Przejdź do treści
Старая ссылка на Кракен не работает? Не бегите в Google! Именно этого ждут мошенники. Используйте надежный шлюз, который всегда ведет на актуальное зеркало. Добавьте в закладки kra45.at и забудьте о проблеме поиска ссылок навсегда.

Żółte światło

Recenzja Stanisława Godlewskiego, laureata Preydenta Gdyni w X edycji Konkursu AICT na recenzję teatralną dla młodych krytyków im. Andrzeja Żurowskiego ze spektaklu „Dekalog”, wystawionego w Teatrze Narodowym w Warszawie w reżyserii Wojciecha Farugi, zamieszczona w „Dwutygodniku” (2022/10).

Dziecko umrze i my to wiemy.

„Dziecko żyje i to jest najważniejsze” – mówi Krzysztof (Karol Pocheć), bohater „Dekalogu

I”. Krzysztof trzyma w ramionach córkę, ubraną w kostium łyżwiarki figurowej. Wiemy, jak

skończy się ta historia – najokrutniejsza w całym cyklu Kieślowskiego i Piesiewicza. Krzysztof

obliczył na komputerze twardość lodu w jeziorku, po którym chciała jeździć jego córka. Miał

absolutną pewność, że dziecko będzie bezpieczne. Lód się załamał, dziecko zmarło, los wygrał

z rozumem. W innej perspektywie: Bóg zatriumfował nad ludzką pychą.

Perspektywa jest bardzo ważna. Wojciech Faruga, realizując scenariusze Kieślowskiego i

Piesiewicza w teatrze (nie po raz pierwszy – wcześniej zrobił już spektakl na podstawie

twórczości reżysera w kooperacji z Royal District Theatre w Tbilisi, powstała wówczas

adaptacja Davita Gabunia, wykorzystana także w warszawskiej wersji), pozornie nie mówi

niczego nowego. Historie, zdarzenia i konflikty pozostają te same, zmienia się jedynie sposób

opowiadania, i właśnie – perspektywa.

Ramą dramaturgiczną dla spektaklu w Teatrze Narodowym jest sytuacja z „Dekalogu VIII”,

czyli seminarium z etyki. Profesorka (Sławomira Łozińska) prowadzi swoje ostatnie zajęcia,

niedługo ma przejść na emeryturę. Omawia ze studentami historie, w których istotnym

elementem jest jakiś dylemat moralny. Te „przypadki” to inne części „Dekalogu” – zajęcia

przechodzą w teatr. Niektóre z rozdziałów są po prostu opowiadane (II, IX) – wówczas

indywidualne dramaty zmieniają się w plotki lub suche „kazusy”. Inne są odgrywane przez

uczestników seminarium – wtedy etyczne problemy materializują się w ciałach aktorów, a

poszczególne wybory bohaterów poszczególnych opowieści nabierają ciężaru, można dostrzec

w nich człowieka, a nie problem czy ideę. Aktorzy odgrywają po kilka postaci naraz, historie

przeplatają się ze sobą, przeszłość bohaterów miesza się z ich teraźniejszością, tworząc

wrażenie continuum. Tak jakby bohaterowie nieustannie powracali do decydujących

momentów ze swojego życia i analizowali je bez końca po to, by nadać im sens.

Publiczność mniej lub bardziej pamięta filmy Kieślowskiego. Choć bohater mówi, że „dziecko

żyje i to jest najważniejsze”, to widzowie przecież wiedzą, że akurat jego dziecko umrze.

Wiedzą, że Jacek (Paweł Brzeszcz) zostanie skazany na karę śmierci za zabójstwo taksówkarza,

że Magda (Małgorzata Kożuchowska) upokorzy kochającego się w niej chłopca. W pewnym

sensie publiczność w spektaklu Farugi dysponuje perspektywą boską – już zna przebieg i

zakończenie tych opowieści. Do niej należy też ostateczna ocena – i bohaterów, i spektaklu.

Bardzo łatwo jest być Bogiem, takim, który ocenia i sądzi. Pamiętam, że miałem kilkanaście

lat, gdy po raz pierwszy oglądałem „Dekalog” Kieślowskiego. Zarwałem noc, bo tak ciekawiły

mnie kolejne dramaty. Wtedy bardzo wierzyłem w Boga. Podobała mi się idea, że Bóg jest

wszędzie, a zatem jest zawsze przy mnie (jak większość dzieci, byłem bardzo samotny). Wiara

w to, że jakiś Artur Barciś patrzy na mnie łagodnym i przenikliwym wzrokiem, dodawała sił,

przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Uważałem też, że życie wedle boskich zasad jest

mniej skomplikowane, bo radykalne. Tu jest dobro, a tu jest zło. Tam jest niebo, a tam jest

piekło. Jest wina, to jest i kara. Wszystko albo nic. Fascynowali mnie bohaterowie „Dekalogu”,

choć myślałem, że gdyby naprawdę zrozumieli reguły gry, to w ogóle nie mieliby tych swoich

problemów. Wiedziałem, kto z nich czyni dobrze, a kto popełnia grzech; kto dostąpi zbawienia,

a kogo czeka potępienie – to było bardzo proste, przynajmniej w teorii. Ślepa wiara nie wymaga

samodzielnego myślenia – dlatego tak łatwo jest przyjąć boską perspektywę.

A czy w inscenizacji Farugi jest Bóg? Trudno powiedzieć. Nie ma postaci, którą w filmach

Kieślowskiego grał Artur Barciś, i w ogóle jakoś mniej jest odniesień do religii. Można pewne

elementy spektaklu traktować jako symbole – na przykład intensywnie żółte światło (za sferę

wizualną spektaklu odpowiada Katarzyna Borkowska), które zazwyczaj oświetla scenę, gdy

bohaterowie konfrontują się z prawdą o sobie. Wedle teologii ikony żółty i złoty to kolory bożej

łaski – jedna z interpretacji „Zbrodni i kary” Dostojewskiego sugeruje, że żółć, która otacza

Raskolnikowa, tak naprawdę jest oznaką boskiej obecności. W „Dekalogu V” (tym o zabójstwie

taksówkarza) Sławomir Idziak założył na kamerę żółty filtr, który sprawia, że świat widziany

oczami młodego mordercy wydaje się brudny, zepsuty i obrzydliwy. Będą tacy, którzy

dostrzegą w tym Boga, i tacy, którzy w żółtym świetle znajdą dowód na jego nieistnienie.

Dzień przed obejrzeniem spektaklu w Teatrze Narodowym późnym wieczorem szedłem ulicą

Chmielną. Na chodniku na rogu Nowego Światu stała trumna. Prawdziwa. Paliły się przy niej

wkłady do zniczy, stali jacyś ludzie. Nagle dwóch mężczyzn uchyliło wieko i z trumny wyszedł

uśmiechnięty młody chłopak, żywy. Pewnie to był jakiś performans – spieszyłem się i nie

miałem czasu zapytać. Dwie pijane dziewczyny krzyknęły: „zmartwychwstał!”, i śmiejąc się,

poszły dalej. Gdyby moje życie kręcił Kieślowski, na pewno to wydarzenie (dla mnie zupełnie

nieistotne) miałoby swoją symboliczną wymowę. Sensy tej trumnie nadaliby widzowie filmu –

pewnie zupełnie różne. Podobnie jest u Farugi: jeśli idzie o metafizykę, każdy zobaczy to, co

2chce zobaczyć. Bardziej konkretne (co nie oznacza, że mniej skomplikowane) są interpretacje

aktorskie, które stanowią największą siłę tego spektaklu.

Należy od razu powiedzieć, że wszyscy grają wspaniale (zwraca uwagę, niemal debiutujący,

Paweł Brzeszcz, który przede wszystkim jako Jacek z „V” pokazał ogromny talent). Adaptacja

wymusiła kondensację historii – dlatego aktorzy grają mocno, intensywnie i szybko. Kunszt

aktorów i świetne scenariusze Kieślowskiego i Piesiewicza sprawiają, że spektakl ogląda się w

napięciu i jakby na bezdechu (duża w tym także zasługa reżysera i dramaturżki Julii

Holewińskiej). Niektóre role wydają mi się kluczowe dla zrozumienia myśli całego spektaklu.

W innych widzę to, co chcę zobaczyć – czyli własne doświadczenia i emocje. Często odbieram

sztukę dosyć naiwnie, utożsamiam się z fikcyjnymi postaciami po to, by lepiej zrozumieć, co

się ze mną dzieje, dotrzeć do sensu swoich zachowań i reakcji. Fikcyjna perspektywa pozwala

mi dojrzeć to, co czasem w rzeczywistości umyka. I odwrotnie – silne przeżywanie

rzeczywistości jest dla mnie niezbędne do rozumienia fikcji. Kieślowski zresztą używał języka

dokumentu przy tworzeniu fabuł.

Magda, grana przez Małgorzatę Kożuchowską, jest inna od tej, którą u Kieślowskiego

odgrywała Grażyna Szapołowska. Szapołowska była smutna, ale lekka, niemal świetlista.

Kożuchowska jest napięta i wściekła. To zresztą świetna obserwacja psychologiczna aktorki –

Magda została kiedyś tak zraniona, że teraz będzie bić na oślep, uprzedzając kolejne ciosy. Nie

rozumie własnych emocji i pragnie sprzecznych rzeczy; chciałaby bliskości, a jednocześnie się

jej boi – dlatego krótkotrwałe romanse dają jej poczucie bezpieczeństwa, ale i potęgują

samotność. Kożuchowska jest w tej roli bardzo charyzmatyczna, a jednocześnie w ogóle nie

broni swojej bohaterki. Magda rozumie relacje międzyludzkie jako transakcje. Gdy Tomek

wyznaje jej miłość, pyta: i czego za to chcesz? Pocałunku, wspólnego wyjazdu, seksu, związku?

Nie wierzy w bezinteresowne uczucie. U Farugi Magda jest połączona z postacią Ewy z

„Dekalogu III”, która w wigilijny wieczór wyciąga z domowych pieleszy swojego dawnego

kochanka i błądzi z nim po Warszawie. Kożuchowska gra w tym spektaklu pewien temat czy

może nawet typ („skrzywdzona femme fatale”), jednak jest w tym wyjątkowo przekonująca (to

wielkie osiągnięcie aktorskie, a nie należałem do chóru zachwyconych jej matką Joanną).

Dawniej bym się oburzał na kobietę, która robi coś tak okrutnego (w domu Janusza zostaje jego

żona, sama, w Wigilię), dziś Ewę doskonale rozumiem. Nie dziwi nic.

Jeżeli tematem Kożuchowskiej jest zraniona miłość, to tematem Edyty Olszówki jest relacja

rodzic – dziecko. Aktorka gra Ankę z „Dekalogu IV”, która odkrywa, że jej ojciec (Wiesław

Cichy) nie jest jej biologicznym rodzicem, i musi na nowo zdefiniować łączącą ich relację –

wzajemne przyciąganie, na granicy kazirodztwa. Gra też Hankę, bohaterkę „Dekalogu VII”,

która kiedyś oddała córkę na wychowanie matce – i teraz postanawia ją zabrać z powrotem.

Nie wiadomo, czy robi to, bo tęskni za dzieckiem, czy chce zemścić się na matce – dużo

bardziej czułej i dobrej wobec przyszywanej wnuczki/córki niż niegdyś wobec Hanki. Jest w

roli Olszówki coś głęboko poruszającego – niemożliwość zdobycia się na pełną autonomię. Jej

bohaterki zawsze pozostają w relacji wobec swoich rodziców, nawet jeśli próbują zrobić im na

przekór. Kiedy demonstrują siłę i niezależność, nadal są dziećmi. Bardzo trudno jest zabić to

dziecko w sobie – ale to znów moja perspektywa. Dla wielu najważniejsze jest to, że dziecko

żyje.

Wreszcie Elżbieta, grana przez Gabrielę Muskałę, to rola szczególna. Muskała pojawia się

dopiero w drugiej części spektaklu i jako jedyna dostaje do odegrania tylko jedną postać. Po

przerwie – jeszcze anonimowa – siada wśród widzów. Ona także obserwuje seminarium

prowadzone przez profesor Zofię. Tak się złożyło, że Muskała usiadła obok mnie – wiedziałem,

że aktorka gra w tym spektaklu, zerkałem na nią co jakiś czas. Była napięta jak struna, czujnie

obserwowała wszystko, co dzieje się na scenie. Emanował z niej taki niepokój, że momentami

trudno było skupić się na spektaklu, mimo że aktorka nie wykonywała żadnych gestów czy

działań, by rozproszyć moją i innych uwagę.

Elżbieta, grana przez Gabrielę Muskałę, to rola szczególna. Muskała jako jedyna dostaje do

odegrania tylko jedną postać

Opowieść Elżbiety to „Dekalog VIII”, oparty na historii, którą Kieślowskiemu opowiedziała

Hanna Krall. Elżbieta po latach odwiedza Zofię, profesorkę etyki, która w czasie II wojny

światowej odmówiła złożenia podpisu na jej, wówczas małej dziewczynki Żydówki,

fałszywym świadectwie chrztu. Zofia, wiedząc, że wydaje dziewczynkę na pewną śmierć,

oparła się na argumencie z dekalogu: „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu

swemu”. Elżbieta po latach pojawia się w życiu profesorki – przeżyła i próbuje poznać

motywację kobiety, która w trakcie okupacji udzieliła pomocy wielu Żydom, a jej jednej nie.

Motywacja okazuje się prosta – opiekun Elżbiety był niepewny, groziła wsypa. Zofia wymyśliła

wymówkę, która co prawda groziła śmiercią dziecka, ale potencjalnie chroniła więcej ludzi.

Historia Zofii i Elżbiety jako jedyna w „Dekalogu” ma charakter analityczny – to znaczy, że

konflikt wydarzył się w przeszłości, a na scenie (i w filmie) próbuje się go wyjaśnić. Jest to

także jedyna historia, która ma „dobre” zakończenie. Niezwykle emocjonalna scena prowadzi

do czegoś w rodzaju pojednania – i Sławomira Łozińska, i Gabriela Muskała w finale się

uśmiechają. Muskała schodzi ze sceny i już na nią nie wraca – jest jak widmo przeszłości; może

dybuk, którego udało się pogrzebać.

Fakt, że historia z „Dekalogu VIII” jako jedyna kończy się dobrze, wiele mówi o przesłaniu

moralnym spektaklu. Zofia jest świadoma własnej winy i się do niej przyznaje – dziś uważa, że

żadne wyższe dobro nie jest warte życia dziecka. Elżbieta próbuje ją zrozumieć, co prowadzi

do przebaczenia. Być może to jest sedno „Dekalogu” Farugi – opowieść o umiejętności wzięcia

odpowiedzialności za własne czyny. W innych historiach nieświadomość konsekwencji

własnych wyborów prowadzi do katastrofy.

Dziś już nie wierzę w Boga. Żyje mi się trochę lżej, bo wiem, że wiele rzeczy, które uważałem

za grzechy, nimi nie jest. Wiem też, że za wiele win nie spotka mnie żadna kara, tylko wyrzuty

sumienia. Żółte światło to dla mnie tylko teatralny reflektor – i to nie rozwiązuje żadnego

problemu.

Zostaw odpowiedź

AICT Polska
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.