Grzegorz Wiśniewski wspomina Iona Druţă
Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku dane mi było osiąść jako doktorant na parę lat w Moskwie i zyskać szeroki dostęp do przebogatej oferty kulturalnej radzieckiej metropolii, od razu zwróciła moją uwagę stała i obfita tam obecność twórców, dzieł i wydarzeń artystycznych z poszczególnych ówczesnych republik związkowych, i tych europejskich, i tych azjatyckich. Niewiele przedtem z ich kulturą obcując, skwapliwie spieszyłem tę znajomość pogłębić – i z ciekawością oglądałem na przykład występy czy to estońskiego Teatru Vanemuine z Tartu, czy to Teatru Opery i Baletu z Erywania (m. in. ze znakomitą inscenizacją „Gajane” Arama Chaczaturiana, opero-baletem „Dawid z Sasunu” Edgara Oganesjana, reżyserowaną przez naszego Bolesława Jankowskiego „Normą” Belliniego z legendarną Goar Gasparian w roli tytułowej), czy to Teatru Opery i Baletu z Tbilisi; olbrzymie wrażenie wywarła na mnie urządzona w Galerii Trietiakowskiej wystawa dzieł wykształconego w Polsce wielkiego Litwina Mikalojusa Ciurlionisa – jednego z najwybitniejszych przedstawicieli światowej awangardy malarskiej początków dwudziestego wieku.
Z kulturą ówczesnej Mołdawii kojarzyły mi się w tych i późniejszych latach przede wszystkim trzy nazwiska. Sopranistka Maria Bieşu (1934-2012) była jedną z czołowych radzieckich śpiewaczek operowych, poza Związkiem Radzieckim, który zjeździła wzdłuż i wszerz, występowała na najważniejszych scenach Europy, Azji i Ameryki z mediolańską La Scalą i nowojorską Metropolitan, wraz z pierwszą nagrodą na konkursie im. Miury Tamaki w Japonii otrzymała tytuł „Najlepsza Cho-Cho-San na świecie”. Mimo licznych innych propozycji do końca życia pozostała wierna rodzimemu Teatrowi Opery i Baletu w Kiszyniowie, który dziś nosi jej imię; w Moskwie mogłem wysłuchać jej świetnego recitalu, jaki dała wiosną 1977 roku w najważniejszej sali koncertowej stolicy – Wielkiej Sali Konserwatorium Moskiewskiego. Reżyser filmowy i pisarz Emil Łotianu (1936-2003) był twórcą między innymi wielokrotnie nagradzanych , a inspirowanych mołdawskim folklorem poetyckich filmów „Lautarzy” i „Tabor wędruje do nieba” (tego ostatniego na motywach opowiadań Gorkiego), a także wysmakowanej ekranizacji prozy Czechowa(1860-1904), prozaik i dramaturg rosyjski. Pochodził z ubog... More „Dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... More na polowaniu”; swoje pierwsze filmy kręcił w Kiszyniowie, w roku 1975 przeniósł się do Moskwy, potem na pewien czas powrócił do Mołdawii.
Trzecia spośród tych ówczesnych największych dla mnie postaci kultury mołdawskiej – to najstarszy z nich, zmarły kilka tygodni temu w wieku 95 lat w glorii największego mołdawskiego pisarza dwudziestego wieku prozaik i dramatopisarz Ion Druţă (dawniej pisany też u nas: Druce). Urodzony w wiejskiej rodzinie, mieszkał w Mołdawii do lat sześćdziesiątych, kiedy to, krytykowany przez mołdawskie władze i nękany przez tamtejszą cenzurę, wyjechał do Moskwy, w ZSRR bardziej niż prowincja tolerancyjnej; w Moskwie też pozostał do końca życia, choć kontakty z ojczyzną utrzymywał, a w końcu lat osiemdziesiątych został wybrany honorowym przewodniczącym Związku Pisarzy Mołdawii (z którego jednak dekadę później wystąpił). Tworzył najpierw w języku mołdawskim, potem pisał także po rosyjsku lub na rosyjski swe utwory sam tłumaczył. Za najważniejszą jego powieść uważa się „Brzemię naszej dobroci” – opublikowaną w 1968 roku, a na polski przełożoną w roku 1976, miniepopeję o mołdawskiej stepowej osadzie Czutura, malującą jej pogmatwane losy w ciągu blisko półwiecza od końca I wojny światowej aż do połowy stulecia, gdy Besarabia-Mołdawia była kolejno carska, rumuńska, radziecka, znowu rumuńska i znowu radziecka; rzecz, momentami ocierająca się o realizm magiczny, tchnie ukochaniem ojczystej ziemi-żywicielki, przesycona jest ciepłym liryzmem, czasami współczującym humorem. Z kolei najwybitniejszym utworem dramatycznym Druţy stała się „Największa świętość” – konfrontująca dwóch niegdysiejszych szkolnych kolegów, kołchozowego pastucha i wysokiej rangi działacza, filozoficzna i romantyczna sztuka-przypowieść, „piękny poemat o ludzkiej godności i wartościach postawy humanistycznej, a jednocześnie rzecz gorzka i niezmiernie krytyczna” (Michał Misiorny), przejmujący protest przeciw wszystkiemu, co nieludzkie, w stosunkach między ludźmi i w stosunku ludzi do przyrody. Inscenizacje „Największej świętości” zajęły trwałe miejsce w dziejach teatru zarówno rosyjskiego, jak i polskiego. Jej polska prapremiera miała miejsce w tym samym, co rosyjska, roku 1977, przy tym równocześnie – 5 listopada – w dwóch teatrach, Współczesnym w Warszawie i im. Jaracza w Łodzi; spektakl warszawski, który świetnie pamiętam po dziś dzień, w reżyserii Macieja Englerta, z piosenkami Agnieszki Osieckiej, z Henrykiem Borowskim, Janem Englertem i Martą Lipińską w głównych rolach, stał się prawdziwym wydarzeniem – reżyser otrzymał zań nagrodę im. Konrada Swinarskiego, Borowski – Grand Prix Kaliskich Spotkań Teatralnych, rzecz wnet też zarejestrowano dla Teatru Telewizji, gdzie wyemitowano ją w maju 1979 roku. Ze sztuk Druţy poza „Największą świętością” wystawiano u nas „W imię ziemi i słońca”, z jego prozy zaś poza „Brzemieniem naszej dobroci” przekładano „Ostatni miesiąc jesieni” i „Liście smutku”; na polskich ekranach szedł, aczkolwiek tylko w dyskusyjnych klubach filmowych, oparty na „Ostatnim miesiącu jesieni” film Wadima Dierbieniowa pod tym samym tytułem. Raz po raz zwracał się też Druţă w swych dramatach i powieściach ku odleglejszej przeszłości – czasom Piotra Wielkiego i Katarzyny II czy ostatnim latom życia Lwa Tołstoja.
Zmarł Druţă w końcu września w Moskwie; zgodnie ze swoją ostatnią wolą spoczął w ojczyźnie, w położonym w pobliżu wsi, gdzie przyszedł na świat, naddniestrzańskim mieście Soroki. Przedtem w Kiszyniowie żegnali go trzej byli prezydenci Mołdawii – Lucinschi, Voronin i Dodon; obecna głowa państwa, Maia Sandu, ogłosiła dzień pogrzebu dniem żałoby narodowej.
Grzegorz Wiśniewski
[fot: duta.asm.md]
