 r. oraz wszelkie jej okoliczności i konteksty były dla państwa katalogiem referencji? Pierwsze wystawienie na scenie teatru w Krakowie skończyło się sensacją i zamieszaniem – w mieście panowała atmosfera skandalu.
M.K.: – Nie, bo tego zwyczajnie już nie da się zrobić. Rudolf Starzewski, redaktor naczelny „Czasu”, oglądał na scenie samego siebie, jak również Czepiec, pozostali weselnicy i osoby, które ich znały. Punktem odniesienia było dla nas nie wydarzenie marcowe, ale listopadowe, czyli samo wesele i chata Włodzimierza Tetmajera, który prawdopodobnie powiedział Lucjanowi Rydlowi: „Zrób przyjęcie u mnie”. To, co mogło być inspirujące, to wyobrażenie Wyspiańskiego opartego o framugę, otoczonego dźwiękami, muzyką, kolorami, zapachem jedzenia, potu, zmęczenia i tą szaloną nocą, która wpadła w niego z niesamowitym impetem. Wyobrażenie jego doświadczenia było dla mnie najważniejsze.
Grzegorz Niziołek – wykładowca, kurator, dramaturg1. autor dramatu (-tów); 2. w teatrze rosyjskim stanowisko ... More, krytyk. Profesor w Katedrze Teatru i Dramatu UJ oraz na Wydziale Reżyserii i Dramaturgii AST im. Stanisława Wyspiańskiego. Współzałożyciel i wieloletni redaktor naczelny „Didaskaliów”. Dramaturg m.in. „Mein Kampf” w reżyserii Jakuba Skrzywanka (Teatr Powszechny w Warszawie, 2019) oraz „Wesela” Mai Kleczewskiej.
Maja Kleczewska – reżyserka teatralna, wybitna interpretatorka twórczości Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... More, Szekspira i Jelinek. Jej spektakle były pokazywane m.in. na festiwalach w Wenecji, Paryżu, Londynie, Berlinie, Tbilisi, Seulu, Madrycie, Nitrze, Moskwie. Laureatka Paszportu „Polityki” (2006) i Srebrnego Lwa na Biennale di Venezia (2017). W 2021 r. w Teatrze im. Słowackiego odbyła się premiera „Dziadów” Adama Mickiewicza w jej reżyserii, a w marcu 2024 r. „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego.
Tytuł oryginalny
Jedno wesele niczego nie zmieni
Źródło:
„Przegląd” nr 18
[fot. Bartek Barczyk / mat. teatru]